Diabły i anioły KL Stutthof. Wspomnienia więźniarek, które trafiły do obozu w pierwszym transporcie

Barbara Szczepuła
Jadwiga Meller de domo Połom podczas uroczystości rocznicowych na terenie dawnego obozu Stutthof. Wrzesień 2014 Archiwum prywatne
Janka Paradowska nie pamięta, jak znalazła się w Stutthofie. Pamięta za to, jak była ubrana. Jadzi Połom żal było odebranych złotych kolczyków z koralami

Pociąg wiozący sowieckie czołgi i kilkoro Polaków schowanych pod brezentem zatrzymał się na stacji w Czersku, Jadźka wyskoczyła i chciała biec do domu, ale mężczyzna z karabinem i opaską MO na rękawie nie pozwolił jej wyjść w ciemność nierozjaśnioną żadną lampą, żadną gwiazdą nawet, bo marcowe niebo było zasnute chmurami. Przespała się na półce w przechowalni bagażu i teraz szła w kierunku domu. Rodzinne miasto było puste, jakby wymarłe. Czy nikt żywy w Czersku nie został? Czy tylko ona ocalała z tej wojny?

Jeszcze tylko lasek brzozowy i już widzi ojcowe pola, dzięki Ci Boże, dom stoi, ale okna pozabijane deskami, śladu dymu z komina, Matko Boska, zmiłuj się... i w tym momencie zauważa, że jakieś zwierzę pędzi w jej stronę, Morus, Morusek kochany, to ty żyjesz, płacze i tuli się do psa, który skacze, piszczy, niemal ją przewraca. A gdzie mama? - pyta, jakby psiak mógł jej odpowiedzieć, i biegną razem w stronę domu, dopadają drzwi, Jadzia wali z całej siły, Morus ją wspiera, szczekając głośno, ale nikt nie otwiera.

Mamooo! Wreszcie słyszy ciche głosy i w uchylonych drzwiach pojawia się siostra: - Jadzia! Boże drogi, mamo, Jadzia wróciła!
I płaczą wszystkie trzy, rozpływają się we łzach, a są to łzy szczęścia i rozpaczy zarazem.

Gdzie Józia? Gdzie Halinka? Co z jej synkiem? Gdzie mąż Halinki? Gdzie Tadzio? Gdzie Józio? Gdzie moje dzieci? - mamie słowa więzną w gardle i kamienieje jak nieszczęsna Niobe.

***
Jadzia przypomina sobie grudniowy poranek czterdziestego trzeciego roku, kiedy z wrzaskiem wpadli tu esesmani. Otwierać, schnell, schnell, do szaf zaglądanie, łóżek wybebeszanie, słomy przerzucanie, i już, już mieli wychodzić, bo żadnego partyzanta nie znaleźli, ale wtedy któregoś z nich coś tknęło i wrócił do parownika, gdzie przygotowywano żarcie dla świń, i zaczął grzebać przy palenisku, odwalał drewno, torf i znalazł właz do bunkra, w którym siedział brat Jadzi Józef, Bernard, mąż jej siostry Halinki, i jeszcze jeden mężczyzna, też z Gryfa Pomorskiego, którego imię już jej uleciało z pamięci.

Aresztowano Michała Połoma oraz jego synów: Józefa i Tadeusza, ciężarną Halinę i jej męża, siedemnastoletnią Józię i czternastoletnią Jadzię. Panią Połomową zostawili, bo była akurat ciężko chora. Udało się też Bernadecie, bo już wcześniej wywieziono ją na roboty.

- Hedwig - błyska do Jadźki krzywymi, żółtymi zębami w nieszczerym uśmiechu przesłuchujący ją drab w czarnym mundurze. - Powiedz prawdę, a wrócisz do domu. Jacy partyzanci przychodzili z lasu?

Jadzia dobrze szwargocze po niemiecku, bo chodzi do niemieckiej szkoły, ale nie przyzna się przecież, że woziła im jedzenie do lasu i odbierała meldunki, i nie bała się wcale, bo Niemcy nie zwracali uwagi na małą, szczupłą dziewczynkę, która śpiewała, mijając ich na rowerze.

Czasem, słysząc te niemieckie piosenki, których Jadzia nauczyła się w szkole, esesmani nawet uśmiechali się do niej, bo przypominała im pewnie młodsze siostry i córki, które zostawili w domu. Ale teraz żarty się skończyły, gadaj, gówniaro jedna!

***
Konzentrationslager Stutthof.
Jadzi żal złotych kolczyków z koralami, które dostała od mamy, ale co tam kolczyki, zabrano jej też sukienkę i płaszczyk z futerkiem, stoi teraz w za dużych drelichach, z mokrą głową na dwudziestostopniowym mrozie i czeka, bo esesmani liczą więźniów i coś im się nie zgadza, więc coraz bardziej rozeźleni liczą od nowa. Obok niej dygocąca z zimna i ze strachu Józia, a gdzie tato, gdzie reszta rodzeństwa - nie wiadomo.

***
Janka Paradowska to wypieszczona córka właściciela fabryki maszyn rolniczych w Lipnie. Harcerka i gimnazjalistka. Niemcy zatrudnili ją w sklepie z materiałami i pasmanterią. Siedziała przy kasie. Wkrótce złożyła przysięgę i oprócz pieniędzy zaczęła przyjmować meldunki Związku Walki Zbrojnej. To było znakomite miejsce, ktoś wchodził, kupował szpulkę nici albo pięć agrafek i mówił parę słów.

17 czerwca 1943 roku na skutek donosu aresztowano żołnierzy podziemia i współpracujące z nimi osoby w całym okręgu. Do gestapo w Bydgoszczy trafiło trzydziestu siedmiu mężczyzn i dwudziestoletnia Janka.

Przesłuchania śnią jej się do tej pory, jakaś bezkształtna czarna mgła opada na nią, dusi, męczy... Wykrzywione twarze, wrzaski, razy, zapadanie się w mrok, w niebyt.

Nie pamięta, jak znalazła się w Stutthofie. Pamięta natomiast, jak była ubrana: płócienne pantofelki na obcasie, spódniczka w kratę i taftowa bluzka z bufiastymi rękawami. Tak ubierała się do sklepu.

Blok 1, sztuba numer 4. Ani grzebienia, ani ręcznika, ani łyżki, ani miski.

I wtedy pojawiają się anioły. Helenka i Natalia Lulińskie i ich mama z łyżką i dobrym słowem. Anioły zawsze już będą się jej kojarzyć z tymi dziewczynami w obozowych drelichach, z jasnymi oczami. Albo z Helusią Chrzanowską czy Kazią Bartel, które same nie zjadły, a dały tej, która wiła się z głodu. Także z nauczycielką Walerią Felchnerowską, która składała rymy - wprawdzie częstochowskie - ale ku pokrzepieniu zbolałych serc, i z Lilką Banasiak, piszącą w tak strasznych okolicznościach bajki dla dzieci.

***
Przebieranie kartofli w wilgotnej piwnicy to wstrętna praca, kręgosłup boli, nogi sztywnieją, bo cały czas siedzisz w kucki, a gdy w końcu klękasz na wilgotnym klepisku, bolą jeszcze bardziej, kiszki grają marsza, śmierdząca zupa z brukwi staje w gardle. Jadzia czuje zapach grzybowej, którą gotowała mama, rosołku z kury z makaronem, kaczki pieczonej z jabłkami.

Ktoś szturchańcem wyrywa z zamyślenia: Chcesz żyć, musisz jeść. Jasne, że chce żyć, ale gdyby tak wynieść ze dwa kartofle - kombinuje. Pod każdą pachą po jednym. I chowa dwa ziemniaki, ale właśnie wchodzi esesmanka i nakazuje kapo, by zrobiła rewizję. Kapo sprawdza więc każdą kobietę po kolei, dochodzi do Jadzi i zaczyna ją obszukiwać, najpierw szuka w spodniach.

Jadzia, której ta młoda Niemka wydaje się istotą podobną do człowieka, szepcze: - Ich habe Kartoffel. - Was? Masz kartofle? - w kapo jakby piorun strzelił. - Hande hoch! - drze się. Przerażona dziewczynka podnosi ręce, kartofle spadają, ale zatrzymują się na pasku podtrzymującym zbyt obszerną bluzę... Kapo wściekła krzyczy: - To wariatka, kłamczucha! Wali ją w głowę.

Wieczorem udaje się upiec te dwa kartofle na blaszanym piecu w sztubie i razem z Józią jedzą je na wpół surowe, ale i tak wydają im się nawet smaczniejsze niż te, które się jesienią piekło w ognisku.

Podczas apelu Jadzia słyszy, jak jeden z esesmanów mówi do blokowej: - Weź to dziecko precz!

Jezu, gdzie oni mnie przeniosą - przez całą noc modli się o pomoc do Matki Boskiej. - Józia, co oni ze mną zrobią? Boję się - płacze. Śpij - mówi wystraszona siostra. - Musisz być silna. Ale Jadzia spać nie może, czarne myśli kłębią się w głowie, widzi tatę pobitego do nieprzytomności przez gestapowców na dziedzińcu starogardzkiego wiezienia.

Jej ukochany ojciec, taki dobry i zacny człowiek, Michał Połom, którego wszyscy w Czersku szanowali, także Niemcy, przed wojną oczywiście, pan Gross na przykład, właściciel fabryki mebli, drewno od taty kupował, radził się go w różnych sprawach... Z grypsu, który dostała od Tadeusza, wie, że tatę zamordował blokowy Kozłowski. Ojciec był chory, nie mógł jeść, blokowy się zezłościł, przewrócił go i skoczył mu na pierś. Tak długo skakał, aż Michał Połom wyzionął ducha.

Rano dowiaduje się, że przenoszą ją do Strohstube, czyli do sztuby, w której kobiety wyplatają buty ze słomy dla wachmanek i żon dostojników SS. Lekka i niemal przyjemna praca w porównaniu z segregowaniem kartofli. Zawdzięczała ją pani Jadwidze Roteckiej, która załatwiła przeniesienie. Niemkom zależało na czasie, bo zbliżała się zabawa i chciały się wystroić, więc udało się, trafiła pod skrzydła pani Roteckiej, która przed wojną była harcerką i nauczycielką, a w obozie jest kapo, ale de facto - obozowym aniołem i pomaga komu może.

Znowu więc pojawiają się w opowiadaniu anioły. Dobrze, że są, bez nich życie w tym piekle byłoby nie do zniesienia, ale diabłów jest z pewnością więcej, więc choć walka dobra ze złem wydaje się nierówna, trwa przez cały czas.

Słomę z pobliskiego majątku moczyło się, by zmiękła i plotło z niej warkoczyki. Cieńsze szły na wierzch buta, grubsze na spody. Po kilku tygodniach wszystkie pantofelki były gotowe, Niemki pląsały w nich po parkiecie, wdzięczyły się do esesmanów, piły szampana, śmiały się, a obok w barakach umierali z wycieńczenia i głodu ci, których tańczący uważali za podludzi, a za barakami dymił komin krematorium...

- Jadziu, znasz słowo "konspiracja"? - zapytała pani Rotecka. - Oczywiście, woziłam meldunki partyzantom… - Gdy do łaźni przyjadą kobiety w ciąży, trzeba im podać czystą odzież. Potrafisz przedostać się tam tak, by cię nikt nie zauważył?

Włożyła na nią kilka koszulek, majtek, bluzek, na to naciągnęła drelichy.

Z daleka zobaczyła ją blokowa, która nagle wyszła zza węgła. Ale Jadzia zdążyła już wskoczyć do łaźni, zrzucić z siebie rzeczy i schować się między nogami kobiet. Wpada blokowa, krzyczy: Gdzie jest ta mała? Ja jej pokażę!

Wśród ciężarnych kobiet jest Halinka. Choć pobita w śledztwie, rodzi w obozie syna. Poród jest ciężki, kleszczowy. Jadzia przemyka się czasem do siostry i ogląda małego zawiniętego w szmatki. Halina nie ma pokarmu. Jerzyk przeżyje dzięki Rosjance, która ma dużo mleka w wielkich piersiach. I dzięki Helenie Gwiazdowej, która w jakiś cudowny sposób pomaga matkom.

***
Janka pracuje w szwalni. Szyje spodnie dla żołnierzy Wehrmachtu. Po kryjomu robi laleczki dla obozowych dzieci. Krakowianki, łowiczanki, Kujawianki. Gdy te dzieci trochę podrosną, esesmani zabiorą je matkom i oddadzą niemieckim rodzinom do adopcji.
Janka ma szczęście, otrzymuje paczki żywnościowe od nieznajomych osób z Pomorza. Dzieli się z towarzyszkami niedoli. Skórka chleba, kawałek kartofla, łyżeczka marmolady - były znakiem człowieczeństwa. Rodziła się z tego przyjaźń na całe życie.

***
Jadzia dostaje przesyłki od mamy i od ciotek. Ale są też krewni, którzy boją się wysyłać paczki do Stutthofu. Sama nazwa budzi grozę.

Jadzia pracuje teraz dla Deutsche Ausrüstungswerke (DAW). Przyszywa paski do metalowych stelaży pod żołnierskie plecaki. Siedząc nad stelażami i paskami, śpiewa, bo ma ładny głos, może zostałaby śpiewaczką, gdyby nie wojna. "Jak długo w żyłach naszych/ Choć kropla polskiej krwi,/ Jak długo w sercach naszych/ Ojczysta miłość tkwi,/ Stać będzie kraj nasz cały,/ Stać będzie Piastów gród,/ Zwycięży Orzeł Biały,/ Zwycięży polski lud...".

Śpiewaj, Jadźka, śpiewaj, proszą kobiety, bo piosenki dodają otuchy.
Czasem usłyszy ją blokowa. - Kleine Spitzmaus, bo tak ją nazywała - śpiewaj po niemiecku!
- Blokowa kocha się w polskim lekarzu - opowiadają sobie kobiety. Lekarz jest bardzo przystojnym mężczyzną. Też chce przeżyć.

***
W styczniowy poranek czterdziestego piątego roku osiemset wynędzniałych kobiet wyrusza w drogę. Dokąd? Nie wiedzą, każda ściska pół bochenka chleba, który po chwili zamienia się w kamień, bo mróz dochodzi do dwudziestu stopni. Schnell, schnell, krzyczą esesmani. Która nie może iść, dostaje cios kolbą w plecy albo kulę w tył głowy, czerwona plama krwi rozlewa się po śniegu... Padają jedna po drugiej, droga zasłana jest trupami. Janka ma na nogach skarpetki zrobione na drutach przez mamę Lulińską, a Jadzia buty, które przemycił jej brat Tadzio, zatrudniony przy wyrobie żołnierskiego obuwia.
Zimno przenika do szpiku kości.

***
W Pruszczu upychają kobiety w barakach na lotnisku. Schodzą się też grupami Żydówki, które pracowały w okolicznych gospodarstwach. W letnich sukienkach, brudne, z otwartymi ranami na rękach i nogach, chore, niektóre nieprzytomne, płaczą, urągają sobie nawzajem...

O śnie nie ma mowy, zimno, ciasno, krzyki i wtedy jedna z Żydówek zaczyna rodzić, Stacha Opolska, farmaceutka, odbiera poród, Janka idzie do wachmana po wodę, wachman, okazuje się człowiekiem, a może nawet aniołem, bo nie tylko grzeje wodę, ale jeszcze gotuje dla położnicy kaszę mannę...

Dziewięciu dziewczynom udaje się uciec. Docierają do Tczewa, mama Zosi częstuje je gorącą kartoflanką. Nigdy już nic nie będzie im tak smakować.

***
Jadźka idzie dalej. Pada na ubity śnieg. - Ze mną już koniec. Idź dalej sama - szepcze do siostry. Dziewczyny biorą ją pod ręce i wloką. Na postoju kładą w żłobie w oborze, przykrywają słomą. W cieple jakoś dochodzi do siebie.

W obozie w Gniewinie wybucha epidemia tyfusu i krwawej biegunki. Głód odbiera rozsądek. Wyrywają sobie źdźbła chleba. Łapią psa, obdzierają ze skóry, gotują. Aniołów jest coraz mniej. Odlatują do nieba.

Esesmanka, ta, która nazywała Jadzię Spitzmaus i biła po głowie, na chwilę zmienia się w anioła. Daje jej garnuszek gorącego makaronu, dwie kromki chleba z margaryną i łyżeczkę marmolady.

Tyfus zbiera swoje żniwo, kobiety umierają jedna po drugiej. Jadźka ma czterdzieści stopni gorączki, majaczy, rzuca się, zapada w sen, leci w przepaść...

Budzi się, koleżanek nie ma, Józi nie ma, pusto. Pyta Niemki o dziewczyny. Uciekły do lasu, bo rosyjska lekarka zapowiedziała, że ze względu na wszy zgoli im włosy.

Ruska? No tak, teraz tu są Ruscy, esesmanki uciekły, a tutejsze Niemki sprzątają w kwaterach zwycięzców.

***
- Dwaj moi starsi bracia Roman i Artur przeżyli wojnę w obozach jenieckich i przyjechali do Lipna - mówi Janina Keller, z domu Paradowska. - Młodszy Tadeusz wrócił z robót. Ja przeżyłam Stutthof. Obie z mamą poszłyśmy pieszo do Częstochowy podziękować Matce Boskiej za ratunek.

***
- Mojego ojca, Michała Połoma, Niemcy zamordowali 22 stycznia 1944 roku, brata Józefa w sierpniu tegoż roku, szwagra Bernarda Włocha w grudniu - wylicza Jadwiga Meller z domu Połom. - Halina i malutki Jurek przeżyli transport morski. Dopłynęli tratwą do Lubeki. Do Czerska dotarli pod koniec 1945 roku. Tadeusz i Józefa przeżyli marsz śmierci i także wrócili. O esesmance, która mnie biła, a potem nakarmiła, co być może uratowało mi życie, nigdy więcej nie słyszałam. Ani o polskim lekarzu, w którym się kochała.

[email protected]

7 września 2014 roku upamiętniono na terenie muzeum 75 rocznicę pierwszego transportu więźniów do obozu Stutthof. W uroczystości wzięli udział byli więźniowie i przedstawiciele władz oraz młodzież szkolna i akademicka, harcerze.

Dyrektor muzeum Piotr Tarnowski: Słyszałem, jak matka na pytanie nastoletniego syna, który - wskazując na budynek obozowej komendantury - spytał, co tu się znajdowało, odpowiedziała: Tam mieszkali esesmani, którzy pilnowali porządku! Zastanawiam się, czy matka przekazała dziecku, że esesmani oprócz pilnowania porządku mordowali tutaj niewinnych ludzi, że była to fabryka śmierci, piekło na ziemi.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie