Dom, w którym Aga zaraża szczęściem, a Nikola sama w sobie jest cudem

Dorota Abramowicz
Beata i Dariusz z Agnieszką i Nikolą
Beata i Dariusz z Agnieszką i Nikolą Tomasz Bołt
On zrezygnował z dobrze płatnej pracy, ona wzięła na barki ogromną odpowiedzialność. Decyzja, jaką podjęli Beata i Dariusz Podlaskowie, diametralnie zmieniła ich życie. I życie sześciorga dzieci, dla których stworzyli dom.

W otoczonym ogródkiem domu przy spokojnej z założenia ulicy Walerianowej, ciągnącej się między Owocową a Poziomkową, od drzwi pachnie ciastem i świeżo upieczonym chlebem. To dopiero preludium, największe pieczenie zaplanowano na Wielki Piątek. Dziewczyny zabiorą się za mazurki i sernik. Darek prawdopodobnie zrobi schab ze śliwką. No i musi być żurek...

Agnieszka zapewne nie odpuści. Chociaż ze względów bezpieczeństwa ma ograniczony dostęp do kuchni, zapewne będzie chciała wziąć udział w przedświątecznych przygotowaniach. Usiądzie na krzesełku, dostanie swój plastikowy nożyk i ciasto na chleb do wyrabiania.

Agnieszka to dziecko, które zaraża radością. Podczas mszy uwielbia tańczyć w rytm kościelnych psalmów. Czasem nawet zawiśnie na sutannie księdza. Tuli się do każdej życzliwej osoby, a jej uśmiech - jak mówi Beata - rozjaśnia świat. W przedszkolu nazywają ją prezesem, w domu chce rządzić Nikolą. Teraz próbuje jej nałożyć czapeczkę na głowę.

- Aga, zostaw Nikolę, nie wychodzimy na spacer - spokojnie tłumaczy Beata Podlasek. Pedagog, socjoterapeutka, wykładowca na Uniwersytecie Trzeciego Wieku w Gdyni, autorka poradnika dla rodzin zastępczych, mama i osoba prowadząca rodzinny dom dziecka w jednej osobie.

Agnieszka ma cztery i pół roku, przyszła na świat obdarowana przez los dodatkowym 21 chromosomem. Ma zespół Downa, jest upośledzona w stopniu umiarkowanym.

Rok starsza Nikola, w kolorowych okularkach, chodzi krok w krok za Agą. Nikola sama w sobie jest cudem.

Dziewczynka, która w momencie narodzin miała 4,26 prom. alkoholu we krwi, nie powinna przeżyć. Jej mama piła od kilku dni przed porodem, spod gdyńskiego baru Słoneczny w letni poniedziałek 2010 r. zabrało ją pogotowie. Nikola urodziła się w karetce. Była wcześniakiem, pierwsze diagnozy nie dawały jej żadnych szans. Lekarze mówili, że jeśli nawet ucieknie przeznaczeniu, to alkohol sprawi, że zostanie „warzywem” - nie będzie chodzić, widzieć, słyszeć. Nikola stanęła na nogi, słyszy i - choć w ograniczonym stopniu - widzi.

- Gdyby inni ludzie mieli tyle determinacji, ile ma Nikola, świat wyglądałby inaczej - mówi Beata.

- Inaczej, czyli jak?

- Byłby lepszy.

Gratulujemy dzidzi

Chleb i owsiane ciasteczka z jabłkami upiekł Dariusz Podlasek, mąż Beaty, były rugbysta, zawodnik Ogniwa Sopot oraz kierownik robót na budowach prowadzonych w całym kraju.

- Bywało, że i 700 kilometrów od domu - Darek sadza na kolanie Agnieszkę, która przybiega, by dać mu wilgotnego całusa. - Spędzałem po 18 godzin dziennie w pracy. Mieliśmy pieniądze, ale brakowało nam czasu, by żyć - mówi Darek, pomagając Agnieszce, która postanawia przenieść się na moje kolana.

Przed rokiem ich życie zwolniło. Podjęli decyzję, która była efektem przemyśleń, długich rozmów. Tak naprawdę wszystko zaczęło się przed sześcioma laty, od Ani.

Ania miała niespełna 10 lat, gdy spotkała Beatę, wówczas wolontariuszkę w świetlicy socjoterapeutycznej. Ania szukała rodziny. Jednak rodziny, które chcą stworzyć dom dla obcych dzieci, rozglądają się przeważnie za rozkosznymi niemowlętami. Ania czekała. Dopiero Beata zrozumiała, jakim skarbem jest dziewczynka, która stanęła na jej drodze.

- To dziecko idealne - mówi z dumą w głosie Beata. - Niesamowicie fajna osoba, aktywistka, wolontariusz, człowiek otwarty na potrzeby innych ludzi. Pomaga w akcjach na rzecz hospicjum, nie przejdzie obojętnie obok krzywdy drugiego człowieka. Zawsze zresztą staraliśmy się uczyć dzieci, że życie to nie tylko branie, dawanie zaś - choćby wolnego czasu - może przynieść naprawdę wiele satysfakcji.

Trzy lata po tamtym pierwszym spotkaniu zaadoptowali Anię. - Gratulujemy dzidzi - usłyszała Beata od urzędniczki w gdyńskim USC. Uśmiechnęła się, tłumacząc, że „dzidzia” ma już 13 lat.

Czas Agnieszki
Poznali ją w Domu im. Janusza Korczaka w Oliwie, gdzie przebywają dzieci do 12 roku życia. Wszystkie są chore i niepełnosprawne, dlatego oliwski dom oficjalnie nazywany jest Regionalną Placówką Opiekuńczo-Terapeutyczną. Każde z dzieci tam mieszkających czeka na rodzinę - adopcyjną lub zastępczą.

- Takich dzieci jest naprawdę bardzo dużo - mówi Beata. - Za dużo. Myślę, że żyją wśród nas osoby, które mogłyby im pomóc. Gdyby tylko wiedziały, jak wiele satysfakcji i szczęścia może dać zaproszenie małego człowieka do domu.

Postanowili stworzyć dla Agnieszki specjalistyczną rodzinę zastępczą. Na pierwsze, zapoznawcze spotkanie przywieźli różowego misia. Aga jest jednak dziewczynką z charakterem - misia nie wzięła.

- Trzeba to zrozumieć - tłumaczy Darek. - Jeśli dziecko przebywające w ośrodku dwa lata większość tego czasu spędza w szpitalach (Aga ma wadę serca, męczą ją też nawracające infekcje górnych dróg oddechowych), to nic dziwnego, że ma ono ograniczone zaufanie do obcych.

Miłość czyni cuda. Uspokaja, zaciera dawne strachy, daje poczucie bezpieczeństwa. Dziś Beata i Darek przekonują, że wychowywanie dziecka z zespołem Downa może dać wielką radość i szczęście rodzicom.

- Aga to nasz mały luzak - mówią. - Nie można się na nią złościć nawet wtedy, gdy narozrabia. Już dawno temu udowodniono, że niedostatki intelektualne u dzieci z zespołem Downa rekompensowane są większą empatią. Nasza Agnieszka świetnie odczuwa stany psychiczne innych osób.

Codzienne przebywanie z Agą może wiele nauczyć. Dziewczynka pomaga przywrócić dorosłym ludziom zapomniane dziecięce doznania. Chociażby na widok wolno opadających płatków śniegu... Żywiołowa radość stojącej przy balkonowych drzwiach Agnieszki była zaraźliwa.

- To dziecko zwyczajnie rozjaśnia nam świat - mówi Beata.

Agnieszka na pozór nie przysłuchuje się naszej rozmowie. Jednak słowa o „rozjaśnianiu świata” sprawiają, że podbiega kolejno do Beaty i Darka, wdrapuje się na kolana i mocno tuli do opiekunów.

- Jak jej nie kochać? - Beata patrzy na mnie z uwagą.

Beata nie może zrozumieć reakcji niektórych ludzi na niepełnosprawne dziecko. Na przykład w przychodni, gdzie - zdarza się - dzieci uciekają od Agi do matek opiekuńczo zawłaszczających je ramionami. W takich chwilach chce krzyknąć, że zespół Downa nie jest choroba zakaźną. I że Aga to nie żaden „zespół”, ale konkretna osoba - z charakterem, upodobaniami, zaletami i wadami. A ten dodatkowy 21 chromosom nie jest wszystkim, co ją określa.

- Kiedy idziemy ulicą, Aga uśmiecha się do przechodniów - mówi Beata. - Cieszę się za każdym razem, gdy mijający nas człowiek odpowie uśmiechem.

Narodziny decyzji

Podczas spotkań z Agą poznali drugie gdyńskie, przebywające w „Korczaku” dziecko - Nikolę z burzą kręconych włosów. Decyzja, by po Nikolę wrócić, zapadła w sposób jakby naturalny...

Dobrze wiedzą, że ani Aga, ani Nikola nie zdobędą dyplomów, nie zrobią karier zawodowych. I że zostaną z nimi do końca - ich lub swojego - życia. Darek tłumaczy, że w końcu żadna z dziewczynek nie musi rozwiązywać zadań matematycznych, ale ważne jest, by same zrobiły siusiu i zawiązały sznurowadła.

- Gdynia jest jedynym miastem w Polsce, które doprowadziło do sytuacji, że wszystkie niepełnosprawne dzieci znalazły się w domach, zamiast w placówkach opiekuńczo-terapeutycznych - mówi Beata. - Pomaga stworzenie odpowiednich warunków dla osób, które chcą stać się dla nich rodziną zastępczą. Wszystkie dzieci objęte są opieką psychiatryczną i psychologiczną.

Wokół rodzicielstwa zastępczego narosło wiele mitów. Chociażby taki, że rodziny zastępczej nie może stworzyć osoba samotna. A dlaczego by nie? Może. Lub że rodzice zastępczy powinni legitymować się wyższym wykształceniem, najlepiej pedagogicznym.

- A czy człowiek bez wykształcenia może zostać biologicznym rodzicem? - śmieje się Darek.

- Najważniejsza jest decyzja - tłumaczy Beata. - Dojrzała, przemyślana, a nie podjęta pod wpływem odruchu, współczucia po obejrzeniu reportażu w telewizji lub przeczytaniu artykułu w gazecie. Potem trzeba zgłosić się do miejskiego ośrodka pomocy społecznej, przejść rozmowy kwalifikacyjne i szkolenie, które wcale nie jest aż tak trudne.

Bez problemów ukończyli szkolenie na specjalistyczną (czyli zajmującą się dziećmi niepełnosprawnymi) rodzinę zastępczą. Po pojawieniu się w ich domu Agnieszki i Nikoli uznali, że dorośli do radykalnej zmiany - założenia rodzinnego domu dziecka. Przeszli kolejny kurs, Dariusz zrezygnował z pracy na budowach.

Do rodziny dołączyło troje dzieci: Angelika (8,5 roku), Kuba (10,5 roku) i Weronika (13,5 roku). Przeprowadzili się do wynajętego przez miasto domu na Dąbrowie.

Nauka dawania
Nie ukrywają, że ich sytuacja finansowa nieco się pogorszyła, a wspólne wyjazdy na wycieczki zagraniczne zastąpili wymagającymi logistycznych wyzwań wypadami np. do Torunia. Ich pensje są niższe od średniej krajowej, Darek zarabia ze cztery razy mniej niż w poprzedniej pracy.

Na każde dziecko dostają tysiąc złotych, co przy wydatkach na książki, ubrania i rehabilitację wcale nie jest oszałamiającą kwotą. Tylko dla Nikoli codziennie muszą kupować specjalną odżywkę za ok. 20 złotych dziennie, godzina pracy z logopedą to 70 zł, a dwugodzinne zajęcia z integracji sensorycznej - 140 zł. Ale nie narzekają.

- Wszystko da się ogarnąć - mówi Beata. - Na wakacje już teraz zbieramy, niedługo zaczniemy odkładać na książki. Postanowiłam, że nasze dzieci będą chodziły w nowych ubraniach, modnych, kolorowych, uprasowanych. Uciekam od stereotypu dzieci niepełnosprawnych, chodzących w szarych, spranych bluzach i za dużych dresach. Czekam na wyprzedaże i ruszam na zakupy, czasem coś sama uszyję. Jesteśmy też otwarci na wolontariat i pomoc sponsorów. Są osoby, które same nie mogą zaopiekować się dziećmi, ale biorą je pod opiekę, finansując na przykład hipoterapię czy pomoc logopedów. Darek mówi, że oni nawet tych pieniędzy nie dotykają - określone kwoty przekazywane są bezpośrednio do placówek, z których korzystają dzieci.

Czasem otrzymują propozycje dostarczenia znoszonych ubrań. W tym domu jednak obowiązuje zasada - dzieci nie mogą brać niczego ze szkoły.

- Mamy to, co mamy, i musimy z tym sobie poradzić - wyjaśnia Beata. - A branie uczy dzieci roszczeniowości na zasadzie: „jestem z domu dziecka, więc mi się należy”. My robimy odwrotnie, namawiamy dzieci, by coś innym od siebie dały. Niech - jak w tym roku Weronika - zbierają pieniądze na Wielka Orkiestrę Świątecznej Pomocy lub - jak Ania - pomagają hospicjum.

Podpisać kapustę

Darek zabrał się za ogród przy Walerianowej. Posadził poziomki, kapustę, zasiał słoneczniki. Każde drzewo, warzywo, owoc rosnące w ogrodzie podpisał.

Pewnego dnia przy płocie stanęła babcia z wnuczkiem.

- Popatrz - powiedziała. - Tak wygląda kapusta.

Na blogu Darka (chlebanaszego.blogspot.com) roi się od opowieści o jedzeniu i przepisów, ilustrowanych świetnymi, kolorowymi zdjęciami. Przy okazji opowieści o jedzeniu jest to także kronika życia rodziny. Na fotografiach oglądamy zaprawy sporządzone przy pomocy starszych dzieci, pyszności przygotowywane z okazji bierzmowania Ani, Agnieszkę wyrabiającą ciasto na chleb, klejenie 300 (!) pierogów i ostatnie przyjęcie wigilijne...

Darek mówi, że - jak to zwykle bywa - przygotowania do śniadania wielkanocnego będą w pewnym stopniu wielką improwizacją. Kupią podstawowe produkty, a potem wyciągną ze spiżarni zaprawy, jakąś czekoladę, orzechy. Wymieszają sałatki.

Jedno jest pewne - upieką chleb.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie