"Ubu Rex" Pendereckiego w Operze Bałtyckiej. Przeciwko rządom Ubu i Ubicy RECENZJA

Maja Korbut Jarosław Zalesiński
Spektakl pokazał, że opera jest połączeniem słowa, muzyki, ruchu i obrazu
Spektakl pokazał, że opera jest połączeniem słowa, muzyki, ruchu i obrazu sebastian ćwikła
Reakcja publiczności po piątkowym premierowym spektaklu opery "Ubu Rex" Krzysztofa Pendereckiego w Operze Bałtyckiej nie była może szczególnie żywiołowa, ale można to sobie chyba tłumaczyć lekkim oszołomieniem, jakie pozostawia po sobie każde szczególnie dobre przedstawienie. A tak udanego spektaklu bardzo dawno w trójmiejskich teatrach nie oglądaliśmy.

"Ubu Rex" to dzieło niezwykle trudne do wykonania: zarówno muzycy orkiestrowi, jak i soliści muszą się zmierzyć z karkołomnie trudnymi partiami. Cały zespół Opery Bałtyckiej pokazał się jednak w najlepszym świetle, prezentując wyśmienity efekt swojej ciężkiej pracy. Doszlifowany był każdy inscenizacyjny szczegół. Charakteryzacja (dzieło Klaudii Ostrowskiej i Doroty Sabak) znakomicie zgrywała się z kostiumami i scenografią (Hanna Szymczak i Janusz Wiśniewski), a ruch sceniczny (choreografia Emila Wesołowskiego) opracowany był tak precyzyjnie, że każda, nawet najmniej znacząca postać poruszała się w charakterystyczny dla siebie sposób.

Reżyser Janusz Wiśniewski wydobył z libretta opartego na groteskowym dramacie Alfreda Jarry'ego cały jego komiczny potencjał, nie tracąc przy tym nic z jego głębi. Publiczność śmiała się już od otwierającego spektakl dialogu Ubu z Ubicą. Początek przedstawienia mógł się kojarzyć (może poza postacią Ubicy) z dawnym, ulicznym przedstawieniem kukiełkowym, co podkreślała zbudowana na scenie rama i porozstawiane na proscenium reflektory. Kiedy jednak przenieśliśmy się na dwór króla Wacława, reżyser zmienił konwencję, odtwarzając świat kina niemego, z jego slapstickowymi gagami i melodramatycznym aktorstwem. Takich gier konwencjami jest w tym przedstawieniu mnóstwo. Jednak spoza całej tej teatralnej zabawy, spod pudru i szminki coraz wyraźniej wygląda przerażające zepsucie Ubu i jego świty.

Czy w groteskowym tekście zbuntowanego piętnastolatka Jarry'ego można doszukiwać się głębi, proroctwa, pamfletu na wojnę i przemoc, jakiegoś poważnego przesłania? Inscenizacja Janusza Wiśniewskiego nie pozostawia wątpliwości, że tak. Wiśniewski jest reżyserem o własnym i niepodrabialnym charakterze pisma. Język jego spektakli w połączeniu z groteskowym tekstem Jarry'ego dał zadziwiający i zarazem głęboko przejmujący efekt. Absurdalna historyjka Jarry'ego streszcza w interpretacji Wiśniewskiego całą absurdalność ludzkiej historii. Hierarchie i wartości stale są w niej podmywane i niszczone przez zalew najprymitywniejszych, najniższych ludzkich potrzeb. W dopisanym Jarry'emu przez Wiśniewskiego słowach w jednej z najbardziej wizyjnych i niesamowitych scen tego spektaklu, rozgrywającej się na dworze rosyjskich carów, zalew ten porównywany jest do pożerającej wszystko biblijnej szarańczy. Kto wie, czy nie odnosiło się to do czasów, w których wypadło nam żyć...

W sugestywnym finale, kiedy zatrzymuje się szalone tempo spektaklu, a wszystkie postaci ustawiają się wokół dwóch krzeseł, jak do grupowego zdjęcia, wypełniając szczelnie całą przestrzeń sceny, mocne wrażenie robi parokrotna zmiana par królewskich, zasiadających na krzesłach. Czy miejsca te zajmą Rozamunda z Wacławem, czy (dość ryzykownie wprowadzona przez Wiśniewskiego do przedstawienia) para karłów, czy Ubu z Ubicą - nic w tym grupowym zdjęciu się nie zmienia. Historia płynie tak samo, w kolejnych nawrotach, nie ma w niej żadnego "postępu". Bardzo to pesymistyczna, ale może też realistyczna wizja... Nie mówi się w niej, że świat do czegoś zmierza, ale, od drugiej strony, mówi się chyba, że to od nas zależy, czy nie osunie się on za którymś razem w nieprzerwane rządy Ubu i Ubicy.

Także muzyka Krzysztofa Pendereckiego znakomicie oddaje charakter tekstu Alfreda Jarry'ego. Opera pełna jest prześmiewczych quasi-cytatów z dzieł innych kompozytorów czy fragmentów parodiujących ich styl. Wymaga to od orkiestry wielkiej plastyczności i dogłębnego zrozumienia dzieła. W dodatku partytura najeżona jest wykonawczymi trudnościami. Orkiestra prowadzona przez Wojciecha Michniewskiego poradziła sobie jednak z tym trudnym zadaniem co najmniej dobrze. Można by było mieć zastrzeżenia co do intonacji, zwłaszcza w scenie rozmowy Bardiora z carem, ale nie zmienia to oceny, że wyzwanie, jakie niesie ze sobą dzieło Pendereckiego, najwyraźniej posłużyło zespołowi, zwłaszcza jeśli zestawić to z poprzednią premierą w Operze Bałtyckiej, "Marią" Romana Statkowskiego.

Nawet najlepsza orkiestra operowa niewiele by jednak znaczyła bez znakomitych solistów. Wszyscy biorący udział w spektaklu zaprezentowali się bardzo dobrze - od najmniejszej roli drugoplanowej po pierwszoplanowych bohaterów każda postać była znakomita i wokalnie, i aktorsko. Wspaniale podkreślony był kontrast między komicznie tragiczną Królową Rozamundą (rewelacyjna Anna Mikołajczyk) a niewzruszenie uśmiechniętym Królem Wacławem (Daniel Borowski). Świetnie zgrany był zespół "Szlachetnych Przyjaciół" Ubu - także i wokalnie, i aktorsko. Doskonale wypadli i Ryszard Minkiewicz jako Kotys, i odziany w suknię Ryszard Morka jako Mme Żyron; Aleksander Kunach, Anna Fabrello, Tomasz Rak - wszyscy pokazali się naprawdę na europejskim poziomie.

Większą rolę miał do zagrania Piotr Nowacki jako Murzyn - Bardior, i on również znakomicie poradził sobie ze swoją partią. Gdyby wymieniać wszystkich, którzy przyczynili się do sukcesu spektaklu, trzeba by przepisać tu całą obsadę.
Szczególnie jednak na uwagę zasługują odtwórcy głównych postaci: Jacek Laszczkowski i Karolina Sikora. Karolina Sikora musiała zmierzyć się z partią parodiującą koloraturę, pełną skoków i popisów wokalnych. Jej nośny i dźwięczny głos zabrzmiał w całym przedstawieniu piękną mezzosopranową barwą. Jacek Laszczkowski to artysta fascynujący - niezwykle wszechstronny, obdarzony wspaniałą barwą głosu. Lekkość wydobywanego przez niego dźwięku, połączona z aktorskim dopracowaniem postaci Ubu, groteskowej i przerażającej zarazem, sprawiła, że po "Graczach", gdzie Laszczkowski wspaniale zagrał postać Ichariewa, jego Ubu jest kolejną wielką kreacją na scenie Opery Bałtyckiej.

Ten spektakl pokazał, czym powinna być dzisiaj opera - doskonałym połączeniem słowa, muzyki, ruchu i obrazu. "Ubu Rexem" Opera Bałtycka powróciła na pierwsze miejsce wśród trójmiejskich teatrów. Nie bez solidnych podstaw wydaje się też nadzieja, że wpisała się do historii teatru operowego w Polsce.

Treści, za które warto zapłacić!
REPORTAŻE, WYWIADY, CIEKAWOSTKI


Zobacz nasze Magazyny: REJSY, HISTORIA, NA WEEKEND

Flesz: Wegańskie ubrania. Made in Poland

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

I
IG

Był to raczej teatr a nie opera wykonany w języku niemieckim. Teatr w obcym, nieznanym języku jest bardzo trudny w odbiorze. Widz polskojęzyczny, a taki stanowił większość, zmuszony został do czytania napisów i nie mógł w pełni odebrać wszystkich walorów spektaklu opisywanych w artykule. Nie widziałam i nie słyszałam śmiechu publiczności. Postać Ubu była bez wyrazu i nie była to wielka kreacja.

Dodaj ogłoszenie