Ewa Solska: Biorę tę obrączkę ze sobą

Irena Łaszyn
Ewa Solska (po prawej) ze starszą córką Hanną i zdjęciem męża na sopockim molu
Ewa Solska (po prawej) ze starszą córką Hanną i zdjęciem męża na sopockim molu Tomasz Bołt
Udostępnij:
Trzeciego dnia po pogrzebie męża dyrektor Ewa Solska wróciła do pracy w Wojewódzkim Centrum Onkologii. To była jej terapia. Nam opowiada o ułańskiej fantazji i złotych godach, Katyniu i historii, która zatoczyła koło...

Obrączkę przywiozła z Moskwy. Odebrała ją w Biurze Ekspertyz Sądowych, razem z innymi rzeczami Leszka, które 10 kwietnia 2010 roku miał przy sobie. Zachowały się dokumenty, saszetka z drobiazgami i "Pamiętniki znalezione w Katyniu", z zapiskami mjr. Adama Solskiego, stryja Leszka, na podstawie których Andrzej Wajda zrobił później film "Katyń".

Rzeczy były bardzo ubłocone. Myła je, czyściła, suszyła. A potem umieściła w specjalnym kartonie w Leszka pokoju. Obrączkę założyła na środkowy palec prawej ręki.

Jest złota, na wewnętrznej stronie napis: Lula, 1935.
- Lula to moja mama - tłumaczy Ewa Solska z Sopotu. - Tak się do niej ojciec zwracał, choć miała na imię Halina. Tata był Jan, ale mama mówiła do niego Dzidek i obrączkę z takim właśnie imieniem ona nosiła. Rodzice pobrali się w roku 1935.

Halina Janiczek, zwana Lulą, zginęła w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Jan Janiczek, zwany Dzidkiem, kapitan Pułku Strzelców Podhalańskich, trafił do niemieckiego oflagu w Lubece. Po wojnie znalazł się w Brazylii. Po raz pierwszy przyjechał do Polski, gdy jego córka Ewa miała 20 lat.
Umarł w Gdańsku, podczas kolejnej wizyty. Spoczął na cmentarzu Łostowickim. Przed śmiercią dał córce obrączkę z imieniem mamy, której nie zdjął przez całe życie.

- My z Leszkiem mieliśmy swoje obrączki - opowiada pani Ewa. - Ale kilkanaście lat temu zrobiły się za ciasne. Ja założyłam więc obrączkę męża, a on tę po moim ojcu. Miał ją na palcu, gdy leciał prezydenckim samolotem na grób swojego ojca i stryja, w 70. rocznicę katyńskiej tragedii.

Z ułańską fantazją

Poznali się z Leszkiem w Gdańsku Oliwie, gdy przyjechała tu ze Śląska na wakacje. Zaczął ją namawiać, żeby się przeniosła do Gdańska.

Tworzyli piękną parę. Na zdjęciach z tamtego okresu wysoki, przystojny szatyn wpatruje się w delikatną blondynkę, dużej urody. Pobrali się w 1958 roku, gdy jeszcze była studentką medycyny.
Dwa lata temu obchodzili hucznie złote gody.

- Leszek miał ułańską fantazję, lubił się bawić, brylować, kochał ludzi - opowiada. - W hotelu nad morzem zorganizował przyjęcie na 50 osób, ściany wytapetował naszymi zdjęciami, przed dom zamówił bryczkę z końmi. To była niespodzianka. Tak mnie zaskoczył, że nie chciałam do tego pojazdu wsiadać.
Hania Deczkowska, starsza córka Ewy i Leszka Solskich, opowiada inną rodzinną historię, ze sobą w roli głównej. Miała wtedy dwa tygodnie, jeszcze była w szpitalu, bo mama po porodzie chorowała, gdy tata doszedł do wniosku, że małej będzie lepiej w domu. Z nim. Podobno w szpitalu za bardzo płakała. Do pomocy przy niemowlaku zaangażował pół biura, w którym wtedy pracował. Dał sobie radę.

Zawsze się nią zajmował, woził na basen, cieszył się jak dziecko, gdy zdobyła mistrzostwo Polski w pływaniu. Ale najbardziej był dumny, gdy zdała na architekturę, o której i on skrycie marzył, choć poszedł na budownictwo na Politechnice Gdańskiej.

Hania i młodsza siostra Joanna, z rodzinami, mieszkają i pracują obecnie w Kanadzie.
- Z rodzicami byliśmy w nieustającym kontakcie - zapewnia Hania. - Oni przylatywali do nas, my do nich. A rozmawialiśmy często za pomocą Skype'a, e-maili, telefonu. Tata, gdy przeszedł na emeryturę, miał dużo czasu. Ledwie wstaliśmy i zaczynaliśmy się szykować do pracy, już nas witał.
Bardzo dbał, by dzieci i wnuczki miały kontakt z Polską. Cieszył się, gdy Marysia, starsza córka Joasi, przeczytała po polsku całą "Trylogię" i kiedy młodszą wnuczkę, na cześć Billewiczówny, rodzice nazwali Oleńką.

Gdy zginął, 19-letnia Marysia opowiadała o nim w kanadyjskim radiu. Mówiła o dziadku i o Katyniu.

Z szarfami do Katynia

Leszek Solski miał cztery lata, gdy musiał uciekać z mamą, przez zieloną granicę, z Baranowicz, gdzie wówczas mieszkali, do Warszawy. I niecałe pięć, gdy jego ojciec Kazimierz Solski, kapitan 13. Dywizjonu Artylerii Konnej, został rozstrzelany w katyńskim lesie. Kilka dni później, 9 kwietnia 1940 roku, zginął jego stryj Adam Solski, major 57. Pułku Piechoty.

- Po raz pierwszy poleciał do Katynia w 1989 roku, gdy w Polsce trwały obrady Okrągłego Stołu - przypomina Ewa Solska. - Razem z generałem Romanem Paszkowskim i księdzem prałatem Zdzisławem Królem, kanclerzem warszawskiej Kurii Metropolitalnej, który zginął razem z Leszkiem. Teraz się dziwię, że nie ma o tym wzmianki w książce Andrzeja Przewoźnika o katyńskich pielgrzymkach.

Już tego nie wyjaśni, bo Andrzej Przewoźnik też zginął.
Hania Deczkowska pamięta, że przed tym pierwszym wylotem do Katynia ojciec zatrzymał się u niej, bo ona wtedy jeszcze mieszkała w Warszawie. Razem przygotowywali biało-czerwone szarfy do wieńca, który miał złożyć. Szarfy były cztery: dla Kazimierza Solskiego, dla Adama Solskiego, dla Dionizego Krechowicza, dziadka pani Ewy, i dla krewnego Bartosza, męża Hani. Potem zdjęcie z tym wieńcem zamieścił "Przekrój".

Miał też ze sobą, jeszcze nieopublikowane, zapiski stryja. Córka stryja, też Ewa, właśnie otrzymała je z USA, od prof. Zbigniewa Brzezińskiego.

Kuzynka Ewa zmarła w listopadzie 2010 roku, kilka miesięcy po Leszku.

Nie ocalał

Pierwszy tydzień kwietnia, wraz ze świętami wielkanocnymi, spędzali w ubiegłym roku na Kubie. Wybrali się na wczasy całą rodziną, w osiem osób. To był pomysł Hani, która w tak nietypowy sposób chciała uczcić swoje urodziny.
- Było cudownie - wspomina.

Potem rodzice, przez Toronto, polecieli do Polski. Spieszyli się, bo pan Leszek, przed wyjazdem do Katynia, jeszcze musiał odebrać wizę.

- Niektórzy mnie pytają, czy nie mogłam mu tego wyjazdu zabronić - mówi pani Ewa. - A ja sobie nie wyobrażam, żebym mogła zakazać mu czegoś, na czym mu tak bardzo zależało. Katyń był dla niego miejscem szczególnym, a ten wyjazd wielkim marzeniem.

W kwiaciarni w Sopocie Wyścigach zamówił kwiaty, spakował zdjęcia i publikacje o Katyniu, w piątek pojechał do Warszawy.

- Jeszcze chciał mnie zawieźć do pracy, ale tłumaczyłam, że to nie ma sensu, niech odpocznie przed podróżą - wspomina pani Ewa. - A teraz myślę, że powinnam się zgodzić. Może nie zdążyłby na ten samolot?

W sobotę, gdy pojawiły się informacje o katastrofie, ciągle miała nadzieję, że on był w Jaku-40, a nie - w prezydenckim samolocie. Przecież nie był nikim ważnym - powtarzała sobie - leciał na grób ojca i stryja. A potem łudziła się, że to właśnie jej mąż był w tej trójce, która rzekomo ocalała.
Niestety, nie było żadnej trójki, nikt nie ocalał.

W poniedziałek, razem z Hanią, poleciała do Moskwy na identyfikację. Tam go zobaczyła.
- Chciałam tego - wyjawia. - Tam go zobaczyłam. Leszek był wśród 14 osób, które wstępnie zidentyfikowano. My dużo podróżowaliśmy, zawsze więc mieliśmy przy sobie kopie paszportu, na wypadek, gdyby się coś stało. I ta kopia okazała się bardzo pomocna, bo przed wylotem zabrano im wszystkim paszporty, złożono w jednym miejscu.
Ewa Solska jest lekarką. Myślała, że będzie silniejsza. Ale tam, w Moskwie, nie była, bo ktoś, kto tego nie zobaczył i nie przeżył, nie zrozumie bezmiaru smoleńskiej tragedii.

Zabrała tę kopię paszportu i inne odzyskane drobiazgi. Leszek wrócił do Polski 15 kwietnia, tydzień później, w czwartek 22 kwietnia, został pochowany na cmentarzu Srebrzysko.

- Przesunęliśmy termin pogrzebu, bo z powodu wybuchu islandzkiego wulkanu młodsza córka z rodziną nie mogła dolecieć z Kanady - mówi. - Dotarli do Trójmiasta w ostatniej chwili, w środę wieczorem.

Żadnej czerni

W poniedziałek, 26 kwietnia, już była w Wojewódzkim Centrum Onkologii w Gdańsku. Tłumaczyła, że nie może sobie pozwolić na histerię i zostawić rozgrzebanych spraw. Zwłaszcza że nie było już Leszka, który jej we wszystkim pomagał i - jak to inżynier - czuwał nad rozbudową obiektu.
Tak naprawdę praca była jej terapią, a współpracownicy - wielkim wsparciem.
Gdy wracała do domu, próbowała porządkować zdjęcia, dokumenty i te stosy papierzysk, które zgromadził jej mąż. Dopiero po jego śmierci dowiedziała się, jak wieloma sprawami Leszek się zajmował.

- Czy pani wie, że zabiegał o zbudowanie kaplicy ekumenicznej na terenie stadionu PGE Arena? - pyta zdumiona. - Właśnie znalazłam pismo podpisane przez arcybiskupa Sławoja Leszka Głódzia, że zgadza się temu przedsięwzięciu patronować.

Ciągle ktoś dzwoni, pyta o Leszkowe pomysły, a ona próbuje to ogarnąć. I pochować do kartonów to, co ważne. Katyńskie publikacje, rodzinne pamiątki, tysiące zdjęć z podróży. Przez te ostatnie 20 lat, gdy byli tylko we dwoje, ciągle fruwali po świecie. Meksyk, Kambodża, Wietnam, Australia, Izrael, USA, Egipt.

Żyli intensywnie, bo Leszek inaczej nie potrafił. Przed telewizorem się nudził. Ale czasem siadał z nią na kanapie przed ekranem. Dziś, naprzeciwko tej kanapy, jest jego zdjęcie. Dużo zdjęć. A w wazonie - czerwone tulipany.

Nie chodzi w czerni, bo tego koloru Leszek nie lubił, wybiera biel i granaty. Stara się nie mazać, tłumić złe emocje i uśmiechać. Jej mąż był radosnym człowiekiem, wolał tańczyć niż płakać, próbuje mu dorównać. Czasem jednak łapie się na tym, że gdy coś stuknie czy zaskrzypi, ona odruchowo unosi głowę, z nadzieją, że to on wraca.

Niedawno uporządkowała sprawy na Srebrzysku. Obok grobu Leszka zostały złożone, przeniesione z cmentarza Łostowickiego, prochy jej ojca. A na płycie z granitu kazała dopisać imię mamy, która nigdy grobu nie miała. W tym roku, po raz pierwszy, na symbolicznej mogile położyła czerwoną różę, w rocznicę jej śmierci.

Jutro, już po raz drugi, poleci z córką i zięciem do Smoleńska i Katynia. W październiku chcieli się pomodlić i dokończyć podróż, której Leszek nie dokończył. Teraz chcą się pomodlić i poszukać ukojenia. Dotknąć tej ziemi i zamknąć kolejny rozdział.
Na palcu lewej ręki będzie mieć obrączkę Leszka, na palcu prawej - obrączkę z napisem: Lula, 1935. Tę, która była w oflagu, w Brazylii, w prezydenckim samolocie i w Moskwie. Była z nim, a teraz jest z nią.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

W
Wioletta.
Co to za osoba?
Emocjonalne szambo. Swoje pamiątki po mężu czci a blizniemu (Jaroslawowi Kaczynskiemu)nie da kopi ostatniego zdjecia żyjącego jeszcze brata. Popatrz na to po prostu po ludzku ,,człowieku"
Brak słów.
V
Viki
Moja rodzina jest tez ofiara tamtych czasow-Katyn.Pieknie wspomina Pani swego meza.Ja nosze bursztynowe korale mojej mamy.One dodaja mi sil na codzien.Pozdrawiam serdecznie Pani Ewo.
Więcej informacji na stronie głównej Dziennik Bałtycki
Dodaj ogłoszenie