Szybko przestał być szefem - stał się przyjacielem, mentorem i nauczycielem. Wspomnienie o Yannie Gontardzie

Gabriela Pewińska
Gabriela Pewińska
19 marca zmarł w Warszawie Yann Gontard, w latach 1992 - 2001 związany z dziennikami regionalnymi Polskapresse, były prezes „Wieczoru Wybrzeża”, „Dziennika Bałtyckiego”. Postać wyjątkowa, inspirująca, charyzmatyczna osobowość. Pokonał kilkanaście maratonów i triathlonów, a przegrał walkę z COVID-19. Miał 52 lata.

Mirosław Kowalski, były szef IT, potem dyrektor produkcji, wiceprezes Prasy Bałtyckiej:

Yanna poznałem w marcu 1993 roku, kiedy pojawił się w „Dzienniku Bałtyckim” jako młody, nieznający języka polskiego, kontroler zarządzania. Chociaż było to dla niego lądowaniem w nieznanym świecie, daleko od swoich bliskich, to już rok po przyjeździe napisał:

„Swoi, to są ludzie. Ci, których uważam za takich lub usiłuję za takich uważać ponad różnicami językowymi i różnicami w tradycji. To trochę tak, jakby botanik znajdował przyjemność w odnajdywaniu różnych, ale podobnych, tych samych drzew w różnych strefach klimatycznych.” Te słowa pięknie oddają charakter Yanna i najlepiej tłumaczą, dlaczego zjednał sobie tak wielu przyjaciół najpierw w Gdańsku, potem w Poznaniu, Warszawie i wszędzie tam gdzie się pojawiał z racji nowych wyzwań zawodowych.

Bardzo szybko nauczył się języka polskiego i choć jeszcze długo zdarzały mu się śmieszne lapsusy językowe, to pozwoliło mu stać się świetnym ambasadorem Francji w Polsce i Polski wśród swoich znajomych we Francji.

Otwartość i pogodne usposobienie sprawiło, że z jednej strony ludzie chętnie z nim współpracowali i dzielili się swoją wiedzą, a z drugiej strony chłonęli jego wiedzę w zakresie zarządzania. Bez tej wiedzy i myślenia w kategorii potrzeb czytelników jakie nam wpoił Yann, „Dziennik Bałtycki” i pozostałe gazety Polska Press nie rozwinęłyby się tak, jak miało to miejsce.

Był mentorem, a zarazem przyjacielem dla wielu z nas, którzy mieli to szczęście, że spotkali Go na swojej drodze.

Maciej Siembieda, w latach 2002-2005 redaktor naczelny „Dziennika Bałtyckiego” Wydarzenia udało się zrekonstruować dzięki wiadomościom od wspólnych przyjaciół:

W czasie, gdy Yann jechał do szpitala, pełen optymizmu i nadziei, porządkowałem pawlacz z przeterminowanymi papierami. Znalazłem wśród nich materiały ze szkolenia dla dziennikarzy, które dwadzieścia kilka temu zorganizowała warszawska firma doradcza, zapraszając dwóch prelegentów. Żeby było sprawiedliwiej: jednego z Orkli, drugiego z Polskapresse. Pierwszym byłem ja, drugim Yann. Zupełnie zapomniałem o tamtym spotkaniu, ale nagle wróciło do mnie jakby odbyło się przed tygodniem. Zobaczyłem młodego, ale już charyzmatycznego faceta, uśmiechniętego, eksplodującego energią i przekonaniem do tego, co robi. Jak ja Mu wtedy zazdrościłem. Jego francuskiego obycia w mediach, wiedzy, profesjonalizmu. Ja podczas swojej części zamęczałem słuchaczy gawędami, Yann wyświetlił na ścianie prezentację. Slajdy! Wtedy nowość absolutną. Konkret w atrakcyjnej postaci graficznej. Uświadomiłem sobie, jak niewiele wiedzieliśmy o mediach my, dzieci PRL-u, co najwyżej obdarzone instynktem i marzeniami. Potrzebowaliśmy doświadczeń takich Yannów. On ich nigdy nie skąpił. Podobnie jak przyjaźni, swojego zaraźliwego entuzjazmu i żywiołowej sympatii. To było nasze pierwsze spotkanie. Ostatnie, całkiem niedawno u Ewy i Mirka Kowalskich, udowodniło mi, że Yann nic się nie zmienił. Kolejnego spotkania już nie będzie, a ta świadomość wytwarza próżnię, którą można próbować wypełniać wspomnieniami. To wszystko co nam pozostało.

Krzysztof Krupa, w latach 1997-2000 redaktor naczelny „Dziennika Bałtyckiego”:

Człowiek, obok którego trudno było przejść obojętnie. Dla tych, którzy w różnych fazach życia spotkali Go i szli z Nim, stał się ważny. I On tę więź, jak mało kto, umiał budować i przez lata podtrzymywać. Tak jak to się dzieje tylko w relacjach przyjacielskich…

Dla prasy gdańskiej, na początku lat 90., która przebudowywała się po okresie komuny, stał się liderem. Młody facet, który przyjechał z Francji, gdzie ukończył bardzo dobrą uczelnię ekonomiczną. Dynamiczny, gromadzący wiedzę na tematy związane z prasą i otoczeniem, przekonany do misji budowania z nami mediów regionalnych. W kraju, mało Mu na początku znanym, który za to w niesamowitym tempie chłonął. W ówczesnej Polsce, gdzie nowoczesne wydawnictwa jeszcze nie istniały, bo nie mogły istnieć. Trzeba było wszystko krok po kroku zrobić, zorganizować, zbudować. Miał talent do budowania zespołów, wolę i sprawczość, umiejętność załatwiania, choćby „spod ziemi”, a my - jego kadra kierownicza - jeszcze się rzadko mówiło - menadżerowie - byliśmy Jego drużyną, wspólnie z nim kreującą, a potem realizującą kolejne pomysły.

I tak się stało. Poszliśmy z Nim. My byliśmy z Nim, On był z nami. To się dla Niego bardzo liczyło - być razem i osiągać cele wspólnie. Dołączyły budowane w tym okresie przez nas zespoły, których sympatię zdobywał charakterystycznym uśmiechem, otwartością, skracaniem dystansu, takim miłym dla ucha „kaleczeniem” polskich słów, nadawaniem im innego brzmienia, akcentu, czasami sensu. Nie zmienia to faktu, że był wymagającym szefem, choć trzeba dodać - wymagał nie tylko od innych, równie dużo od siebie.

Z kontrolera zarządzania, przeistoczył się w krótkim czasie w szefa, prezesa prasy, która zaczynała, krok po kroku, upodabniać się do wydawnictw w rozwiniętej części Europy. Komputery - pierwsze były Apple; już nie archaiczna - typograficzna, a offsetowa drukarnia, pięknie wyremontowane kamieniczki po byłej drukarni typograficznej przy Targu Drzewnym w Gdańsku, przekształcone w siedzibę wydawnictwa prasowego. Po dekadzie lat 90. nie byliśmy już ubogimi krewnymi prasy francuskiej, niemieckiej czy skandynawskiej - dorośliśmy… Yann, ze swoją żywiołowością i kreatywnością, wniósł w ten rozwój niemały wkład.

Oprócz celów zawodowych zawsze miał pod ręką kolejne, rozwijające Go w innych sferach życia. Na przykład związane ze sportem. Dołączył w Trójmieście do drużyny rugby, zaprzyjaźniając się przy okazji z zawodnikami. Kochał szybką jazdę, zdążył „zajeździć” kilka samochodów, potem doszły inne pasje - półmaratony, maratony, triathlony…

Uwielbiał podróże, spotkania przy stole z dobrymi znajomymi, albo z nowymi, interesującymi Go ludźmi z najróżniejszych środowisk, w anturażu zapachów i smaków potraw, przy kieliszku dobrego wina. Zresztą jak mogło być inaczej - jego rodzina wywodziła się z pachnącej ziołami, znanej ze świetnej kuchni, Prowansji. Czasem zresztą sam w kuchni coś upichcił - smak sosu z awokado, w jego wykonaniu, do dziś pamiętamy…

Grzegorz Haftarczyk, członek zarządu Prasy Bałtyckiej w latach 2000-2002 i wiceprezes Polskapresse w latach 2005-2013:

Yanna poznałem na początku mojej pracy w Prasie Bałtyckiej w 1991 roku. Byłem na drugim roku studiów Zarządzania na UG. Miałem szczęście, że wtedy właśnie spotkałem Go na swojej drodze, Francuza, który skończył jedną z najlepszych szkół zarządzania w Paryżu. Mogłem uczyć się od Niego. Do dziś pamiętam mój pierwszy wykonany na Jego polecenie raport, w którym kilkadziesiąt razy poprawiałem najdrobniejsze szczegóły. Uzmysłowił, że trzeba myśleć i działać kompletnie poza schematami. Do tego próbować realizować nawet najbardziej nieprawdopodobne pomysły (często sam był ich autorem). Uświadamiał, by dbać o ludzi i budować relacje, 30 lat temu to było coś naprawdę odkrywczego, trochę jak z innej planety. Wyjątkowe było Jego poczucie humoru, otwartość. Szybko przestał być dla mnie szefem - stał się mentorem i nauczycielem.

Później, gdy pracował już Warszawie w TP, ściągnął mnie do swojego zespołu. To była dla mnie życiowa decyzja. Stał za nią Yann… Zostaliśmy przyjaciółmi, spotykaliśmy się wraz z naszymi rodzinami, nasze żony też się zaprzyjaźniły. Któregoś dnia wspomniał, że odkrył nową pasję - triathlon. Zaczęliśmy wspólnie trenować. Potem wpadł na pomysł, żebyśmy wystartowali w zawodach Ironmana, co wydawało się kompletnym szaleństwem. Ale w 2015 roku w Czechach zrobiliśmy to, i - co najważniejsze - ukończyliśmy zawody. Dla Yanna nie było rzeczy niemożliwych. Kochał życie, czerpał z niego garściami. Wulkan pozytywnej energii.

Kilka razy, chyba przy okazji różnych szkoleń, robiłem zestawienie osób, które miały największy wpływ na moje życie - Yann zawsze był na samej górze tej listy.

Ostatni raz widzieliśmy się w połowie stycznia. Jak zwykle, przy dobrej kolacji rozmawialiśmy o Jego nowych projektach. Mieliśmy parę wspólnych pomysłów. Nie mogę uwierzyć, nie mogę się pogodzić z tym, że odszedł. Ale wiem, że wiele, naprawdę wiele osób będzie o Nim pamiętać. A to, co z Nim przeżyliśmy będzie z nami, do końca.

Mariusz Szmidka, redaktor naczelny „Dziennika Bałtyckiego”:

Yanna wspominam jako najbardziej niekonwencjonalnego, charyzmatycznego i tryskającego humorem prezesa. Ale też jako zdecydowanego, a nawet radykalnego szefa wtedy, kiedy sytuacja tego wymagała.

Zaskakiwał nas każdego dnia, ale też zarażał swoją kreatywnością menedżerską i determinacją w uczeniu się języka polskiego. Na temat językowych lapsusów krążą legendy. On cudownie się mylił. Nawet wiele lat pod odejściu z pracy w Gdańsku do Poznania, a potem do Warszawy utrzymywał z nami kontakt, a nawet odwiedzał w gdańskiej redakcji. Miałem wrażenie, że tak bardzo się z nami związał i tak bardzo pokochał Pomorze, jakby tu właśnie się narodził. I pewnie tak było, przynajmniej w sensie zawodowym. Sam inicjował spotkania i zapraszał nas mailowo. W jednym z takich mailowych zaproszeń tak zwrócił się do adresatów: „Pomyślałem, że fajnie by było się spotkać i … uprawiać razem kombatantstwo!”, a niżej dopisał: „Pewnie dalej nie poprawnie pisze po polsku. Ale cóż (jak mówiła słynna wróżka)… i tak zrozumiecie do piszę!”. Cały Yann.

Pamiętam, jak cieszył się rosnącymi w siłę tygodnikami powiatowymi i wspierał wszelkie duże projekty, mając świadomość, że właśnie lokalność jest naszą siłą. Bez zapowiedzi przyjeżdżał na duże wydarzenia lokalne, których byliśmy współorganizatorami lub patronami medialnymi. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po niedzielnej największej imprezie plenerowej na Kaszubach „Truskawkobraniu”, na poniedziałkowym sztabie dowiedzieliśmy się, że On był na miejscu i nas obserwował. Pogratulował i stwierdził: „Języka kaszub jest piękna. Powinniśmy go promować, tak publicznie jak na tej górze”. To zaowocowało powiększeniem dodatku kaszubskiego „Norda”, tworzeniem wydań specjalnych i słowników polsko-kaszubskich. I za to wsparcie, zrozumienie i otwartość jestem Mu bardzo wdzięczny. Swoim nieszablonowym sposobem zarządzania i komunikowania się, sprawił że chyba staliśmy się fajniejsi i bardziej skuteczni w działaniu.Yannie, dziękuję że byłeś.

Uwaga nad Polskę nadciągają upały

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie