Jezus Chrystus jest supergwiazdą! Co zobaczył papież w Gdyni?

Dorota AbramowiczZaktualizowano 
Napis na kominie Teatru Muzycznego w Gdyni był widoczny z ołtarza na skwerze Kościuszki S. Kitowski
Mija właśnie 20 lat od siódmej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski, podczas której odwiedził m.in. Sopot i Pelplin. Za kilka dni obchodzić będziemy 32 rocznicę pamiętnej wizyty papieża w Gdańsku i w Gdyni. Te dwa czerwcowe spotkania z Ojcem Świętym łączyła podobna, wielka manifestacja wiary i poczucie wspólnoty milionów Polaków. Różnił je za to istotny kontekst - w 1999 roku była to inna, już wolna Polska.

W tamtą słoneczną sobotę 6 czerwca 1999 roku już od rana na sopocki hipodrom ciągnęły tłumy. Ludzie cierpliwie czekali na ulicach, wypatrując białego papamobile. Grupy wiernych dojeżdżały nie tylko z całego Trójmiasta, ale także z odległych miejscowości.

Pielgrzymowali również rybacy, którzy już o godzinie 10 rano wypłynęli z portu w Jastarni. Dziesiątki kutrów, łodzi rybackich, rufy, łodzie motorowe i żaglowe, a nawet stare pomeranki zabierały całe rybackie rodziny, ich przyjaciół i sąsiadów ubranych w tradycyjne kaszubskie stroje na spotkanie z Ojcem Świętym. Mieczysław Konkol, szef Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego w Jastarni, działający w komitecie organizacyjnym morskiej pielgrzymki, tłumaczył dziennikarzom, jak ogromnym logistycznym wyzwaniem była podróż do Sopotu. Bez wcześniejszych prób wszystkie łodzie na zatoce miały utworzyć kształt krzyża i w takim ordynku popłynąć aż do sopockiego mola. Określono miejsce każdej jednostki, ustalono zasady łączności między nimi. Tam, gdzie nie było łączności radiowej, korzystano z telefonów komórkowych.

Podczas morskiej pielgrzymki grała orkiestra, śpiewano pieśni kościelne. Około południa większość pielgrzymów zeszła na brzeg, a pozostali na kilkuset łodziach członkowie załóg mieli z morza obserwować mszę świętą.

Przybywający na hipodrom z daleka widzieli rozciągnięty ołtarz z szerokimi podestami. Marian Kołodziej, twórca dwóch papieskich ołtarzy (jego Okręt Kościoła z gdańskiej Zaspy, ustawiony w 1987 r., został uznany za najoryginalniejszy ze wszystkich papieskich ołtarzy), jeszcze przed przystąpieniem do pracy na sopockim hipodromie skarżył się redaktorowi Tadeuszowi Skutnikowi, że jest to teren „bagnem podszyty”. Tym razem artysta zaprosił do współpracy artystów ludowych. Jak pisał przed 20 laty w „Dzienniku Bałtyckim” red. Skutnik: „Na zaproszenie Mistrza Kołodzieja wynurzyły się jakby z tłumu wiernych i weszły na stopnie ołtarza świątki, przydrożne kapliczki, bożamęki. Przystanęły, gdzie im kazał. Żeby nie przeszkadzały widzeniu Trójcy Świętej, nie zasłaniały świetlistej teologii miłości”.

O godzinie 17.15 na hipodromie zgromadziło się około 700 tysięcy wiernych. Rozpoczęła się sopocka msza, koncelebrowana przez 200 kardynałów, arcybiskupów, biskupów i księży. Komunii udzielało aż 400 duchownych.

- Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej lub później stałem w takim tłumie - mówi Sławomir Kitowski, grafik, autor książek poświęconych Gdyni. - Doskonale jednak słyszałem słowa Ojca Świętego o tym, że nie ma solidarności bez miłości.

Jan Paweł II powiedział też: „Mam przed oczyma moje spotkanie z tym miastem i jego mieszkańcami przed dwunastu laty, zwłaszcza z chorymi w bazylice Mariackiej i ze światem pracy na gdańskiej Zaspie, a także z młodzieżą na Westerplatte czy z ludźmi morza w Gdyni. Noszę to wszystko głęboko w moim sercu. Jakże inny był to czas, patrząc z perspektywy historii. Inne doświadczenia i wyzwania, jakie wówczas stały przed Narodem. Wtedy mówiłem do was, ale też w jakiś sposób za was. Dziś jest inaczej”. I wtedy, jak wyznaje Sławomir Kitowski, wróciły wspomnienia o czerwcu 1987 roku i wizycie papieża w Gdyni.

Jak „ujawniono” Jezusa

W tym czasie Sławomir Kitowski był bliskim współpracownikiem dyrektora gdyńskiego Teatru Muzycznego Jerzego Gruzy, szefem reklamy i wydawnictw, twórcą plakatów.

Plakat do musicalu, wzorowany na całunie turyńskim, składał się z 1954 kwadratów - tylu, ile lat minęło od Ukrzyżowania S.Kitowski

- Zaplanowana 6 czerwca 1987, czyli pięć dni przed przybyciem papieża do Gdyni, premiera światowego musicalu „Jesus Christ Superstar” nie była oczywiście przypadkiem - wspomina Kitowski. - Już wiosną, kwadracik po kwadraciku, malowałem projekt plakatu inspirowany całunem turyńskim. Plakat składał się z 1954 kwadracików, tylu, ile lat upłynęło wówczas od ukrzyżowania Chrystusa. Zaprojektowałem też wielkie, kilkumetrowe litery, które zamierzaliśmy zawiesić na kominie teatru. Tak, by były one widoczne ze skweru Kościuszki, gdzie miał stanąć papieski ołtarz.

Do roli Chrystusa zaangażowano Marka Piekarczyka, któremu towarzyszył zespół TSA, a przedstawienie - ze względów formalnych - prezentowane miało być bez scenografii, jako próby otwarte z obecnością widzów.

- Dzień przed premierą, po cichu, żeby nikt się nie zorientował, zaczęliśmy montować litery - opowiada Sławomir Kitowski. - Najpierw pojawiły się mniejsze słowa „Rock Opera”, a potem nad nimi ogromny, podświetlony napis „Jesus Christ Superstar”. No i się zaczęło...

Małgorzata Sokołowska w książce „Dni bezmięsne, czyli umiarkowany optymizm w sprawie gumiaków” cytuje notatkę, która napłynęła do Służby Bezpieczeństwa: „Na gmachu Teatru Muzycznego w Gdyni od strony skweru Kościuszki ujawniono napis JESUS CHRIST SUPERSTAR. W toku podjętych czynności ustalono, że napis ten został umieszczony na polecenie dyrektora teatru ob. Gruzy i spełnia rolę reklamującą sztukę, która ma być wystawiona w najbliższym czasie (...)”.

Komu przeszkadzał napis?

Do dziś w teatralnych archiwach zachowało się pismo prezydenta Gdyni Zbigniewa Biernata nakazujące usunięcie z komina tytułu sztuki i zastąpienie go hasłem „Morze bogactwem narodu”. Proponowane hasło jakoś się w teatrze nie przyjęło, więc nadal próbowano naciskać na Jerzego Gruzę. Sławomir Kitowski pamięta, że interweniował Andrzej Kukiełka, sekretarz partii z Gdyni. Bezskutecznie.

- Wreszcie zadzwonił z żądaniem zdjęcia napisu sekretarz z KW PZPR Mieczysław Chabowski, ale jemu Jerzy Gruza też odmówił usunięcia liter - opowiada Sławomir Kitowski. - Po zakończeniu tej rozmowy postanowiliśmy z Gruzą - tak na wszelki wypadek - szybko opuścić teatr. Przy okazji okazało się, że gdzieś „zagubiono” klucz do włazu prowadzącego na dach. Tak naprawdę klucz cały czas trzymałem w kieszeni.

- Rzeczywiście tak wam przeszkadzał ten napis z Jesus Christ Superstar? - pytam Mieczysława Chabowskiego, który w 1987 r. jako wiceprzewodniczący Wojewódzkiej Rady Narodowej był z ramienia państwa szefem sztabu wizyty papieża w Trójmieście.

- Akurat nie nam przeszkadzał - twierdzi dzisiaj Mieczysław Chabowski. - Z tego, co pamiętam, pretensje do reklamy rock opery „Jesus Christ Superstar” miała grupa pań skupionych w radzie parafialnej przy parafii Najświętszej Marii Panny w Gdyni, której proboszczem był ks. Edward Wierzbowski. To z tamtej strony pojawiły się zastrzeżenia, że nie wypada, by papież z ołtarza na skwerze Kościuszki patrzył na ten napis. Podjąłem się mediacji, ale nic z tego nie wyszło, bo przecież Kitowski wyszedł z teatru i zabrał klucze do włazu.

- Kościół, w tym zwłaszcza hierarchowie, raczej nie miał zastrzeżeń do naszego przedstawienia - odpowiada Sławomir Kitowski. - Oglądali go prominentni przedstawiciele kleru, zachwycał się nim m.in. biskup Andrzej Śliwiński. Należy przy tym przypomnieć, że polska prapremiera zasadniczo różniła się od inscenizacji zachodnich. Brakowało nam pieniędzy na wystawną scenografię i kostiumy, więc ta asceza skupiała uwagę na słowach i genialnej muzyce. Oryginalne libretto i produkcje zachodnie kończyły spektakl na scenie śmierci Jezusa na krzyżu, ale reżyser Jerzy Gruza poszedł o krok dalej i dodał to, co jest istotą Wielkanocy - piękną, symboliczną scenę Zmartwychwstania.

Tak czy inaczej, zarówno papież, jak i pół miliona zgromadzonych podczas mszy na skwerze Kościuszki wiernych mogło zobaczyć reklamę rock opery oznajmiającą, że Jezus Chrystus jest supergwiazdą. Zdjęcia budynku Teatru Muzycznego w Gdyni pojawiły się we wszystkich poważnych serwisach prasowych na świecie.

Litery zdjęto dopiero po roku. Wykonane ze styropianu nie wytrzymały nadmorskich sztormów i zaczęły się zwyczajnie sypać.

Oddziałowa kontra lekarz wojewódzki

„Słyszałem od Was w Gdańsku: nie ma wolności bez Solidarności. Dzisiaj wypada powiedzieć: nie ma solidarności bez miłości. Więcej, nie ma przyszłości człowieka i narodu bez miłości, tej miłości, która przebacza, choć nie zapomina, jest wrażliwa na niedolę innych, która nie szuka swego, ale pragnie dobra dla drugich” .

Elżbieta Skowrońska w 1999 r. słuchała słów wypowiedzianych na sopockim hipodromie, oglądając relację w telewizji. Choć bardzo chciała, nie mogła uczestniczyć w mszy. Tego dnia pracowała, musiała zostać przy tych, którzy najbardziej jej potrzebowali - nieuleczalnie chorych. Być może dlatego szczególnie w serce zapadły jej słowa św. Jana Pawła II o miłości wrażliwej na niedolę innych. Do niej też wróciły wspomnienia.

- Dwanaście lat wcześniej otrzymałam możliwość uczestniczenia we wspólnej modlitwie Ojca Świętego z ciężko chorymi w kościele Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny - mówi pani Elżbieta, obecnie naczelna pielęgniarka Hospicjum im. ks. Eugeniusza Dutkiewicza w Gdańsku.

Miała wówczas zaledwie 23 lata, pracowała jako pielęgniarka anestezjologiczna w szpitalu przy ul. Klinicznej w Gdańsku Wrzeszczu. I od początku 1986 r. była wolontariuszką w hospicjum prowadzonym przez ks. Eugeniusza Dutkiewicza. - Poznaliśmy się przez spowiedź - wspomina. - Mieszkałam w hotelu dla pielęgniarek przy ul. Dębinki, a tam była właśnie parafia księdza Eugeniusza. I tak od słowa do słowa zdecydowałam się na pracę na rzecz pacjentów hospicjum. Były to pionierskie czasy, nasze hospicjum jako jedyne działało w Trójmieście.

Spotkanie papieża z chorymi w bazylice Mariackiej w 1987 r. Z prawej - ks. Eugeniusz Dutkiewicz, twórca gdańskiego hospicjum Z archiwum Fundacji Hospicyjnej

W „Dziejach pallotyńskiego hospicjum w Gdańsku” pod redakcją Piotra Krakowiaka i Anny Janowicz czytamy, że w tamtych czasach pod opieką gdańskiego hospicjum było stu pacjentów, a do Gdańska z całej Polski przyjeżdżali założyciele nowych hospicjów, by właśnie tu poznać zasady opieki nad nieuleczalnie chorymi pacjentami.

Ks. Dutkiewicz już rok wcześniej został zaangażowany w przygotowanie papieskiej wizyty i spotkania z chorymi oraz pracownikami służby zdrowia. Było to wielkie wyzwanie logistyczne - w bazylice Mariackiej należało znaleźć odpowiednie miejsce, by ustawić wózki i łóżka z cierpiącymi ludźmi, którzy mieli tu przyjechać z miejscowości w całej Polsce. Każdy chory musiał znaleźć się pod opieką jednej osoby - lekarza lub pielęgniarki.

- Kiedy ks. Dutkiewicz spytał, czy zechcę być taką opiekunką, zgodziłam się bez wahania - mówi Elżbieta Skowrońska. - A potem zaczęły się przygotowania. Na obecność w sektorze zero potrzebna była zgoda Służby Bezpieczeństwa. Nie byłam przesłuchiwana, ale wiem, że dokładnie zweryfikowano wszystkie moje dokumenty.

O mały włos pani Elżbieta nie spotkałaby się z papieżem Polakiem. Mimo wcześniejszej zapowiedzi, że w piątek, 12 czerwca, bierze urlop, niemalże w ostatniej chwili, na początku miesiąca, usłyszała od przełożonej, że ma stawić się tego dnia w pracy.

- Oddziałowa wiedziała, że zamierzam przenieść się do innego szpitala - mówi pani Elżbieta. - Wiedziała też, jak ważne było dla mnie to spotkanie w bazylice Mariackiej. Próbując mnie zatrzymać, postawiła więc wszystko na jedną kartę. Powiedziałam księdzu Dutkiewiczowi, że nie mogę iść do bazyliki. A to był już nie tylko mój problem, bo brakowało czasu, by znaleźć i zweryfikować kolejną pielęgniarkę do opieki nad chorymi.

- Coś wymyślę - odparł ks. Dutkiewicz.

Po kilku dniach do dyżurki weszła naczelna pielęgniarka szpitala. W obecności oddziałowej zwróciła się do Elżbiety: - Pani Elżbieto, dzwonił lekarz wojewódzki. Kieruje panią na spotkanie z papieżem do bazyliki Mariackiej w Gdańsku. Nie musi pani brać urlopu, to zajęcie w ramach obowiązków służbowych.

Mówił do mnie

Spod kościoła św. Stanisława we Wrzeszczu, po sprawdzeniu wykrywaczami metalu, Elżbieta, ubrana w strój pielęgniarki, wraz z innymi pracownikami służby zdrowia została przewieziona pod bazylikę. Opiekowała się młodą dziewczyną na wózku, która na spotkanie z Ojcem Świętym przyjechała z głębi Polski.

- Pamiętam łzy wzruszenia- mówi Elżbieta Skowrońska. - Papież pochylał się nad chorymi, z autentycznym przejęciem i zaangażowaniem wsłuchiwał się w ich słowa. Dla Ojca Świętego chory był podmiotem. Podszedł także do mnie i będącej pod moją opieką pacjentki. Byłam tak przejęta, że nawet ręki do Niego nie wyciągnęłam. Na tym spotkaniu wzruszyło mnie jeszcze jedno - słowa podziękowania skierowane do nas, do lekarzy i pielęgniarek. Miałam uczucie, jakby mówił to bezpośrednio do mnie, do młodej dziewczyny na początku drogi zawodowej.

Pięć lat później Elżbieta Skowrońska związała się na stałe z gdańskim hospicjum. Pracuje w nim do dziś.

polecane: FLESZ: Podział Mandatów po wyborach parlamentarnych

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie