Władysław Moszko skończył 106 lat. Przepracował 90 lat jako krawiec! [ZDJĘCIA, ROZMOWA]

rozm. Irena Łaszyn
Mam mieszkanie, jedzenie, wygodny tapczan. Gdyby tak moja mama zobaczyła, jak ja teraz dobrze sobie żyję, to by się chyba popłakała - mówi pan Władysław Moszko, który przepracował 90 lat jako krawiec. Karolina Misztal
Z sopocianinem Władysławem Moszko, który 6 lutego skończył 106 lat, mieszka samotnie, a w kwietniu wybiera się w kolejną samodzielną podróż do Wilna, rozmawia Irena Łaszyn.

Widzę, że prowadzi Pan dom otwarty. Wciąż ktoś wchodzi lub wychodzi…
Ja tu mieszkam od 1948 roku, wszyscy mnie znają. Właśnie minęła się pani w drzwiach z panem, który mi przynosi pocztę. On obchodzi urodziny dwa dni później, więc wypiliśmy po pół kieliszeczka, za pomyślność.

Z tego kieliszeczka z uszkiem?
Ten jest najlepszy, łatwo chwycić. Od czasu, jak zachorowałem na jaskrę, kiepsko widzę, wszystko muszę wymacać rękami. Ale powiem pani taką ciekawostkę: najgorzej jest z pustymi kieliszkami, jak pełne, to od razu wzrok się poprawia.

A mówią, że alkohol szkodzi.
Bo szkodzi! Ja spożywam tylko okazjonalnie, na urodziny, na imieniny, w dobrym towarzystwie. Na co dzień wolę mleko albo soczek.Rano wpadnie Ela, którą znam od dziecka, naszykuje cały termos, postawi na stoliku.

Jedzenie też szykuje?
Szykuje, ale ja tego specjalnie nie potrzebuję. Wystarczą frytki i śledzie w oleju. To muszę mieć codziennie. A te wszystkie kisielki i sałatki to jadam tylko z uprzejmości. Ciasteczka są dla gości, którzy do mnie zachodzą. Może się pani poczęstuje? Kawę musi sobie pani sama zrobić, bo kuchnia jest z drugiej strony domu, a nogi mam coraz słabsze.

A dlaczego ta kuchnia tak daleko?
W tamtym pomieszczeniu, od ulicy, gdzie teraz kuchnia, miałem kiedyś zakład krawiecki. Siedziałem w nim od rana do wieczora, tyle było pracy. Wtedy wszyscy szyli ubrania na miarę, nikt nie kupował gotowych. Ja zresztą, jako człowiek samotny, dużo nie potrzebowałem. A już na pewno - kuchni. Kto by tam myślał o jedzeniu!

Ale coś Pan chyba jadał?
Czasami chodziłem z kolegami do Ermitażu na sopockim Monciaku albo do hotelu Monopol w Gdańsku. Przeważnie na kolację z dansingiem. Pojedliśmy, potańczyliśmy.
Wyglądał Pan jak młody Kiepura. Wszystkie kobiety się za Panem oglądały.
O kobietach nie będę plotkować. Prawdziwemu mężczyźnie nie wypada.

To niech Pan powie, co się wtedy tańczyło.
Tango, twista, fokstrota, walca. Panowie tańczyli z paniami, każdy znał kroki, nikt nie balował w pojedynkę. Zdaje się, że teraz to trochę inaczej wygląda. Nie wiem, bo ja już do Ermitażu nie chodzę.

Ermitażu już nie ma.
Tak jak krawców. Dawniej w mojej okolicy było ze trzydziestu, teraz nie ma po nich śladu. Niektórzy mówią, że pomarli, ja wolę myśleć, że wyjechali do Unii…

Pan długo pracował?
Prawie 90 lat! Jeszcze nie tak dawno ludzie wpadali, żeby im coś przerobić albo skrócić. Jak ktoś mi nawlókł igłę, to siadałem do maszyny. Nie potrzebowałem oczu, żeby szyć, tak znałem swoją robotę. Bo mnie matka oddała na naukę do żydowskiego krawca, gdy miałem 14 lat. Mieszkaliśmy wtedy w Syrojeszkach pod Wołkowyskiem, biedowaliśmy. Mama mówiła, że jak się nauczę fachu, to nam wszystkim będzie lepiej. Miała rację. Dzięki krawiectwu przetrwaliśmy najtrudniejsze lata, nawet wojnę.

W Syrojeszkach?
Nie, w Wilnie! Tam zamieszkałem, gdy wróciłem z wojska. Dawni przełożeni z wojska załatwili mi pokoik na Łosiówce, wstawili maszynę do szycia, kazali szyć. Przyjechała mama z siostrą, musieliśmy się zmieścić w trójkę. Szyłem dla wojskowych i dla cywilów, dla Polaków, Niemców i Ruskich. Gimnastiorki, skórzane płaszcze, a czasem i kobiece kostiumki. W 1948 roku przyjechałem do Sopotu. I znowu szyłem.
Kobiece kostiumki?
A pewnie! Były dwurzędowe i jednorzędowe, niektóre miały kołnierze z norek. Ale moda się zmieniała. Dojrzałe kobiety chciały kostiumki, dziewczyny - krótkie spódnice. Jak nie było ich stać na nowe, to musiałem skracać te, które miały w szafie. Dojrzali mężczyźni zamawiali garnitury, młodzi - spodnie rurki. Tak ciasne, że noga nie chciała przejść. Niejedno w tej pracy widziałem i przeżyłem. Klienci mnie szanowali.

Pan też się stroił?
Starałem się nadążać za modą, miałem sześć garniturów. Nawet teraz, po kilkudziesięciu latach, mógłbym je nosić, bo figura mi się nie zmieniła. Tylko nogi nie chcą tańczyć, oczy widzieć, a uszy słyszeć. Z panią też nie mogłem się początkowo dogadać. Myślałem, że przyszła pani po drabinę, a nie na wywiad…

Bo mówiłam o Wiesławie Odrobinie, Pana przyjacielu, który do mnie zadzwonił.
A ja zrozumiałem, że chce pani firanki wieszać. Odrobina, drabina, i zrobiła się czysta komedia!

Niech Pan nie narzeka. Sam Pan mieszka i nieźle sobie radzi. A dwa razy do roku wybiera się Pan w długą podróż.
A, tak! Jeżdżę sobie do Wilna, do siostry. Ona mieszka w samym centrum, niedaleko kościoła pw. św. Piotra i Pawła, ma mieszkanie z balkonem. Lubię tam sobie posiedzieć na słoneczku, bo w moim mieszkaniu nie ma balkonu. Siostra żartuje, że muszę jechać z Sopotu do Wilna, żeby się poopalać.

Ale nie jeździ Pan chyba sam?
Pewnie, że sam! Wieczorem wsiadam do autobusu w Gdańsku, a następnego dnia wysiadam w Wilnie. Tam już na mnie czeka siostrzeniec, zawozi samochodem na miejsce.
Jak Pan znosi tak długą podróż?
Normalnie. W autobusie zazwyczaj nie ma tłoku, cztery miejsca na końcu przeważnie są wolne. Kierowcy pomagają mi się ułożyć, podkładają poduszeczkę. Oni już mnie znają. Mówią: o, nasz stulatek jedzie! Jadę więc jak król, trochę poleżę, trochę posiedzę. Zanim mi się sprzykrzy, już Wilno.

W tym roku też się Pan wybiera do siostry?
Tak, w kwietniu, na jej 98. urodziny. Zawiozę polskiej kiełbasy, szynki. Posiedzę miesiąc, poopalam się i wrócę. Ona do mnie się nie wybierze, bo ma kłopoty z nogami. Osiem lat młodsza, a bardziej chorowita.

Zawsze się tak Panu dobrze układało?
Chyba jakiś Anioł Stróż mnie strzegł. A były takie sytuacje, że mogłem zginąć. Kiedyś w Łodzi jechałem autobusem. Ja siedziałem od środka, jakaś pani od okna. Spojrzałem w okno i zobaczyłem, że pędzi na nas samochód. Zerwałem się instynktownie, złapałem się uchwytu przy suficie. Samochód uderzył z taką siłą, że nagle znalazłem się na ziemi, bo przełamała się podłoga. Miałem połamane żebra, siedemnaście dni przeleżałem w szpitalu, ale żyłem. Ta pani zginęła. Moje miejsce obok też było zmiażdżone. Potem w Sopocie o mało co nie umarłem we własnym mieszkaniu, a dokładnie w łazience. Zasłabłem, ledwo wyczołgałem się z wanny. Okazało się, że był niesprawny piecyk, gaz się ulatniał. Jakoś mnie odratowali.

Tych dobrych zdarzeń na pewno było więcej.
To prawda, było i jest. Mam mieszkanie, jedzenie, wygodny tapczan. Gdyby tak moja mama zobaczyła, jak ja teraz dobrze sobie żyję, to by się chyba popłakała. Mama umarła w Wilnie, zanim to sobie wszystko ułożyłem.

Szóstego lutego skończył Pan 106 lat. O czym Pan marzy?
Żeby jeszcze drugie tyle przeżyć. Jak się człowiek rozochoci, to wciąż mu tego życia mało. Pani wie może, jaki jest rekord?
Pewna Francuzka, która nazywała się Jeanne Calment, żyła 122 lata. Podobno bardzo lubiła wino i korzystała z różnych uciech.
To zupełnie tak jak ja. Niby nie piłem, nie paliłem, ale drobnych uciech sobie nie odmawiałem. Napije się pani wódeczki? Z takiej okazji to i ja jeszcze na pół kieliszeczka bym się skusił. Kieliszeczek jest najlepszy, nie trzeba żuć.

Zaraz przyjdą inni goście.
Piętnaście osób ma być, moi znajomi i przyjaciele. Trzeba się spotykać, zanim wszyscy do tej Unii wyjadą.

i.laszyn@prasa.gda.pl

Treści, za które warto zapłacić!
REPORTAŻE, WYWIADY, CIEKAWOSTKI


Zobacz nasze Magazyny: REJSY, HISTORIA, NA WEEKEND

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

D
Dorota

Panie Władysławie dużo zdrowia i miłej podróży do Wilna, które proszę pozdrowić

E
Erddill

Zycze zdrowia na ta nastepna setke ... Przedwojenny "material" to i trzyma sie ;) . Wszystkiego dobrego Panie Władysławie .

Dodaj ogłoszenie