Bolesław Senyszyn: Skazywałem na śmierć. I nigdy tego nie żałowałem

Tomasz Słomczyński
Dla niektórych jednostek nie ma miejsca w społeczeństwie - uważa mec. Senyszyn. Na zdjęciu Bolesław N., zabójca dziecka, podczas wizji lokalnej
Dla niektórych jednostek nie ma miejsca w społeczeństwie - uważa mec. Senyszyn. Na zdjęciu Bolesław N., zabójca dziecka, podczas wizji lokalnej
Próbowałem namówić na rozmowę sędziów, którzy w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych orzekali najsurowsze wyroki. Dotarłem do kilku z nich. Są dziś zapracowanymi adwokatami albo sędziami w stanie spoczynku. Tylko jeden zgodził się na rozmowę - Bolesław Senyszyn

Zna Pan "Krótki film o zabijaniu"?
Znam.

Pamięta Pan, jakie rozterki natury moralnej mieli prawnicy - adwokat, sędzia, kiedy głównemu bohaterowi wymierzono wyrok kary śmierci?
Wyolbrzymione to było.

Jak to było powiedzieć komuś: "wymierzam karę śmierci"?
Jeśli uważamy, że bywają jednostki, dla których nie ma miejsca w społeczeństwie, to znaczy, że trzeba społeczeństwo przed nimi uchronić. Czytał pan akta sprawy Bolesława N.?

Tak. To był hydraulik z Elbląga, wielokrotnie karany nałogowy alkoholik. Zgwałcił i zamordował nożem pięcioletnią dziewczynkę. Znaleźli się w piwnicy - warsztacie tego hydraulika, dziewczynce zachciało się siusiu, poprosiła go, żeby pomógł jej podciągnąć rajtuzki... Zrobił to, choć nie miał skłonności pedofilskich. Nie potrafił powiedzieć, dlaczego ją zgwałcił.
Zna pan sprawę, więc chyba pan zauważył, co się za tym wszystkim kryło. Najpierw N. został skazany za udział w bójce z użyciem noża. Dostał pięć lat. Odbył z tego ponad połowę. Kiedy wyszedł z więzienia, miał zastrzeżenia do żony, że nie była mu wierna. I znęcał się nad żoną i dzieckiem. Lał ją i dzieci po prostu. Wtedy trafił do aresztu. Ale wyszedł dzięki amnestii. To były czasy, kiedy, jeśli ktoś prominentny w państwie umierał, zaraz ogłaszano amnestię. I Bolesław N. wyszedł, wrócił do rodziny, bo jego znęcanie się nad rodziną kwalifikowało się do umorzenia - na podstawie tej amnestii właśnie. Po kilku dniach przebywania na wolności ściągnął małą dziewczynkę do piwnicy, zgwałcił i zamordował. To proszę mi powiedzieć, czy ktoś taki powinien żyć w społeczeństwie? Widział pan zdjęcia zwłok tej dziewczynki w aktach?

Tak, widziałem.
W tym czasie, kiedy trwał jego proces, miałem aplikantkę, która była młodą matką, sama miała córkę w tym wieku. Jak zobaczyła te zdjęcia, zemdlała. Nie mogła na to patrzeć.

Argumentem przeciwko karze śmierci, który podnosi się dzisiaj, jest możliwość pomyłki.

Proszę mi wierzyć, że każdą taką sprawę rozpatrywało się bardzo wnikliwie, na przykład zwracało się uwagę, w jakim środowisku żyje taki człowiek. W sprawie Bolesława N. zeznawała jego kochanka. Bo on miał pretensje do żony, że była niewierna, ale sam nie był bez winy... Mniejsza o to. Ta kochanka, młoda, dwudziestoparoletnia kobieta, powiedziała, że jak zaczęła tańczyć i się uśmiechać do niego, to on ją wziął, przełożył przez kolano, zdjął majtki i żelazkiem ją przypalił. A ona mówiła to na sali sądowej z podziwem! Że był taki mocny, taki męski, taki zdecydowany, że ją nawet potrafił żelazkiem przypalić. Wzbudzał w ten sposób podziw- w takim to środowisku się obracał. A biegli powiedzieli, że w jego przypadku absolutnie nie ma odrobiny krytycyzmu w stosunku do tego, co robił. Biegli stwierdzili, że był poczytalny, więc odpowiadał za swoje czyny. Ale dla mnie to był człowiek chory. A jeśli ktoś taki jednak wyjdzie z więzienia? A jeśli ucieknie? Kolejni ludzie będą ginąć. Bo on nie zamordował tej dziewczynki w jakimś oszołomieniu. Wiedział - jak wykazali to psychiatrzy - że nie wolno zabijać. Ale po prostu akurat wtedy miał taką potrzebę.

Po zabójstwie dziewczynki Bolesław N., tego samego wieczoru, napadł z nożem na jakiegoś mężczyznę, żeby go okraść.
Tak, zabójstwo dziewczynki nie zrobiło na nim wrażenia. On uważał, że zabijanie co prawda jest złe, ale jest normalne. Ale nie wszyscy mordercy myślą takimi kategoriami. Opowiem panu o innej sprawie, gdzie wydałem wyrok, o który wszyscy wokół mieli do mnie pretensje. Sądziłem młodą matkę, która zabiła swoją córkę na plaży na Stogach. Ogłuszyła ją i nasypała jej do ust piasku, żeby to dziecko się udusiło. A cała sprawa miała swój początek w Tarnobrzegu. Wtedy odkryto tam złoża siarki. Przyjeżdżali w okolice Tarnobrzega różni ludzie z całej Polski do pracy, mieszkali w barakach - hotelach robotniczych albo na kwaterach w prywatnych domach. Czterdziestoletni mężczyzna zamieszkał w pobliskiej wsi na kwaterze, gdzie kobieta, wdowa, miała trójkę swoich dzieci. I teraz uwaga - przedziwna konfiguracja. Wdowa wychowywała, oprócz swojej trójki, również 17-letnią córkę swojej siostry. Bo jej siostra zmarła. A dlaczego kobieta ta była wdową? Bo jej męża zabito. A kto go zabił? Mąż tej zmarłej siostry, ojciec 17-latki.

Skomplikowane to. Zabójcą był ojciec dziewczyny, która musiała żyć z ciotką, wdową po zabitym...
Wiem, że to wszystko skomplikowane. Ale chcę powiedzieć, jak ciężko musiało być tej 17-latce, której ojciec zabił swojego szwagra, a żona zabitego - jej ciotka, musiała ją przygarnąć.

Rozumiem.
Ten facet, który się do nich sprowadził, uwiódł tę 17-latkę i dziewczyna zaszła z nim w ciążę. Urodziła dziecko, a on wtedy powiedział: "ja mam swoje dzieci, ja mam żonę", zostawił ją i wyjechał. Została na tej wsi z nieślubnym dzieckiem. Wtedy była taka akcja ogólnopolska "budujemy Port Północny". Rodzina tej dziewczyny uradziła, że musi ona zostawić to dziecko i wyjechać ze wsi do Trójmiasta. Dziewczyna zamieszkała na Olszynce i pracowała przy budowie portu. Jak na tamte warunki zarabiała całkiem dobrze. Wysyłała do rodziny 500 złotych miesięcznie, a potem 800. To było naprawdę dużo. Alimenty w tym czasie zasądzało się na 200, 300 złotych. Poznała tutaj mężczyznę, z którym zamieszkała w jednym pokoju w hotelu robotniczym. I zaszła z nim w ciążę. Ale ten człowiek nie miał pojęcia, że ona ma już dziecko w rodzinnej wsi.

Trzymała to przed nim w tajemnicy? Dlaczego?
Pewnie bała się, że ją zostawi, tak jak zrobił to jej pierwszy mężczyzna. Wtedy też rodzina pomyślała, że skoro ona przysyła tak dużo pieniędzy, to może dałoby się zrobić tak, żeby przysyłała więcej. Ale jak ją do tego zmusić? Wpadli na pomysł, że przywiozą jej tą małą dziewczynkę, jej pierwszą córkę, zostawią ją jej, a zgodzą się ją zabrać z powrotem dopiero jak dziewczyna im obieca, że będzie przysyłała więcej pieniędzy. Jej córka miała wtedy już sześć albo siedem lat, przywieźli ją tutaj do Gdańska. Zostawili to dziecko w hotelu robotniczym w czasie, gdy matka była w pracy. Dziewczyna wraca z budowy i widzi swoje dziecko, i wie, że zaraz przyjdzie jej konkubent i że wszystko się wyda. Nie wie, co robić. Wzięła to dziecko i pojechała z nim na jakąś wieś, za Kościerzynę, w stronę Bytowa. Chciała im zostawić tą dziewczynkę, obiecała, że będzie płaciła, tylko żeby ją wzięli na wychowanie. Tamci jednak się nie zgodzili. Pojechała jeszcze do innej rodziny. Znowu spotkała się z odmową. To była dość prymitywna dziewczyna. Po powrocie, idąc od pętli na Stogach do hotelu, skręciła na wydmy. Ogłuszyła to dziecko, nasypała piachu do ust, udusiło się.

Dostała karę śmierci?
No właśnie... Jakież było oburzenie ludzi! To była głośna sprawa, wszyscy żądali dla niej kary śmierci, przecież tak okrutnie zamordowała swoje dziecko. W dniu ogłoszenia wyroku przed salą sądową na korytarzu stał tłum krzyczących kobiet, domagających się: "zabić ją!".

Jaki wyrok dostała?
Ja chciałem ją skazać na osiem lat więzienia. Zostałem przegłosowany przez kolegów, którzy byli w składzie orzekającym, i w końcu została skazana na 15 lat. Strasznie byłem wtedy krytykowany, że wyrok zbyt łagodny, wszyscy domagali się dla niej kary śmierci. Że przecież w tak okrutny sposób zabiła. Wtedy mówiłem, że gdyby miała pistolet, to by zastrzeliła. Ale nie miała. Zrobiła to, co w jej prymitywnym umyśle przyszło jej akurat do głowy, jako rozwiązanie trudnej sytuacji, w jakiej się znalazła. Ale to nie koniec tej historii. Sprawa trafiła do Sądu Najwyższego. Proszę sobie wyobrazić, że Sąd Najwyższy zmniejszył jej karę z 15 do 10 lat więzienia.

Z tej historii taki wniosek, że nie każde zabójstwo, nawet brutalne i okrutne, równało się wyrokowi skazującemu na karę śmierci, tak?
Ależ oczywiście, dokładnie tak.

To co decydowało o tym, że skazywał Pan na śmierć?
Wszystko musiało się na to nałożyć. Sam czyn, jak również przekonanie co do tego, czy dana osoba będzie stanowić zagrożenie, czy nie. Pamięta pan sprawę L., który zgwałcił i zabił chłopca w Ostrzycach?

Tak, znam tę sprawę. Przeglądałem akta, też straszna historia, okropne zdjęcia w aktach... Chłopiec został zgwałcony i zamordowany w Ostrzycach podczas wakacji, przez jednego z wychowawców.
Tak. Najpierw L. został skazany na karę śmierci. Potem Sąd Najwyższy - w normalnym składzie, zamienił mu karę na dożywocie, a potem prokurator generalny wniósł rewizję nadzwyczajną i ostatecznie Sąd Najwyższy w poszerzonym składzie przywrócił mu karę śmierci. A wie pan, co na tej decyzji zaważyło? Po zabójstwie tego chłopaka L. był na wolności, sprawcy wtedy jeszcze nie zatrzymano. Wówczas w Gdyni na ulicy zatrzymano trzech chłopaków, którzy byli pod wpływem środków odurzających. W tamtych czasach narkotyki to było coś niespotykanego. Ci chłopcy zeznali, że narkotyki dał im L. i że ich wykorzystywał. A to było już po zabójstwie w Ostrzycach. Wniosek był taki, że samo zabójstwo nie zrobiło na nim większego wrażenia, że dalej robił to z nieletnimi. Dlatego uznano, że dla ochrony społeczeństwa należy wymierzyć mu karę śmierci. Uznano, że ktoś taki zawsze będzie stanowił zagrożenie dla społeczeństwa, w tym przypadku - dla dzieci.

Dzisiaj, kiedy pedofile kończą kary, trafiają - lub nie, do ośrodka w Gostyninie.

No właśnie. Gdyby była kara śmierci, nie byłoby tego problemu.

Ale Bóg nakazuje: nie zabijaj.
Nie można powoływać się na klauzulę sumienia. Nie ma czegoś takiego. Każde sumienie jest inne. Bo inne są nakazy religijne, inne sumienie mają islamiści, a inne chrześcijanie...

Czy wtedy, w latach 70. i 80., wszyscy sędziowie musieli wykazywać gotowość do orzekania kary śmierci?
Oczywiście można było odmówić, można było powiedzieć, że się tego nie będzie robić. Ale ktoś to musiał robić... Nie, nikt nie musiał wykazywać gotowości. Oczywiście, jeśli ktoś się godził na to, że awansuje do wydziału karnego sądu wojewódzkiego, bo przejście do takiego wydziału było uznawane za awans, to musiał się liczyć z tym, że prędzej czy później może trafić na taką sprawę.

Miał Pan kiedyś dylematy moralne w związku z orzekaniem kary śmierci?
Nie, nigdy nie wydałem wyroku, co do którego nie miałbym przekonania, że tak należy postąpić. Jeśli miałem cień wątpliwości, nie orzekałem kary śmierci. A orzekałem w kilku takich sprawach.

Powinniśmy dziś stosować karę śmierci?

Tak, uważam, że tak.

Ale człowiek nie jest Bogiem. Nie ma prawa odbierać życia.
To nie jest tak. Prawo pełni zupełnie inną funkcję. Bóg nie ma tu nic do rzeczy. Państwo jest od tego, żeby dbać o bezpieczeństwo obywateli. Sędzia jest z nadania państwa i ma prawo - w imieniu tego państwa, skazywać na karę śmierci.

Jest Pan kolejną osobą - byłym sędzią, do którego zwróciłem się z propozycją wywiadu. Kilku przed Panem odmówiło. Jak Pan myśli, dlaczego?
Nie wiem. Pewnie myślą, że taki wywiad mógłby im w czymś zaszkodzić.

Treści, za które warto zapłacić!
REPORTAŻE, WYWIADY, CIEKAWOSTKI


Zobacz nasze Magazyny: REJSY, HISTORIA, NA WEEKEND

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
Arkadiusz
Czy kara śmierci w imię prawa czy powolna kara śmierci w celi z pomocą innych skazanych?
Dodaj ogłoszenie