reklama

Raport z zasadzki - Zakazana zatoczka

Henryk TronowiczZaktualizowano 
Henryk Tronowicz
Henryk Tronowicz
Gdyby Straż Miejska tryumfami pochwalić się nie mogła, nikt by tej formacji nie bronił i dawno byłoby już po niej. Ale widocznie straż sukcesy ma. Poza tym czyż sam widok strażników na ulicy nie podnosi przechodnia na duchu? Lecz na jezdni bywa różnie.

Dwa przykłady.

Oto kilka dni temu kolega wiózł mnie autem z Żabianki ulicą Chłopską. Skręcił w Kołobrzeską i zaraz za skrzyżowaniem przystanął w zatoczce przy Urzędzie Skarbowym na chwilę, by zerknąć na godziny przyjęć. Po minucie, gdy spod urzędu wracał, wyrósł przed nim jak spod jezdni... funkcjonariusz Straży Miejskiej.

Tu muszę wtrącić, że ów kolega mój to kierowca doświadczony. Tyle że miał kilkuletnią przerwę w prowadzeniu pojazdu. Od paru dni jednak jeździ autem znów i wciąż narzeka z powodu epidemii mnożących się znaków drogowych, a wśród na horrendalną obfitość zakazów parkowania. Jeździ więc od niedawna, a już nasiąkł niezbyt pochlebnym mniemaniem o służbach drogowych. Mówi, że stały się one groźnym państwem w przyjaznym państwie.

Krytycznego dnia sam zakręt przy Kołobrzeskiej wziął jak najbardziej przepisowo. Ale zatrzymując się kilka metrów za zakrętem nieborak przepisy jawnie w biały dzień złamał. Dokonał wykroczenia bez wątpienia. Nie zauważył, że tuż przy wjeździe w ową ulicę stoi jak wół - znak zakazu zatrzymywania.
Przy bliższym rozpoznaniu okazuje się, że znak zakazu ma chronić przed intruzami lekkomyślnie parkującymi w zatoczce, która znajduje się tuż u wlotu jezdni ul. Kołobrzeskiej (a doczepiona do znaku tabliczka grozi odholowaniem pojazdu na koszt właściciela!).

I tutaj nasuwa się kwestia delikatna. Jak wykroczenie mego kolegi zakwalifikować?

W dyskursie ze strażnikiem kolega wskazał, że w zatoczce zaparkowane były jeszcze auta innych kierowców, co go zmyliło. Tłumaczył się, że dla niego przy pokonywaniu zakrętu na ruchliwym skrzyżowaniu z Kołobrzeską - absolutnie pierwszorzędna była potrzeba zachowania bezpiecznej jazdy. Gdyby zatem tablica z zakazem ustawiona była za zakrętem o kilka metrów dalej, wykroczenia by nie popełnił.

Funkcjonariusz dobył notes i - zabierając się za spisywanie okoliczności incydentu - zaczął głośno myśleć. Zrazu napomknął, że powinien wlepić koledze mandat 200-złotowy, a przynajmniej 100-złotowy - dorzucił spoglądając, jak przyłapany na gorącym uczynku kolega mój zareaguje. Ale on targować się z władzą nie chciał i jedynie raz i drugi burknął, żeby funkcjonariusz czynił swoją powinność. Temu zaś półgębkiem wymsknęło się jeszcze, że w zaistniałej sytuacji to właściwie mógłby poprzestać na udzieleniu pouczenia. Mimo to do pouczenia nie doszło.
Przykład drugi.

Przemierzam codziennie wąską ulicę Zbyszka z Bogdańca we Wrzeszczu. Na jezdni u wylotu na ul. Mickiewicza (wylot ten można by bez kłopotu poszerzyć!) kierowcy bezceremonialnie parkują dwa, trzy metry tuż za zakrętem. Widuję tam często patrole Straży Miejskiej. I co?

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie