Bony turystyczne na wakacje dzielą branżę turystyczną. Organizatorzy wycieczek zagranicznych: Co z nami? Czy my jesteśmy gorszym sortem?

Agnieszka Kamińska
Agnieszka Kamińska
Bony turystyczne na wakacje dzielą branżę turystyczną
Bony turystyczne na wakacje dzielą branżę turystyczną Przemyslaw Swiderski
Polacy chętnie wynajmują teraz domki za miastem. Z danych wynika, że zamierzają wypoczywać na Kaszubach, w Bieszczadach i w Borach Tucholskich. Bony turystyczne, zapowiadane przez rząd i prezydenta, podobają się branży agroturystycznej. Ale nie organizatorom wycieczek zagranicznych, którzy pytają: Co z nami, czy my jesteśmy gorszym sortem?

Bony turystyczne dzielą branżę turystyczną

Właściciele gospodarstw agroturystycznych zacierają ręce. Polacy, którzy chcą odpocząć, bardzo często wybierają teraz ich ofertę. Rząd ogłosił, że 13 czerwca otworzy granice z państwami Unii Europejskiej, po tym jak zostały zamknięte ze względu na epidemię. Loty międzynarodowe zostaną wznowione od 16 czerwca.

Wiele osób i tak spędzi wakacje w kraju. Postawi na wiejskie chaty czy leśne szałasy, których plusem jest to, że znajdują się daleko od miast, gdzie ryzyko zakażenia koronawirusem jest większe. Chaty z reguły są małe, najczęściej wynajmowane jednej rodzinie. A do tego piekielnie modne, bo ekologiczne.

Coś na ten temat wie Lidia, która odziedziczyła po dziadku pole w powiecie chojnickim, w pobliżu Borów Tucholskich. Teren nie był uprawiany i samoistnie wyrósł na nim las. Na polu znajdował się szałas z desek, a właściwie rozwalająca się buda, w której przed laty rezydowali drwale. Lidia o niej zupełnie zapomniała do czasu, gdy w ubiegłym roku pewna wędrująca lasami para studentów schroniła się w budzie na noc. Widać nocleg musiał wędrowcom przypaść do gustu, bo za pośrednictwem urzędu gminy skontaktowali się z Lidią, w celu dogadania warunków wynajmu rudery. I to na na całe dwa tygodnie!

„Warunków wynajmu czego ... – dopytywała Lidia, nie mogąc uwierzyć, że ktoś chce płacić za te kilka zgniłych desek. Ale wobec zaskakującej możliwości zarobku, nie protestowała. Okazało się, że studenci mają wielu znajomych, jak oni żądnych życia przez dwa tygodnie w skrajnej zgodzie z naturą. Telefony się rozdzwoniły, w budzie do późnej jesieni pomieszkiwali biwakowicze. I tak Lidia, emerytka z Gdyni i była urzędniczka, założyła działalność agroturystyczną. W tym roku ma klientów na wszystkie weekendy czerwca i lipca.

– Początkowo kpiłam sobie, że ludziom się w głowach poprzewracało. Nie mogłam uwierzyć, że chcą płacić za siedzenie w czymś takim. Myślałam, że to ubiegłoroczne zainteresowanie jest przypadkowe. Córka podeszła do tego poważniej, zamieściła ogłoszenie o wynajmie w internecie. Mieliśmy klientów już w kwietniu i maju. Są już kolejni. Mówią nam, że szukali takiej oferty, bo ze względu na epidemię nie wyjadą do żadnego zagranicznego kurortu nawet, jeśli będzie to możliwe. Klientami są wyłącznie mieszkańcy dużych miast – Warszawy i Trójmiasta. Miałam też trzy propozycje kupna tej chałupiny – mówi nam Lidia Pawłowska-Grądziel.

Czytaj także

Koronawirus a turystyka. Polacy chętnie jeżdżą do lasu

Kobieta postanowiła zainwestować w biznes, który niejako spadł jej z nieba, i powymieniać omszałe deski, a także podłączyć elektryczność. Na szczęście córka, przytomnie, wybiła jej to z głowy.

– Jak ona na mnie krzyczała! Musiałam odwołać stolarza i elektryka.

Okazuje się, że im gorzej, tym lepiej. Atrakcją jest właśnie to, że chatkę obrasta mech, chodzą po niej ślimaki i pająki, a wokół rosną metrowe pokrzywy i paprocie. Nie ma w niej ani bieżącej wody, ani prądu, zasięg sieci komórkowej urywa się.

– Jest tylko pień, który stał się stolikiem, coś na kształt pryczy i mała kuchenka na drewno. W pobliżu jest strumyk, za szałasem rozciągają się bory. I tak pięknie śpiewają ptaki... Widać, że niektórzy ludzie właśnie tego teraz potrzebują, są tego głodni. Jedyne co w tej chatce robimy, to dezynfekcje po wyjeździe gości. O zachowywanie dystansu nie musimy się martwić, bo chatka jest oderwana od rzeczywistości. Najbliższy sąsiad mieszka siedem kilometrów dalej – opowiada Lidia.

Przedstawiciele Lasów Państwowych również zaobserwowali wzrost zainteresowania wypoczynkiem na łonie natury. Ścieżkami przy ogrodzie botanicznym w Nadleśnictwie Gdańsk, gdzie znajdują się czujniki ruchu, tylko w ostatnim miesiącu przeszło tysiąc osób. Tylu wędrowców wcześniej jeszcze nie było.

– To rzeczywiście jest dużo. Mamy też inną propozycję dla miłośników lasów. Wyznaczyliśmy obszar o powierzchni ponad 1 500 hektarów, na którym można biwakować i uprawiać survival. To na razie niszowy, ale bardzo ciekawy sposób wypoczynku. W weekendy korzysta z niego od 4 do 8 osób – mówi Witold Ciechanowicz, koordynator strefy bushcraftu i survivalu w Nadleśnictwie Gdańsk.

Nadleśnictwo postanowiło jeszcze bardziej otworzyć się na turystów. Na wyznaczonym terenie mogą oni korzystać z kuchenek gazowych – o ile nie jest prognozowane zagrożenie pożarowe. Nie wolno ich używać na glebach torfowych, w młodnikach i w lesie z wysoką trawą. W czterech miejscach można też palić ogniska. Jest to dopuszczalne w punktach biwakowych:

  • Borowo,
  • Wyspowo,
  • Młynki,
  • na postoju pojazdów Biała.

Czytaj także

Koronawirus a turystyka. Im dalej od szosy, tym drożej[/b]

Na brak klientów, przynajmniej na razie, nie może narzekać właścicielka pensjonatu w powiecie starogardzkim. Ma w nim kilka pokoi i dużą jadalnię. W gospodarstwie jest też zagroda z kurami, kozami i kucykami. Do tego plac zabaw. Zabudowa jest z drewna, całość utrzymana w wiejskim klimacie.

– W pobliżu mamy to, o co najczęściej goście pytają – las i jezioro z pięknymi plażami. Zainteresowanie pobytem u nas jest teraz ogromne. Podobnie jest w innych, zaprzyjaźnionych gospodarstwach agroturystycznych na Kociewiu.

– Wakacje, poza pojedynczymi dniami, mamy zarezerwowane. Niektórzy zamówili u nas całe 2-3 tygodnie, co w latach poprzednich nigdy się nie zdarzało.

Jesteśmy zadowoleni, ale to jest zadowolenie ostrożne, bo na razie jesteśmy na finansowym minusie. Z powodu epidemii nie mieliśmy gości w czasie Wielkanocy, nie zarobiliśmy na weselach, które miały się u nas odbyć, a zostały odwołane lub przełożone – mówi Elżbieta Popielska.

Czytaj także

Koronoawirus. Gdzie wyjadą Polacy?

To, o czym mówi, potwierdzają dane portalu Noclegowo.pl, który zbiera oferty noclegowe z całego kraju. W tym roku klienci głównie pytają o domki wypoczynkowe na uboczu. Ich wynajęcie kosztuje od 200 do 650 zł za dobę, w zależności od standardu i odległości od lasu, jeziora lub szlaku górskiego. Im domek bardziej oddalony od miasta, tym więcej trzeba za niego zapłacić. Z danych portalu dowiadujemy się też, że Polacy najchętniej chcą teraz wypoczywać:

  • na Kaszubach (wzrost zapytań w stosunku do ubiegłego roku o 130 proc.),
  • w Bieszczadach i w Borach Tucholskich (wzrost zapytań o około 55 proc.).

Koronawirus a turystyka. Coraz bardziej populane kampery

Co jeszcze się zmieniło? Polacy zaczęli wypożyczać kampery. W wypożyczalni Prime Campers zainteresowanie luksusowymi domami na kołach jest dwa razy większe niż rok temu. Wyższe obroty w marcu, kwietniu i maju miała też firma Exclusive Campers, która pojazdy sprzedaje i wynajmuje. Ceny nowych kamperów rozpoczynają się od 200 tys. zł, używanego można kupić za ok. 50 tys. zł, a wynajem kosztuje 400-900 zł za dobę.

Klienci planują wycieczki na wieś, do lasu, nad jezioro. Rzadziej nad morze czy w góry. Chcą jechać z dziećmi tam, gdzie nie ma tłoku. Cały czas obawiają się korzystania z komunikacji publicznej i publicznych toalet. W kamperze jest wszystko, właściwie można z niego nie wychodzić. Popyt na kampery wzrósł u nas kilkakrotnie – mówi Janusz Pobiedziński z firmy Exclusive Campers.

Czytaj także

Koronawirus. Jak rozkłada się ruch turystyczny?

Specjaliści od turystyki twierdzą, że przesunięcie ruchu turystycznego poza duże miasta i popularne kurorty jest czymś pozytywnym. W latach poprzednich stopień oblężenia przez turystów kilku miast w Polsce przekraczał rozsądne granice.

– Niektóre miasta były wręcz przez turystów zadeptywane. Dotyczyło to Zakopanego, Gdańska, Krakowa, ale też miast w innych krajach np. Wenecji.

Możemy teraz mówić o deglomeracji ruchu turystycznego i to jest bardzo dobre zjawisko. Może więc ten wstrząs związany z epidemią był nam potrzebny, żeby miasta trochę odetchnęły, aby turystyka nabrała charakteru bardziej zrównoważonego? Ale trzeba się też spodziewać, że ceny usług agroturystycznych, a w szczególności wynajmu domków na wsiach, mogą znacząco podskoczyć.

– Poza tym, wiele osób będzie sprawdzać miejsce, do którego pojedzie na wypoczynek, pod kątem liczby zakażeń. Pomorze, jako region, w tym względzie prezentuje się bardzo dobrze, może więc być bardzo atrakcyjnym kierunkiem turystycznym dla wielu Polaków w najbliższym czasie – uważa Bogdan Donke, prezes oddziału pomorskiego Polskiej Izby Turystyki.

Ten trend jest już widoczny w popularnych serwisach rezerwacji noclegów – do końca czerwca 97 proc. miejsc w Helu i w Sopocie zostało zabukowanych. Dodajmy, że w zestawieniu najbezpieczniejszych miast w Europie, pod kątem sytuacji epidemiologicznej, znalazły się Gdańsk i Warszawa. Ranking, w którym Gdańsk nazwano „perłą Bałtyku, przygotowała organizacja European Best Destinantions.

Przyrodnicy i aktywiści ekologiczni wobec wzrostu zainteresowania wypoczynkiem poza metropoliami, mają mieszane uczucia. Gdy ogłoszono stan epidemii i gdy Polacy masowo pozostawali w domach, przyroda w niektórych miejscach – wcześniej agresywnie tłamszona przez człowieka – odnowiła się. Nawet niektóre parametry dotyczące środowiska uległy polepszeniu. Ale to może się odwrócić.

– Z jednej strony zaobserwowaliśmy odrodzenie się przyrody, np. w czasie społecznej kwarantanny w weneckich kanałach woda była przejrzysta, a u wybrzeży Włoch pojawiły się delfiny. Nawet nasze tatrzańskie kozice dostały trochę więcej wolnej przestrzeni w tym czasie. Również zanieczyszczenie powietrza zmniejszyło się, choć raczej tylko w polskich miastach, gdzie spadła emisja spalin.

– Niestety, pojawiają się już doniesienia, że w dobie pandemii wzrasta zużycie plastiku i foliówek. Już widać w lasach porzucone maseczki i rękawiczki. Obawiam się, że gdy Polacy masowo ruszą do lasów, to przywiozą ze sobą tony śmieci i ograniczą przestrzeń dziko żyjących zwierząt.

– Obecne podejście do przyrody jest groźne dla nas samych. A pandemia jest tylko tego dowodem – twierdzi Agnieszka Muzińska z WWF Polska.

Czytaj także

Koronawirus. Co sądzi branża o nowych bonach turystycznych?

Właściciele gospodarstw agroturystycznych wiele obiecują sobie po bonach turystycznych, zapowiedzianych przez prezydenta Andrzeja Dudę. Mają one wynieść 500 zł i być wypłacane na każde dziecko z przeznaczeniem na wypoczynek w kraju. Baza firm, które będą mogły wziąć udział w projekcie, ma zostać stworzona przez ZUS i być zweryfikowana przez Polską Organizację Turystyczną.

– Bardzo czekam na te bony. Szkoda, że to nie jest tysiąc złotych, jak wcześniej zapowiadano, ale dobrze, że rząd przygotował jakikolwiek plan pomocy. To, że teraz coś ruszyło w biznesie, nie znaczy, że tak już zostanie. Wielką niewiadomą jest jesień i kolejny rok. Jeśli ludzie nie będą mieli pracy albo jeśli firmy będą im obcinać pensje, to i ja nie zarobię – mówi Elżbieta Popielska.

W sprawie bonów branża agroturystyczna prezentuje umiarkowany, ale jednak optymizm. Właściciele firm organizujących wycieczki zagraniczne wręcz przeciwnie – są wściekli. Bony im nie pomogą.

– W branży burza! Turystyczne fora chyba nigdy nie były tak rozgrzane. Najlżejsze epitety krążyły wokół słowa „skandal”, a spora część wypowiedzi ze względu na ich mocno emocjonalny charakter, nie nadaje się do zacytowania – napisał na swoim blogu właściciel biura podróży, szkoleniowiec i analityk rynku turystycznego Krzysztof Matys po tym, co usłyszał od wicepremier Jadwigi Emilewicz podczas wideokonferencji

.

Emilewicz stwierdziła, że ponad 12 tys. firm turystycznych otrzymało już w sumie 4 mld zł z tarczy antykryzysowej. A szacowana wartość bonów wyniesie ok. 3 mld zł. Według niej, tak dużego wsparcia od państwa polska turystyka jeszcze nigdy nie miała. I na dodatkową pomoc nie powinna już liczyć. Tymczasem organizatorzy wycieczek zagranicznych grzmią, że stracili 100 proc. dochodów. A straty dotyczą okresu dłuższego niż czas epidemii w kraju. Mówią, że wycieczkę przewidzianą na maj 2020 r. musieli zacząć organizować już we wrześniu poprzedniego roku. Bo tyle czasu zajmuje m.in. układanie programu, wyceny usług, jeżdżenie i sprawdzanie hoteli.

– Problem w tym, że maja 2020 r. dla nas nie było! To, na co pracowaliśmy od września poszło na marne, straciliśmy wszystko. Teraz trzeba jeszcze posprzątać – odwoływać wycieczki, zabiegać u kontrahentów o zwrot zaliczek, po to, żeby oddać je turystom. Czyli dalej praca, i dalej za darmo! Jesteśmy powiązani siecią zależności. Pracowali dla nas piloci i przewodnicy, oni również od miesięcy pozostają bez żadnego dochodu. W dramatycznej sytuacji jest sektor transportowy.

– Tymczasem jedyne co przygotował rząd to bony, które będą wspierać wyłącznie turystykę krajową. Czy będziemy protestować i urządzać demonstracje? Nie wiem. Jest jeszcze jakaś iskierka nadziei, że może Senat zajmie się naszą sprawą, że może premier się obudzi i naprawi to, co zepsuła pani minister Emilewicz – napisał Krzysztof Matys.

Wtóruje mu Marta Kansiecka, blogerka i specjalistka od turystyki:

– Dlaczego jesteśmy dla Ministerstwa Rozwoju turystyką gorszego sortu? Czy którykolwiek z przedstawicieli władzy wie, że choć jeździmy za granicę, to jesteśmy przedstawicielami polskiej turystyki? Firmy teraz gorączkowo wzbogacają swoją ofertę o wyjazdy krajowe, żeby załapać się na te bony. Ale mamy połowę czerwca i większość obiektów jest już wyprzedana, ciężko o nowe kontrakty, a ceny poszybowały ostro w górę – czytamy na blogu MartyKansieckiej.

Bogdan Donke, prezes pomorskiego oddziału Polskiej Izby Turystyki, również uważa, że bony mogą tylko podzielić branżę.

– Bony, jeśli zostaną wprowadzone, to trafią tylko do niektórych osób, a to może wywołać poczucie niesprawiedliwości u pozostałych. Poza tym, polityka nigdy nie służyła naszej branży. Powiem więcej, politycy turystyki nie rozumieją – mówi Bogdan Donke.

Okazuje się też, że na Pomorzu około połowa dużych hoteli nadal jest zamknięta. Choć, jak przyznaje Bogdan Donke, sytuacja w tym względzie jest dynamiczna. Do tej pory popyt na miejsca w hotelach był niewielki. Poza tym, ich właściciele muszą dostosować się do wymogów sanitarnych. A to trwa.

– Zamknięte są głównie duże obiekty. Sprostanie wszystkim rygorom bezpieczeństwa i wytycznym jest bardzo kosztowne. Żeby uruchomić duży hotel, trzeba mieć dobrze przeszkoloną załogę. A tego nie da się zrobić z dnia na dzień. Właściciele hoteli muszą też zaopatrzyć się np. w parawany czy ścianki z pleksi. Trzeba też przyznać, że na razie i tak popyt na miejsca w tych dużych hotelach był niewielki. Sądzę, że duże hotele ruszą pełną parą dopiero pod koniec czerwca albo w lipcu – mówi prezes pomorskiego oddziału Polskiej Izby Turystyki.

Długi weekend w dobie pandemii. Dużo mieszkańców i turystów ...

Masz informacje? Redakcja Dziennika Bałtyckiego czeka na #SYGNAŁ

Najmocniejsze paszporty 2020r. Polski na 14. miejscu

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie