Brodka, Natalia Przybysz, Dawid Podsiadło i Krzysztof Zalewski w Operze Leśnej

Jarosław Zalesiński
Jarosław Zalesiński
Widowisko Sopot '68 Re_Make z udziałem gwiazd estrady. NZ Paulina Przybysz
Widowisko Sopot '68 Re_Make z udziałem gwiazd estrady. NZ Paulina Przybysz Piotr Hukało
Piosenki sprzed pięćdziesięciu lat, w nowych aranżacjach i nowych wykonaniach, to największy atut widowiska "Sopot '68 Re_Make", które w czwartkowy wieczór obejrzała publiczność w sopockiej Operze Leśnej.

Publiczność rzeczywiście dopisała: sopocki amfiteatr był wypełniony niemal do ostatniego miejsca. Sopocian i letników przyciągnęła do Opery Leśnej po pierwsze bardzo atrakcyjna lista wykonawców: Basia Wrońska, Brodka, Natalia Grosiak, Natalia Przybysz, Paulina Przybysz, Dawid Podsiadło, Kev Fox, Krzysztof Zalewski, MaJLo, Skubas i Tomasz Makowiecki - niemal każdy słuchacz mógł w tym zestawie znaleźć coś dla siebie. Nie było co prawda Sławomira, ale to przecież lepiej... Ciekawość obudził też na pewno pomysł, by w tych wykonaniach wrócić do przebojów sprzed półwiecza. Widowisko "Sopot '68 Re_Make" nawiązywało bowiem do wydarzeń VIII Międzynarodowego Festiwalu Piosenki w Sopocie, który w 1968 roku rozpoczął się w tym samym dniu, w którym kolumny czołgów armii Układu Warszawskiego, w tym Ludowego Wojska Polskiego, wkroczyły do zbuntowanej przeciwko sowieckiemu panowaniu Czechosłowacji.

Zanim powstało widowisko "Sopot '68 Re_Make" reżyserka Magdalena Szymków nakręciła dokumentalny film "Piszę do ciebie, kochanie", opowiadający o kulisach sopockiego festiwalu w sierpniu 1968 r. Szymków jest też autorką scenariusza widowiska w Operze Leśnej, wyreżyserował je Michał Walczak. Oboje wpadli na pomysł, by wydarzenia z 1968 roku i sierpnia roku 2018 połączyć jedną i tą samą fikcyjną osobą: funkcjonariuszem komunistycznych tajnych służb, który w 1968 roku został oddelegowany do Sopotu, by tam kontrolować przebieg festiwalu, a i dzisiaj pozostaje najwidoczniej na wytrwałej i wiernej służbie, bo zza kulis odgrywa rolę ni to wspominacza wydarzeń sprzed półwiecza, ni to konferansjera i reżysera widowiska w Operze Leśnej. Funkcjonariusza nie widzimy, słyszymy jedynie jego głos zza kulis (w głosie nie sposób było nie rozpoznać Wojciecha Manna), a jego wielkie oko, niczym oko Wielkiego Brata, łypało na nas z multimedialnych projekcji w krótkich przerwach pomiędzy piosenkami.

Czy przez to dramatyczne wydarzenia z 1968 roku, gdy czołgi pacyfikowały Pragę, a w Sopocie jak gdyby nigdy nic nucono pogodne piosenki, mocniej, żywiej dotarły do współczesnego odbiorcy widowiska? Nie byłbym tego pewien. Jedno z drugim bowiem w widowisku nie bardzo się sklejało. Oglądaliśmy fragmenty dokumentalnych kadrów, wykorzystanych w filmie Szymków, ukryty za kulisami "funkcjonariusz" snuł na głos swoje mało niestety zajmujące opowieści, zaś wykonawcy po prostu wychodzili na scenę i nie oglądając się na historyczno-polityczne konteksty, po prostu robili swoje, czyli śpiewali własne wersje starych przebojów. I robili to często udanie. W 1968 roku sensację na festiwalu obudziła Miki Nakasone, która wystąpiła w kimonie i z orientalnym wachlarzem. Brodka, nawiązująca do tamtego popisu, w swoim kostiumie miała tylko delikatne egzotyczne akcenty, ale za to swoją interpretacją na tych kilka minut zaczarowała Operę Leśną. Dowcipnie "When You love Me" zaśpiewał Dawid Podsiadło. Czy "Anna Maria" w wykonaniu MaJLo zabrzmiała w czwartek równie przekonująco, jak wtedy, gdy w 1968 roku nostalgicznie zaśpiewali ją w dniu płytowym Seweryn Krajewski i Czerwone Gitary, mogłoby już być pewnie tematem dyskusji, ale o całym czwartkowym koncercie z pewnością da się powiedzieć, że dzisiejsi wykonawcy na ogół sprawdzili się jako interpretatorzy tamtych piosenek (szkoda może tylko, że dość podobnie aranżowanych). Gdy Paulina Przybysz odśpiewała na koniec "Sunny", miało się ochotę wyjść na przerwę, porozmawiać ze znajomymi o piosenkach, wrócić na widownię i słuchać dalej. Tymczasem show skończyło się po godzinie...

Nie o to jednak głównie, nie o poziom muzyczny, w tym przypadku chodziło. Twórcy widowiska chcieli - tak przecież zapowiadali - zrewidować sopocki mit. Czyli przypomnieć, że organizowany od 1961 roku (najpierw w Gdańsku, potem w Sopocie) Międzynarodowy Festiwal Piosenki miał za tło najpierw ponurą gomułkowszczyznę, potem niewiele weselszą gierkowszczyznę - i tak dalej, i tak dalej. W sierpniu 1968 roku kontrast pomiędzy światłami estrady i mrokami kulis był wyjątkowo dramatyczny. Wszystko to prawda, ale czy widowisko powiedziało nam w tej sprawie coś naprawdę nowego?
Czy to na pewno takie dziwne i gorszące, że i w tragicznych czasach ludzie śpiewają, bawią się, że toczy się zwykłe życie? Także dzisiaj, w dobie aneksji Krymu i walk na wschodzie Ukrainy wszyscy emocjonowaliśmy się mundialem w Rosji. Być może jednak twórcy widowiska chcieli nam otworzyć oczy nie tylko na to, co kiedyś było, ale i na to, co dzieje się dzisiaj. Nie wiem jednak, czy im się to w pełni udało.

ZOBACZ TAKŻE: Sopot’68 Re_make. Wyjątkowe widowisko w Operze Leśnej

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie