Protest rybaków. Armatorzy trudniący się wędkarstwem dorszowym przypłynęli do portu w Gdyni. Czekają na reakcję premiera i grożą blokadą

szad
Protest rybaków. Gdynia 30.04.2020 Przemyslaw Swiderski
Czas rozmów i negocjacji już się skończył, teraz pora na konkrety - mówili w czwartek 30 kwietnia w Gdyni pomorscy armatorzy jednostek, trudniący się wędkarstwem dorszowym. Na skutek unijnych regulacji od początku roku nie mogą oni wykonywać swojego zawodu. Grozi im bankructwo, więc domagają się adekwatnej do poniesionych strat pomocy od rządu. W innym wypadku zagrozili zablokowaniem gdyńskiego portu.

Armatorzy przypłynęli w czwartek do Gdyni w pięćdziesiąt jednostek. Niemal wszystkie były oflagowane. Skierowali oni też za pośrednictwem wojewody pomorskiego w imieniu Sztabu Kryzysowego Rybołówstwa Rekreacyjnego pismo z prośbą o przekazanie go premierowi Mateuszowi Morawieckiemu. Sformułowali trzy postulaty. Żądają odszkodowań dla armatorów, rekompensat dla załóg jednostek z tytułu utraty pracy oraz możliwości odpłatnego zezłomowania jednostek, na podobnych zasadach, jak to miało miejsce w przypadku rybołówstwa komercyjnego.

- Naszym zamiarem, szczególnie w tak ciężkich czasach, jakie mamy obecnie, naprawdę nie jest strajkowanie - mówi Waldemar Giżanowski, prezes Stowarzyszenia Armatorów Jachtów Rybołówstwa Rekreacyjnego i członek sztabu kryzysowego. - Życie jednak zmusiło nas, abyśmy przypłynęli do Gdyni. To jest nasz krzyk rozpaczy. Od 1 stycznia został wprowadzony zakaz połowów dorsza, a my z tej profesji żyjemy. Obecnie już czwarty miesiąc jesteśmy bez pracy i środków do życia, a mamy kredyty do spłaty.

Waldemar Giżanowski poinformował dziennikarzy, że obecnie nikt nie chce już rozmawiać z armatorami na temat ewentualnego wypłacenia rekompensat.

- Nasze jednostki musiały spełniać wygórowane wymagania - mówi Waldemar Giżanowski. - Nie chcę używać mocnych słów, ale kwota 20 mln zł, którą podobno ministerstwo chce przeznaczyć na zaspokojenie potrzeb armatorów rybołówstwa rekreacyjnego, jest kpiną z całego, naszego środowiska.

Jego zdaniem propozycja strony rządowej sprowadza się obecnie do wypłaty zaledwie dziesięciu procent wartości jednostek, które ewentualnie miałyby ulec zezłomowaniu. Armatorzy oczekują, że zamiast 20 mln zł przeznaczona zostanie na ten cel kwota sześć razy wyższa. Ich zdaniem zaspokoiłoby to potrzeby właścicieli ponad stu jednostek z całego Wybrzeża. Jak na razie żadne tego typu deklaracje ze strony ministerstwa jednak nie padły.

- Liczyliśmy, że zostaniemy normalnie potraktowani, ale tak się nie stało - poinformował Waldemar Giżanowski.

Przedstawiciele armatorów dodawali, że zostali zmuszeni do protestu, gdyż szanse na osiągnięcie porozumienia z rządem oceniają jako nikłe. Mimo to liczą na dalsze rozmowy. Jak mówili, na razie ich forma protestu jest delikatna, ale to się wkrótce może zmienić.

- Jesteśmy już skrajnie zdesperowani i nie ustąpimy - mówi Waldemar Giżanowski. - Zostaliśmy postawieni pod ścianą. Nikt nie zgodzi się, aby oddać dorobek całego życia za dziesięć procent jego wartości. Jeśli zdecydujemy się na ostrzejszą formę protestu, to będzie to wpływało na możliwość ruchu innych statków w porcie. Ustalenia takie zapadną wkrótce na posiedzeniu sztabu kryzysowego.

Dodał on, że decyzje w sprawie ewentualnego zaostrzenia protestu podjęte mogą zostać jeszcze w czwartek 30 kwietnia wieczorem. Jak na razie jednostki nie opuszczają okolic gdyńskiego portu. Co więcej, jak usłyszeliśmy od armatorów, w gotowości pod telefonami są kolejni z nich z całego Pomorza. W razie konieczności są skłonni dołączyć do protestu. Na armatorów nie robią też wrażenia ewentualne kary, mogące ich spotkać w przypadku zablokowania portu oraz potencjalne działania Straży Granicznej i Marynarki Wojennej w celu udrożnienia dróg żeglugowych.

- Najwyżej mnie zamkną, ale wtedy będę miał przynajmniej wikt i opierunek - tłumaczy obrazowo Waldemar Giżanowski. - To i tak lepiej, niż teraz, kiedy nie mam czego do garnka włożyć. Obecnie nie mamy już nic do stracenia.

Klaudia Busz, armator jednostki Haller Władysławowo, mówiła w Gdyni, że przedstawiciele reprezentowanego przez nią środowiska, choć możliwości zarobkowania pozbawieni zostali już cztery miesiące temu, dotychczas "byli cicho" i zamierzali prowadzić rozmowy.

- Dostawaliśmy informacje, że wszystko będzie załatwione do końca marca i nie zostaniemy pozostawieni bez środków do życia - mówi Klaudia Busz. - Wysyłałam wiele pism w różne miejsca, w tym także do prezydenta RP. Jedni odsyłają jednak nasze wnioski drugim, krążą one między ministrami i kancelariami, a pomocy nie ma. Wymówką jest obecnie koronawirus, ale my już tego nie kupujemy. Mamy dość obietnic i mydlenia oczu. Jesteśmy tu dziś dlatego, bo zostaliśmy zmuszeni do protestu. Wkrótce co niektórzy się przekonają, że nie warto zabierać człowiekowi wszystkiego, co ma i na co pracował przez całe życie. Kiedy bowiem się to zrobi, taka osoba jest zdolna do każdej rzeczy. Mam czwórkę dzieci i nie mam za co żyć. Komornik puka mi do drzwi. Co ja mam w takiej sytuacji zrobić? Zamierzamy protestować do skutku. Pomagają nam nawet armatorzy z zagranicy. Dla przykładu ci z Islandii zafundowali części z nas paliwo, bo jesteśmy już w tak tragicznej sytuacji, że niektórzy z nas nie mieliby nawet za co przypłynąć do Gdyni, lub kupić sobie prowiantu.

Protest rybaków. Armatorzy trudniący się wędkarstwem dorszow...

Niezdrowe produkty wciąż polecane jako korzystne

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie