W innym kraju, przy innym stole. Wielkanoc z dala od rodziny. "Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żebym święta spędzał daleko od bliskich"

Tomasz Chudzyński
Tomasz Chudzyński
Udostępnij:
Nie wszyscy zamierzali na święta przyjechać do rodzinnego domu. Ale gdy okazało się, że pandemia wymusiła na nas spędzenie Wielkanocy dokładnie tam, gdzie nas zastała - nagle bardziej tęskni się do bliskich, świętujących tak jak i my - samotnie.

Tegoroczna Wielkanoc dla wielu jest trudna do zniesienia ze względu na zakaz gromadzenia się. W czasie, kiedy chcemy być razem i wspólnie cieszyć się świętami, przerwą w pracy, wolnym - po prostu nie możemy. Stan ten dotyczy zwłaszcza tych, którzy swoje rodziny mają za granicą - tu tęsknota i poczucie bezpowrotnego tracenia ważnych chwil jest najbardziej odczuwalna. Zapytaliśmy kilkoro Pomorzan - nie zawsze na Pomorzu mieszkających lub tu urodzonych, jakie uczucia będą im towarzyszyć podczas Wielkiej Nocy.

My tu, ona tam

Irlandczyk Paul mieszka w Pucku. Dla niego jako chrześcijanina Wielkanoc jest najważniejszym świętem.

- Cieszę się i dziękuję Bogu, że ten nadzwyczajny czas spędzam z moją najbliższą rodziną - mówi. - Nie wyobrażam sobie, co by było i jak bym się czuł, gdybym nie mógł świętować tego dnia z żoną i dziećmi.

Pomimo pozytywnego nastawienia, to smutek i tak towarzyszy puckiej rodzinie, bo ta i tak nie jest w komplecie. Ich najstarsza córka mieszka w Anglii, i choć bardzo chciałaby przyjechać do Pucka, by spędzić czas z najbliższą rodziną, to epidemia koronawirusa jej to uniemożliwiła.

- To będą bardzo smutne i samotne święta, będzie mi brakowało tradycji i wspólnego rodzinnego czasu - mówi Ruby. - Jedyne, co nam pozostało, to wideorozmowa. Choć to lepsze niż nic, to Ruby i tak wolałaby wraz ze swoim młodszym rodzeństwem pójść ze święconką do kościoła , a potem patrzeć na własne oczy - a nie w ekranie telefonu - jak dzieciaki szukają zająca w ogrodzie.
- Rozmowa przez Skype czy Messenger nie jest w stanie zastąpić wspólnego świętowania, jedynie daje poczucie, że omija mnie coś specjalnego, szczególnego, coś, przy czym powinnam i chciałabym być - mówi najstarsza córka puckiej rodziny.

Rodzice i rodzeństwo Paula mieszkają w Irlandii oraz Wielkiej Brytanii. Przez epidemię koronawirusa musieli zrezygnować z pomysłu kilkudniowej wizyty u rodziny w Pucku, a chrzest bratanicy Paula, zaplanowany na kwiecień, został odłożony na bliżej nieznany termin. Dlaczego? Bo Paul, jako ojciec chrzestny dziewczynki, nie ma możliwości stawienia się w kościele w Anglii.

- To emocjonalnie trudny czas dla nas wszystkich - mówi Paul. - Nie pozostaje nic innego, jak tylko modlić się i wierzyć, że jeszcze będzie dane nam spędzić wspólny czas na żywo, a nie tylko przez internet.

Wiem, że wszystko będzie dobrze

Kamila Szewczyk, niegdyś nowodworzanka, a dziś w Wielkiej Brytanii, miała brać w Polsce ślub - w czerwcu tego roku. Uroczystość musieli przełożyć na następny rok.

- Od wielu lat jestem zagranicą, ale nigdy nie przestaję myśleć o domu rodzinnym, o miejscu, skąd pochodzę. W czasach wirusa czy poza nim, tęsknota jest tak samo silna - mówi Kamila Szewczyk. - Paradoksalnie, izolacja w domu w Anglii sprawia, że mam też więcej czasu, żeby utrzymywać kontakt z rodziną w Polsce. Wideokonferencje z babciami czy tatą są prawie na porządku dziennym. Nasze ostatnie przyjazdy do kraju skupiały się właściwie na organizacji ślubu... Jestem osobą bardzo pragmatyczną i staram się podchodzić do sytuacji ze spokojem. Czas w „zamknięciu” to dobry moment na chwilę autorefleksji w czasie Wielkanocy, wyciszenia i spokoju. Dużo medytuję, coraz bardziej doceniam to, co mam wokoło siebie. Wiem, że wszystko będzie dobrze.

Obiecujemy sobie moc uścisków
Mira Callesen, dziś mieszkająca w Danii, często odwiedza rodzinę w Polsce. Co zrozumiałe, w tym roku Wielkanoc spędzi w domu, z mężem.

- Być może dołączy do nas jedna z moich córek. Drugiej, która studiuje w Hamburgu, na pewno na święta nie będzie, z uwagi na środki ostrożności i zamknięte granice - mówi Mira Callesen. - Cała nasza rodzina ma ze sobą kontakt za pośrednictwem mediów społecznościowych. Dzięki temu regularnie rozmawiamy. Obiecaliśmy sobie, że się mocno wyściskamy, gdy to wszystko się skończy. Nie mogę się doczekać przyjazdu do Polski i takiego spotkania.

Nie da się być daleko od rodziny
Krzysztof Ciarkowski z Tczewa od 14 lat pracuje w Norwegii. Jak tylko ma okazję, przyjeżdża domu, gdzie czekają na niego żona i cztery córeczki.
- Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żebym święta spędzał daleko od swoich bliskich - mówi młody mężczyzna. - Zawsze byłem w domu, z rodziną. Nic nie byłoby w stanie zatrzymać mnie tak daleko od domu. Ta myśl była nie do zniesienia. Długo szukałem możliwości przemieszczenia się z Norwegii do Polski, do Tczewa. To wcale nie było łatwe, przecież wszystkie rejsowe połączenia zostały wstrzymane. W końcu udało mi się znaleźć lot z Oslo do Warszawy. Najpierw jednak musiałem jakoś dotrzeć do Oslo. No właśnie, to wcale nie okazało się łatwe.

Pan Krzysztof wybrał podróż pociągiem. Według rozkładu powinien dotrzeć do Oslo z dużym zapasem na dotarcie na lotnisko.
- Myślałem, że wszystko się posypie, kiedy doszło do awarii sieci trakcyjnej - wspomina Krzysztof Ciarkowski. - Nie tylko utknęliśmy na trasie, ale nawet nie można było wyjść z pociągu. Te godziny przestoju wydawały się być najgorszą gehenną. Nie miałem innej możliwości, by na czas dotrzeć na lotnisko. Każda mijająca minuta wydawała się wiecznością. Jak na zmiłowanie czekałem na wiadomość, że jest ekipa i już kończy naprawę trakcji. Chyba jedynie cudem udało mi się zdążyć.Lot był nawet spokojny. Kolejne „schody” zaczęły się w Warszawie, po wylądowaniu.

- Jeszcze w Oslo, zanim weszliśmy na pokład samolotu, też mierzono nam temperaturę, miałem 36,8 st. C - wspomina. - W Warszawie po raz kolejny czekał mnie pomiar temperatury. Problem w tym, że w Oslo było dość chłodno, a a Warszawie cieplutko. Wszystkie pomieszczenia szczelnie zamknięte i ta różnica temperatur sprawiły, że zanim przyszła moja kolej na pomiar, byłem już mocno zgrzany, w efekcie temperatura podskoczyła mi do 37,3, a potem 37,5 st. C. Skierowano mnie na dodatkowe badanie do specjalnego autobusu. W końcu ochłonąłem i ponownie temperatura wróciła do normy - 36,8 st. C. Teraz został ostatni etap podróży - podróż do Tczewa.

Teraz było już z górki. W pociągu co drugie miejsce wolne. Niektórzy w maseczkach, inni bez.

- Wreszcie jest - Tczew - opowiada tczewianin. - Do domu już miałem bardzo blisko. Nie liczyło się, że będę musiał przez dwa tygodnie siedzieć w domu. Ważne, że byłem, jestem z dziećmi, z żoną. Tylko to się liczy.

Życzę nam wszystkim wiary, że to się szybko skończy
Małgorzata Jędrzejewska, niegdyś nauczycielka z Nowego Stawu, kilka lat temu wyjechała do Londynu. I właśnie tam uziemiła ją epidemia. Jak sama przyznaje, nie jest łatwo.

- Buszuję trochę po Facebooku, w różnych grupach, więc wiem, że ludziom jest ciężko, choćby dlatego, że martwią się o rodziny w Polsce. Dlatego też czasami puszczają im nerwy i dochodzi do wirtualnych pyskówek. Ale chyba więcej spotykam się z poczuciem humoru i rozmowami, które mają na celu podtrzymanie innych na duchu. Czyli tak, jest ciężko, ale tak samo ciężko jest w Polsce czy innym kraju. Każdy ma swoje powody do zmartwień, a izolacja sprawia, że nabierają one jeszcze „ciężkości” - przyznaje Małgorzata Jędrzejewska. Sama, gdy z dnia na dzień musiała przestać chodzić do pracy, znalazła swoje sposoby na izolację. - Mam do dyspozycji ogród, toteż kawa w południe obowiązkowo na łonie natury, tym bardziej że do ogrodu przylega park miejski, więc mam w bonusie najpiękniejsze ptasie koncerty - mówi. - Do tego internet, który daje mi, i nam wszystkim, możliwość kontaktu z rodziną i przyjaciółmi. No i, oczywiście, słucham muzyki, „chodzę” po muzeach.

Na nadchodzący czas ma swoje przesłanie.

- Pozdrawiam wszystkich czytelników „Dziennika Bałtyckiego”. Życzę nam wszystkim wiary, nadziei i miłości. Wiary, że to się szybko skończy. Nadziei, że później nie będzie tak źle, jak się boimy. Miłości, bo tylko z nią jesteśmy w stanie przetrwać wszystko - podkreśla Małgorzata Jędrzejewska.

Na szczęście znajomy miał wolne mieszkanie

W Portugalii utknęli malborczyk Andrzej Wiśniewski z żoną Aleksandrą, którzy od blisko dwóch lat podróżują po świecie starą karetką przerobioną na kampera. Z Malborka wyruszyli 14 czerwca 2018 roku. Przemierzyli Azję, teraz przygotowywali się do wjazdu do Afryki. Trochę czasu spędzili w Porto, skąd planowali jeszcze objechać najciekawsze zakątki kraju, następnie ruszyć do Hiszpanii i stamtąd do Maroka. Epidemia zweryfikowała ich zamierzenia. Po wyjeździe ze stolicy kraju pogarszająca się sytuacja epidemiologiczna zastała ich na parkingu nad rzeką Duoro.

Zaczęły obowiązywać liczne nakazy, zakazy, wysokie kary, więc perspektywa pozostania tam na nie wiadomo jak długo w karetce rysowała się nieciekawie.

- Jak z nieba spadła wiadomość z Singapuru, że znajomy Portugalczyk ma mieszkanie w Coimbrze, które stoi puste, a my możemy je przejąć na „czas zarazy” - relacjonuje Aleksandra. - Do Coimbry dotarliśmy 19 marca, a dzień później wszedł w życie zapowiadany stan wyjątkowy. Samoizolacja, zakaz zgromadzeń i bezpodstawnego poruszania się po ulicach przestał być tylko zaleceniem, teraz jest prawem.Monotonia i bezruch, po tylu miesiącach w podróży, trochę im doskwierają. Czas się dłuży.

- Ten brak kontaktów z nieznanym jest jakąś irytacją. Brakuje ekscytacji tym, co może kryć się za zakrętem. Może to będzie jakaś niezwykła sytuacja, niesamowita osobowość? Może będzie dobra, może okropna? Na pewno będzie wciąż inna. Teraz nasze zakręty ograniczają się do tych, w które wchodzimy, przemieszczając się z pokoju do pokoju - opowiada Ola. Co nie oznacza, że zostali całkowicie uwięzieni w mieszkaniu.

W Portugalii, tak samo jak w Polsce, poruszanie się jest ograniczone do najważniejszych potrzeb życiowych. Chodzą więc do sklepu. - Lista kolejnych zakupów wydłuża się w nieskończoność, bo może akurat wykupią puszki z tuńczykiem. Może nie czekać do poniedziałku, tylko pędzić do sklepu już teraz, zaraz, zanim zamkną na dobre. Paranoje nie wytrzymują jednak kuracji śmiechem - przyznaje Ola.

Ważna jest wdzięczność

Oczywiście z pokorą przyjmują obowiązek maksymalnego ograniczenia osobistych kontaktów ze światem.

- Korzystamy z bezpieczeństwa czterech ścian. Przez zamknięte szyby balkonów machamy sobie na powitanie z malarzami odświeżającymi nasz blok. Podglądamy sąsiadów, którzy w zamian podglądają nas. Ktoś gra na tarasie w piłkę. Ktoś inny w regularnych odstępach wychodzi na uspokajającego papierosa. Młody mężczyzna z parteru rozkłada na kolanach laptop i pracuje zdalnie. Panie krzątają się wokół balkonowych doniczek. Panowie myją okna - wylicza Aleksandra. - Przewidywalne, nudne i rutynowe cztery ściany chronią nas przed przeciwnikiem, który wciąż nie ma twarzy, którego nie można w pełni zidentyfikować i odpowiednio się przed nim bronić. Jesteśmy więc wdzięczni.

Według Aleksandry Wiśniewskiej, wdzięczność jest najważniejszą lekcją, jaką daje „czas zarazy”.

- Wdzięczność nie tylko ta osobista, skierowana do wnętrza, ale ta wychodząca na świat. Docenianie ludzi, którzy nas otaczają. Bezimiennych, którzy walczą na pierwszej linii „koronafrontu”, żebyśmy my mogli żyć i funkcjonować bezpieczniej, żebyśmy w ogóle mogli żyć i funkcjonować. Uczymy się doceniać ludzi nam najbliższych. Tych, których istnienie bierzemy za pewnik. Uświadamiamy sobie, że nasz wspólny czas nie jest nieograniczony, że wydarzenie losu, którego nie przewidział nikt, przewróciło klepsydrę, a ziarna piasku przesypują się w niekontrolowanym chaosie - tak obrazowo epidemię opisuje Ola.

Ona z Andrzejem na nudę nie mogą narzekać. Po prostu dużą pracują. Mają do opracowania około ostatniego roku podróży. Ona nadrabia zaległości w przygotowywaniu reportaży, on - przebiera i obrabia tysiące zdjęć i montuje filmy. Przypomnijmy, że wcześniej przez kilka lat pracowali w międzynarodowej korporacji. Postanowili spróbować zupełnie innego życia. Stara niemiecka karetka, którą nazwali „Rafałkiem”, stała się ich domem. W środku jest wszystko, co potrzebne do życia: zbiornik na wodę, butla z gazem, lodówka, kuchenka, prysznic i toaleta kompostowa. Na razie czekają na rozwój wypadków, ale wcześniej w ich planach była kontynuacja podróży przez Afrykę i obie Ameryki.

POLECAMY NA STRONIE KOBIET:

Pokolenie Z Dobry, ale szybki klient

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie