18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Anna Seniuk: Tylko amatorzy grają siebie

Ryszarda Wojciechowska
Ceni w sobie to, że potrafi spojrzeć z dystansem - na siebie i na innych. O tym, dlaczego obchodząca siedemdziesiąte urodziny Anna Seniuk uważa, że warto było poświęcić karierę dla dzieci, dlaczego starość nie jest problemem i co dodaje sił w walce z chorobą - pisze Ryszarda Wojciechowska

Kochamy ją za rolę Madzi Karwowskiej z "Czterdziestolatka", a ona uwielbia swoją "Pchłę Szachrajkę". I w roli bajkowej pchełki czuje się jak w swojej skórze. Anna Seniuk, jedna z najpopularniejszych polskich aktorek, kończy 70 lat.

Bez talii osy, ale z pięknym biustem

Ostatnio nieco zwolniła. Rzadziej pojawia się na scenie. W telewizji oglądamy ją od czasu do czasu, na przykład w serialu "Ja to mam szczęście" albo w kolejnych powtórkach nieśmiertelnego "Czterdziestolatka". Kiedy w maju tego roku odbierała w Sopocie wielką Nagrodę Festiwalu Dwa Teatry zapowiedziała, że mimo tego wyróżnienia za całokształt nie ma zamiaru zrywać współpracy z teatrem radiowym i telewizyjnym.

- Bo, jak widać i słychać, teatr i ja żyjemy i mamy się dobrze - skwitowała żartem.
Jako nastolatka myślała raczej o studiowaniu historii sztuki albo konserwacji zabytków, ale trafiła do szkoły teatralnej w Krakowie.

- Miałam szczęście, że od początku grałam role charakterystyczne. I nie musiałam być zgrabną, długonogą blondynką. Pan Bóg obdarzył mnie ciałem w nadmiarze. I dzięki temu teraz nie płaczę, że nie mam talii osy. Bo ja jej nigdy tak naprawdę nie miałam - mówiła.

Ale w rankingu pewnego portalu na najpiękniejszy biust PRL Anna Seniuk znalazła się w złotej dziesiątce. Była zresztą pierwszą polską aktorką, która pokazała nagie piersi na ekranie. To było w filmie "Kardiogram". I - jak wspomina - te kilka sekund negliżu przed kamerą wiele ją kosztowało. Ale był to usprawiedliwiony zabieg artystyczny.

Dlaczego aktorka nie powinna mieć dzieci?

W młodości była osobą zamkniętą i nieśmiałą. W szkole teatralnej miała przez to kłopoty. Nie potrafiła się otworzyć, a dla aktora to śmierć na scenie. Nauczyła się jednak oddzielać charakter prywatny od charakteru bohatera. Bo na tym polega ten zawód, żeby umieć zagrać kogoś innego, a nie samego siebie.

- Tylko amatorzy grają siebie - tłumaczy.
Co wiedziała o aktorstwie, kończąc szkołę teatralną?
- Że to zawód niełatwy. Tak mówili moi profesorowie. A profesorki, te z przedwojennymi zasadami, od siebie dodawały, że ten zawód wymaga wyrzeczeń. I że aktorka nie powinna mieć dzieci - odpowiada.
Ona, na szczęście, tych rad nie posłuchała. I ma wspaniałego syna i córkę.
Syn poszedł zresztą w jej ślady. Jest także aktorem.

- Wybrał ten zawód z pasji, jak ja. Co prawda, nigdy się mnie nie radził. Ale ja też nie zmuszałam swoich dzieci do pójścia drogą, która mnie by się tylko podobała. Dawałam im zawsze wolną rękę. Bo to przecież wybór na całe życie. Tak jak małżeństwo, tylko bez rozwodu - mówi.

Zabawna była historia z egzaminem jej syna do szkoły teatralnej. Nie wiedziała, że on chce zdawać. Była właśnie w komisji egzaminacyjnej, kiedy na liście przeczytała: Grzegorz Małecki. Sprawdziła imię ojca, matki. I upewniła się, że to jej syn. Wyszła ze szkoły. Grzegorz dostał się na studia, a teraz jest aktorem. Spotkali się nawet w teatrze, w spektaklu "2 maja". Aktorka wspomina, że tremę miała podwójną - za siebie i za syna.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Z nazwiskiem Karwowska

Największą popularność przyniósł jej serial Jerzego Gruzy "Czterdziestolatek". Na wiele lat stała się dla widzów Madzią Karwowską. Rola tak do niej przylgnęła, że wiele osób uważało, iż jej prawdziwym mężem jest Andrzej Kopiczyński, serialowy Stefan Karwowski (a nie kompozytor Maciej Małecki).

Aktorka sama czasami żartowała, że Karwowski to jedyny mąż, z którym się nigdy nie kłóciła.
Kiedy pytam, czy ma żal do Gruzy za to, że jej tą rolą "zabrał" prawdziwe imię i nazwisko, odpowiada: - Czy można mieć żal o taką popularność? Ja się cieszę, że zagrałam w "Czterdziestolatku". Bo to serial dobry jak... wino. Po latach ma ciągle nowych widzów, którzy go teraz traktują trochę tak jak dokument epoki. Przypominający, jak to kiedyś było.

Kilka ról zagrała przypadkowo. Na przykład w "Bilecie powrotnym" dostała rolę po koleżance, która nie mogła zagrać. W "Konopielce" było inaczej. Przygotowywała się do filmu i po roku przygotowań, tuż przed zdjęciami, okazało się, że spodziewa się dziecka.

- Powiedziałam więc reżyserowi, że nie mogę grać. Ale on tak łatwo nie ustąpił. Zadzwonił do scenarzysty. Scenarzysta pomyślał i odpowiedział mu: - Nie ma problemu. Dopiszemy scenę, w której Handzia mówi, że "zaciężyła". Jedno dziecko mniej, jedno więcej na wsi nie będzie miało znaczenia - stwierdził. Zaakceptował mój stan. Dzięki temu zagrałam z moją córką. Teraz po niej widzę, jak to dawno było - opowiada.

Uciekły jej jednak dwie duże role filmowe - w "Lalce" i "Chłopach".
Z "Chłopów" sama zrezygnowała, z przyczyn osobistych. Nie chciała poświęcać miesięcy miodowych po ślubie. Myślała wtedy tylko o powiększeniu rodziny. A na plan "Lalki" nie wypuścił jej ówczesny dyrektor teatru, w którym grała.
- Widocznie tak miało być. Nauczyłam się nie żałować i nie oglądać do tyłu. To rada od Ireny Kwiatkowskiej. Dzieliłam z panią Ireną garderobę przez rok. I od niej usłyszałam, że gdyby miała żałować tego, czego nie zrobiła, to by nie mogła wykonywać tego zawodu.

Kto był pierwszy, mama czy niania?

Bez żalu z aktorstwa rezygnowała dla dzieci. Przypomina czasy "Czterdziestolatka". Była zajęta zdjęciami, nie widywała syna, który miał wtedy trzy lata. Wychodziła z domu, kiedy on jeszcze spał. Wracała, kiedy już spał. Kiedyś na spacerze ją zapytał: - Mamusiu, kto był pierwszy, niania czy ty? Dreszcz jej przeszedł po plecach. Zrozumiała, że musi zrobić przerwę w pracy.
Od lat "matkuje" także studentom - jako profesor w Akademii Teatralnej. Spod jej czujnej ręki wyszło już niejedno pokolenie. - Często mówię do swoich studentów: - Mój Boże, wy się mnie w ogóle nie boicie. - Ależ się boimy, tylko w inny sposób. Nie umieramy ze strachu, ale czujemy przed panią respekt - odpowiadają. Może i tak, bo jak się na nich wściekam, to nie krzyczę. Tylko spojrzę tak smutno albo wychodzę. I wtedy oni kruszeją.

Warto kochać, nawet gdy się cierpi

Połowa lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku była dla niej niezwykle trudna. Okazało się, że ma nowotwór. Ale udało się z tej ciężkiej choroby wyjść.

Cieszy się z tego, że tak pogodnie się starzeje. Czasami mówi sobie: - Boże, warto się było zestarzeć, żeby tę bohaterkę zagrać. Bo trzeba się umieć starzeć z godnością. Każdego to czeka i nie ma co specjalnie filozofować.

Uważa, że w życiu lepiej kochać niż być kochaną. Bo jak mówi: - Miłość to wszystko w życiu. Nawet ta najgorsza, która przynosi cierpienie. Ale dobrze, że jest. Dla mnie miłość jest najważniejsza. Jak kocham, mogę góry przestawiać, a nawet walczyć z ciężką chorobą.

Często bierze udział w akcjach charytatywnych, zbiórkach na rzecz hospicjum. W szpitalu czyta chorym dzieciom. Poznała wielu wolontariuszy, zaangażowanych w takie akcje. I te przypadkowe spotkania utwierdziły ją w tym, że najważniejsi są ludzie. Nic dziwnego, że nie tylko studenci mówią o niej: aktorka o wielkim sercu.

Ryszarda Wojciechowska

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie