Co bym zrobił Marcinowi P. Losy poszkodowanych w aferze Amber Gold

Tomasz Słomczyński
Pan Marek: Amber Gold to był drugi cios. Nie ma szans, żeby było lepiej fot. Tomek Słomczyński
Afera Amber Gold z daleka wygląda tak: ponad 12 tysięcy poszkodowanych, roszczenia na 700 milionów złotych, Marcin P. w areszcie, syndyk wyprzedaje samochody. Z tej perspektywy nie widać łez, bezsilności, wściekłości i ogromnego żalu do państwa polskiego. Nie widać też uporu tych, którzy chcą wierzyć, że pieniądze da się odzyskać. Losom poszkodowanych w aferze Amber Gold postanowił przyjrzeć się z bliska Tomasz Słomczyński

Powaliło nas to strasznie - Marek Dukowicz założył dziś elegancką koszulę i krawat. W przytulnym, zadbanym mieszkanku na Morenie razem z nim czekają na mnie jego żona Helena i dorosłe już dzieci: Krzysztof i Joanna.

- Też tacy radośni byliśmy - na trzech firmowych teczkach uśmiechnięta rodzina, na czwartej twarze zaklejone białym papierem, na którym pan Marek narysował odwrócone uśmiechy symbolizujące smutek.

W teczkach dokumenty, wśród nich taki: "Oto twój prezent od Amber Gold, jednogramowa sztabka złota... Mamy nadzieję, że nasze wspólne zadowolenie zaowocuje dalszą współpracą".

Śmiech Dukowiczów jest gorzki, kiedy spoglądają na zadowolone z siebie postacie na reklamowym zdjęciu. Zostały im prezenty od Marcina P. - cztery maleńkie "sztabki" złota. Są warte może kilkaset złotych. Dukowiczowie na lokacie w Amber Gold mieli 200 tysięcy.

Irena i Janusz M.

To był pierwszy cios: Nieszczęście nadeszło 28 kwietnia 2012 roku, dochodziła 22.00. Akurat szykowali się do snu w swoim dwupokojowym mieszkaniu na pierwszym piętrze kamienicy w Starym Chełmie. Pan Janusz leżał na kanapie. Endoproteza w kolanie wymagała jeszcze rehabilitacji, obok kanapy stały kule. Pani Irena krzątała się po kuchni.

Ktoś z ulicy zaczął wołać. Krzyczał, żeby uciekać. Pan Janusz zerwał się na równe nogi. Droga schodami w dół, o kulach, nie należała do łatwych. Z góry zbiegali sąsiedzi.

Jak opisać uczucie, kiedy się patrzy w ogień? Nie da się tego opisać. Pan Janusz milczy. Wzrok ma utkwiony w to, co zostało z podłogi.

Strażacy stwierdzili, że doszło do zwarcia instalacji. Spłonął cały dach kamienicy, pod którym znajduje się ich mieszkanie.
Dostali koce, zanim pożyczyli przyczepę, pierwsze dwa dni spędzili na dworze. Był jeszcze kwiecień, nad ranem robiło się chłodno.
A potem, kiedy na oczach kamer telewizyjnych polska śledziła upadek Amber Gold, Irena i Janusz siedzieli z synem w przyczepie kempingowej, bez telewizora. I rzecz jasna, nie były to wakacje.

Pan Janusz ma 63 lata, pani Irena 61. W Amber Gold ulokowali wszystkie swoje oszczędności, 21 tys. zł. Ich syn kończy licencjat z informatyki. Pieniądze miały mu pozwolić zrobić magisterkę.

Dukowiczowie
- Te 200 tysięcy to były skrupulatnie odkładane oszczędności całego życia, uzupełnione przez spadek po rodzicach.
Dukowiczowie mieli dla kogo oszczędzać.

Rozmowie przysłuchują się młody mężczyzna i kobieta. Dzieci pana Marka są na rencie. Choroba jest bezlitosna. Dziś "są na nogach", ale zdarza się, że... Szkoda gadać. Wymagają opieki, lekarstw.

Do pracy nie pójdą. Pieniądze miały być na zabezpieczenie ich przyszłości.
Bo też pan Marek ma już 68 lat, trzy stenty i pięć koronarografii. Jest "wyremontowany", jakoś się trzyma, chodzi na gimnastykę, ale... wiadomo przecież.

Czasem jeszcze pracuje, w porcie przy kontroli ładunków, dorobi jeszcze trzy, cztery stówy miesięcznie. Jest emerytura, dwie symboliczne renty, wspólnie żyją, więc jest trochę łatwiej. Ale po tym wszystkim musi teraz człowiek skurczyć budżet, ważne żeby na leki starczyło.

Irena i Janusz M.
Przyczepa stała w ogródku, sąsiad pożyczył im prąd. Nie chcieli zrywać "złotej" lokaty, czekali więc do sierpnia. Przed zimą zdążyliby zrobić jakiś remont.

Bardziej niż śledzeniem newsów zajęci byli rozkładaniem folii, ratowaniem i pilnowaniem dobytku w mieszkaniu, nad którym nie było już dachu.

Nadszedł sierpień. W sierpniu oddziały Amber Gold były już pozamykane.

To był drugi cios. Teraz było znacznie trudniej - półtora miesiąca "leżeli". Nie podnosili się z łóżek.

Dziś mają razem 1700 zł emerytury. Czterysta idzie za mieszkanie socjalne do kasy miasta i na media, ostatni rachunek za prąd to były prawie dwie stówy. Drugie 400 idzie na spłatę kredytu za dach.

Jego odbudowa kosztowała ich 35 tys. zł. Osiem tysięcy pożyczyli od rodziny - i to trzeba będzie oddać w pierwszej kolejności. Nie wiedzą, w jaki sposób. Na resztę wzięli kredyt.

Dukowiczowie

Pan Marek jest raczej pogodny, sam o sobie mówi, że choleryk, rzeczywiście, nie widać po nim załamania, choć czasem zamyśla się na dłużej. Patrzy wtedy gdzieś daleko.

Najpierw oszczędności trzymali w normalnym banku, jak wszyscy. Zwrócili uwagę na wielkie reklamy Amber Gold, całe budynki w Gdańsku zaklejone. Pan Marek wziął syna, który trochę się finansami interesuje, pojechali do oddziału. Patrzą, jest firma, ładny budynek, żadna prowizorka. Była kawka, czekoladka, miła pani, bardzo profesjonalna obsługa.

Wybrali lokatę Wyższy Zysk. To dawało nadzieję, że oprocentowanie będzie naprawdę wysokie. I było. Zmyliło ich to, że po pierwszym roku dostali pieniądze. Nawet więcej niż było w umowie.

- Patrzę, więcej niż obiecane 12 procent dostałem, ja, głupi i uczciwy, lecę do nich, myślę sobie, że może się ktoś pomylił, zwrócę nie swoje pieniądze. Wiem, jak to jest, sam pracowałem przecież i odpowiadałem za towar, pomyłki się zdarzają - pan Marek mówi szybko, jakby jednym tchem. - Pojechałem do oddziału, taka miła pani mi mówi, że nie, że złoto poszło w górę, więc doliczyli klientom i zamiast 12, to 17 procent nam dali.

Irena i Janusz M.
- Będzie zimno, ale damy radę - pani Irena zaprasza na pogorzelisko. Rzeczywiście, mieszkanie jest nieogrzane, bo jak ma być ogrzane? Nie ma tynków, podłoga do wymiany, z sufitu zwisa słoma. Nowa meblościanka, kupiona i zrobiona na wymiar, elegancka, z ciemnego drewna, z lustrami w przesuwanych drzwiach. Wygięła się, czy jeszcze do czegoś się nada? Bardzo się z niej cieszyli. A teraz? Stary dziecinny piórnik, czaszka z porożem jelenia, wentylator, jakieś radio, garnki, pralka, wszystko w nieładzie. I nie ma gdzie tego zabrać. Do socjala i tak by się nie pomieściło.

Mieszkanie socjalne dostali we wrześniu, kiedy w przyczepie robiło się naprawdę zimno. Długo o nie prosili w Urzędzie Miasta. Miny im jednak zrzedły, gdy zobaczyli ich nowe miejsce do życia. Dwa maleńkie pokoiki na poddaszu. Łazienka na klatce schodowej. Teraz nie ma w niej wody, rury pozamarzały. Tak żyją.

Dukowiczowie

Syn pana Marka, Krzysztof, mówi powoli, czasem między wypowiadanymi słowami pojawiają się przerwy. Trzeba wówczas cierpliwie czekać na dalszy ciąg. Jednak to, co mówi, jest składne, logiczne. Chłopak bardzo starannie dobiera słowa, za każdym razem "lokatę" poprzedza określeniem: "tak zwana". "Inteligentny chłopak" - powie z dumą pan Marek o synu.

- O tym, że Marcin P. oszukał ludzi w Multikasie dowiedzieliśmy się w połowie czerwca. Prasa wtedy opisywała, że kondycja OLT Express się pogarsza, mówiono, że właścicielem jest Amber Gold. To był pierwszy sygnał. Potem, jak ogłosili, że ludzie przestali dostawać pieniądze z tych lokat, wtedy zaczęły się gromadzić tłumy pod oddziałem. Też tam poszliśmy. Przyjęła nas taka miła pani. Psychologicznie nas podeszła. Powiedziała, że nie mamy się czym martwić, my na to jej, że się boimy, że za kilka dni będą już tylko zamknięte drzwi. Powiedziała: "proszę, to są nasze materiały" i dała kserokopie artykułów prasowych. To był wywiad z Marcinem P., w którym uskarżał się, że jego dziecko, czyli Amber Gold, zostało zaszczute przez KNF. Dostaliśmy propagandę i wróciliśmy do domu, cali szczęśliwi, że nie jest jeszcze tak źle. 13 sierpnia zaczynała się panika. Pojechaliśmy na miejsce. Nasze słowa, że zastaniemy tylko zamknięte drzwi, okazały się prorocze.

Kiedy Krzysztof precyzyjnie składa wyrazy w zdania, wzrok jego ojca ucieka gdzieś w przestrzeń blokowiska za oknem.

Irena i Janusz M.
Przed laty kupili synowi wełnianą czapkę ze znakiem Chicago Bulls. Teraz się przydaje. Pan Janusz zdejmuje ją do zdjęcia, głupio by to wyglądało w gazecie. Tu, w tym domu się urodził, przez lata był kierowcą, ale teraz o pracy już nie ma mowy. Nie może do końca ugiąć nogi w kolanie, więc zamiast kucnąć do zdjęcia, tylko się pochyla. Czasem się jąka, wtedy gdy jest zdenerwowany.
Pani Irena stoi bezradnie pośrodku rumowiska. I nie godzi się na zdjęcie. Bo ludzie to różnie gadają.

Pan Janusz zaczyna się denerwować:
- Według mnie, to jest wielkie oszustwo i to ktoś z wyższych władz maczał w tym palce. Przecież ten cały Marcin P. był wcześniej karany, i dalej miał interesy lewe, były sprawy sądowe nawet, a wszystko zostało zatajone, żeby mógł dalej ludzi, nas, oszukiwać. A zwykły śmiertelnik, jak jest karany, to nie może dostać pracy jako ochroniarz nawet.

Odpowiedź na pytanie o plany sprawia im trudność.
Pani Irena: - Ja nie widzę żadnych planów - chwilę się zastanawia. - Przyjdzie nam tu mieszkać pewnie, posprzątamy na wiosnę, i jakoś to będzie. Widzi pan ten tapczan? Zobaczymy na wiosnę, jak będzie śmierdział, to go wyrzucimy. I tak jest ze wszystkim.

Pan Janusz: - W tej chwili nie ma żadnych szans na to, żeby było jakoś lepiej - chwila ciszy, pan Janusz mówi dalej z coraz większym zdenerwowaniem, jąkając się: - Bo to jest państwo dla cwaniaków!

Pani Irena: - Przestań (łzy w oczach).

Pan Janusz się uspokaja.

Pani Irena: - Wierzę, że państwo jakoś dojdzie do tego majątku i nam zwróci.

Dukowiczowie
Do rozmowy włącza się żona pana Marka, Helena: - Najgorzej nas bulwersuje, że państwo się teraz obudziło, że teraz będzie pierwsze sobie odbierać pieniądze z Amber Gold. Mogło sobie odbierać, kiedy chciało, miało do tego wszelkie możliwości, policję, służby, wszystko. Ale tego nie robiło. Mogło to zrobić, a my, ludzie, nie mogliśmy. Państwo spowodowało to, co się stało, dało przyzwolenie, a teraz nas chce zostawić na samym końcu.

Pan Marek: - Mówią, że do ludzi wróci 30 procent tego, co włożyli. Jeśli tak, to ja będę Skarb Państwa skarżył, trudno. A jak się nie uda, to potem Strasburg. Proszę pana, ja pracowałem 35 lat i byłem odpowiedzialny materialnie, więc co dwa lata szło w mojej sprawie pismo do sądu, czy byłem karany. Bo jakby się okazało, że byłem, to zaraz by mnie na zbity pysk wywalili. A takiemu łachudrze z sześcioma wyrokami bez problemu rejestrują firmę. To chyba coś jest nie w porządku, co?

Pan Stanisław
Jest jeszcze pan Stanisław, ma 73 lata. Zostawił w Amber Gold 89 tys. zł. W drzwiach mieszkania w bloku na Oruni wita gościa bardzo uprzejmie, ale z dystansem. Nie chce rozgłosu, 30 lat pracował na kierowniczym stanowisku, zna wielu ludzi, niepotrzebna mu popularność. Nie będzie rozwlekłej rozmowy o życiu, będzie konkret.

Pieniądze, owszem, całe życie grosz po groszu je składał, powolutku, powolutku, latami. Miały być na godną starość, takie zabezpieczenie, może na szpitale, na lekarstwa. Zabezpieczenia nie będzie.

Jak się teraz czuje? Wzrusza ramionami. Nie można pozwolić, żeby pieniądze stały się ważniejsze od zdrowia. Stara się nie przejmować. Ale kilka rzeczy trzeba powiedzieć.

Zanim założył lokatę, bardzo dokładnie sprawdził regulamin. Wyraźnie jest tam napisane, że towar zdeponowany w ramach umowy objęty jest poręczeniem funduszu poręczeniowego. Ma zagwarantowany zwrot do wysokości 250 tys. zł.

- Kupi pan samochód, dadzą gwarancję, może pan ją podrzeć i wyrzucić do śmieci, bo papier nic nie wart. Mieszkanie pan kupi, nie wiadomo, czy jest pana, bo akt notarialny to też tylko papier, prawda? To jak państwo nie gwarantuje, że umowa jest coś warta, to co to za państwo?

Pan Stanisław jest przekonany, że Marcin P. był małym pionkiem. Skąd to wie? Przecież urząd skarbowy szuka takich, którzy nie zapłacą po 20, 30 zł. A jego przez dwa lata nie widzieli. Ale nie wiadomo, kto poruszał tym pionkiem. I nigdy się nie dowiemy. System jest tak stworzony, żebyśmy się nie dowiedzieli.

- Człowiek nie może takiej wielkiej wagi przywiązywać do pieniędzy, żeby zdrowie stracić. Bo trzeba brać życie takie, jakim jest. Pogodzić się trzeba, że władze są tak słabe, że nie potrafią znaleźć i odebrać mu naszych pieniędzy.

Zdaniem pana Stanisława, władze nie potrafią, bo nie chcą.
- No i co pan zrobi, życie pan sobie odbierze? Co pan by zrobił na moim miejscu? No, niech pan otworzy okno i krzyczy - co to panu da?

Chwila milczenia, czas na podsumowanie:
- Naszą narodową wadą jest to, że prawie 40 milionów ludzi nie potrafi wybrać 460 uczciwych ludzi. Ktoś nami tak zręcznie manipuluje, że nie potrafimy. To właśnie leży u podstaw problemów z Amber Gold.

Kara
- Co byście zrobili, gdyby zamiast mnie, stanął przed wami Marcin P.? - na to samo pytanie odpowiadają wszyscy.

Marek Dukowicz: - Przyłożyłbym mu w pysk.

Pan Stanisław: - Nie wiem, co bym zrobił, gdybym go spotkał. Co miałbym mu powiedzieć? Że jest oszustem? Przecież on to doskonale wie. Nic bym mu nie zrobił.

Janusz M.: - Naplułbym mu w twarz.

Irena M.: - Chyba bym go... - powiedziawszy to, milknie, dodaje po namyśle, jakby się usprawiedliwiając. - Mój syn przeżył to wszystko najbardziej... Zmienił się strasznie, nie jest taki jak kiedyś. Ale nie... Nie zabiłabym. Chciałabym, żeby ktoś go wsadził do celi, dwa metry na dwa, gdzie ściany byłyby oklejone zdjęciami nas wszystkich, którym ukradł pieniądze. Pod zdjęciami byłyby napisane kwoty. I żeby siedział w tej celi do końca życia. I żeby patrzył w te zdjęcia. I żeby miał czas to sobie wszystko dokładnie przemyśleć. Taką powinien mieć karę.

Puenta

Informacja z 29 stycznia: Prezes Amber Gold Marcin P. chce wypłaty zaległego wynagrodzenia za lipiec i część sierpnia 2012 roku, w wysokości 382 tys. zł - zarabiał 200 tys. zł miesięcznie. Wiceprezes Sądu Okręgowego w Gdańsku Rafał Terlecki powiedział, że pozew Marcina P. zostanie rozpatrzony i jeśli wszystko będzie w porządku, to szef Amber Gold zostanie dopisany do listy wierzycieli. Jeżeli "wszystko będzie w porządku", to Marcin P. dostanie pieniądze w pierwszej kolejności. Państwo Dukowiczowie, pani Irena, pan Janusz oraz pan Stanisław dostaną je dopiero wtedy, gdy Marcin P. odbierze swoje 382 tys. zaległej pensji.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
Attagen

Szanowny Panie Redaktorze!
Bardzo Panu dziękuję za niezwykle interesujący i jednocześnie wstrząsający reportaż o ofiarach afery Amber Gold w „Dzienniku Bałtyckim” z dnia 1 lutego 2013 r. Ja też na funduszach akcji straciłem w moim banku 14 311,49 złotych w ciągu czterech lat (w okresie od 12.06.2007 do 14.07.2011), ale to były fundusze inwestycyjne i od początku zdawałem sobie sprawę z ryzyka, bo o nim była informacja w umowie.
Natomiast oszukańcza firma Amber Gold od samego startu świadomie wprowadzała ludzi w błąd. Najbardziej poruszająca jest puenta Pana artykułu. Trudno bez ataku bezsilnej wściekłości przyjąć do wiadomości fakt, że podły oszust ma w pierwszej kolejności otrzymać tzw. zaległe wynagrodzenie i to w niewiarygodnie wysokiej kwocie aż 382 tys. zł. W głowie się nie mieści, że złodziej ma dostać pensję przed poszkodowanymi, którym w najlepszym wypadku pozostanie tylko nędzna jałmużna. Czy nasze państwo, moje polskie państwo naprawdę wynagradza złodziei, zamiast odebrać im zrabowane oszczędności całego życia biednych emerytów i schorowanych rencistów? Mimo wszystko mam nadzieję, że Pana publikacja zmobilizuje nasz wymiar sprawiedliwości do skutecznego i szybkiego działania.
Attagen.

Dodaj ogłoszenie