Brzmienie Sopotu. Miasto muzyki, muzyka w mieście. 120 lat muzycznej historii kurortu

Stanisław Balicki
Stanisław Balicki
„Fantazja Sopocka” Jana A. P. Kaczmarka staje się kolejnym fragmentem muzycznej mozaiki tworzącej brzmienie nadmorskiego miasta
„Fantazja Sopocka” Jana A. P. Kaczmarka staje się kolejnym fragmentem muzycznej mozaiki tworzącej brzmienie nadmorskiego miasta Karolina Misztal
Udostępnij:
Sopot zapisuje kolejną kartę w swojej muzycznej historii. 16. października miała miejsce premiera „Fantazji Sopockiej”, utworu dedykowanego miastu na 120. urodziny przez Jana A. P. Kaczmarka, laureata Oscara za muzykę do filmu „Marzyciel”. Muzyka zabrzmiała w miejscowości zwanej przed II wojną światową Bayreuth Północy ze względu na festiwal wagnerowski, tu gdzie po wojnie z katakumb wychodził polski jazz, gdzie bigbitowe początki miała krajowa popkultura a festiwal piosenki był największą taką imprezą w całym bloku wschodnim.

Tego co wydarzyło się w historii muzycznej miejscowości, która od 120 lat ma prawa miejskie mogłoby Sopotowi pozazdrościć niejedno miasto starsze i większe. Wie to kompozytor, który zrządzeniem losu trafił tu 2 lata temu, by zostać na dłużej niż chwilę.

- To wszystko wpływało na mnie, Sopot jest wyjątkowym miastem, jeśli chodzi o obecną w nim muzykę, ale wielu rzeczy nie wiedziałem. Przede wszystkim nie wiedziałem, że to takie stosunkowo małe miasto – mówi Jan A. P. Kaczmarek, którego „Fantazja Sopocka” zabrzmiała podczas koncertu na 120-lecie miasta w Grand Pavillionie sopockiego hotelu Radisson Blu. - Pierwsze skojarzenie to duży kurort, owszem taki jest, z tłumem ludzi, z światowym powiewem i przewiewem. Jednak tak naprawdę to jest urocze miasto, gdzie się dobrze żyje. Podchodzę do Sopotu bardzo osobiście. Utwór nie ma nawiązań do rodzącego się tu polskiego jazzu, popkultury, za to starałem się wydobyć z Sopotu, wyekstrahować, esencję tego miasta. To miejsce bardzo inspirujące, harmonijne, poprzez morze, którego bliskość stabilizuje otoczenie. Te szczegóły były dla mnie odkryciem – przekonuje.

Przedmiotem badań i możliwych odkryć może też być to, jaka muzyka brzmiała w sopockich rezydencjach gdańskich patrycjuszy, w domu zdrojowym stworzonego przez Jana Jerzego Haffnera kurortu, czy Sopot i Dworek Sierakowskich odwiedził Fryderyk Chopin, gdy spędzał wakacje w pomorskich posiadłościach tej arystokratycznej rodziny z hrabią Kajetanem, swoim przyjacielem. Pewne jest, że jeszcze we wsi rybackiej a już popularnym kurorcie w XIX wieku ludowa muzyka kaszubska mieszała się z kompozycjami granymi ku przyjemności kuracjuszy przez promenadowe zespoły i orkiestry.

Międzywojnie

Jeszcze w 1909 roku w śródleśnej sopockiej dolinie zorganizowana została plenerowa scena z naturalnie ukształtowaną widownią. Od wystawienia tam „Obozu nocnego w Grenadzie” Conradina Kreutzera rozpoczęła się wielka popularność Waldoper – Opery Leśnej. Od 1922 roku w operze wystawiane były już wyłącznie dramaty muzyczne Ryszarda Wagnera, na festiwal zorganizowany na podobieństwo tego w Bayreuth przyjeżdżały najlepsze niemieckie orkiestry i soliści operowi. Przedstawieniom towarzyszył kilkusetosobowy amatorski chór sopocian i gdańszczan.

Muzykował również polski żywioł w Sopocie. W tym samym roku co Opera Leśna powstał w mieście chór „Lutnia”. W czasach Wolnego Miasta Gdańska chór, wtedy ponad stuosobowy, znalazł stałą siedzibę w nieistniejącym już Domu Polskim, miejscu m.in. z dużą salą koncertową, gdzie tętniło życie sopockiej Polonii.

W gęstniejącej atmosferze przed nadchodzącą wojną w Operze Leśnej nie pozwolono Kazimierzowi Wiłkomirskiemu, opiekującemu się chórem i szefującemu Polskiemu Konserwatorium Muzycznemu Macierzy Szkolnej w Gdańsku, zorganizować koncertu pamięci zmarłego w 1937 roku Karola Szymanowskiego. Po wybuchu wojny wielu chórzystów sopockiej „Lutni” zginęło w niemieckich obozach koncentracyjnych. Przeżył Lubomir Szopiński, Kaszub, dyrygent chóru, który w obozach organizował konspiracyjne koła śpiewacze.

Odrodzenie

Sopot stał się zaraz po zakończeniu wojny miejscem tętniącym życiem artystycznym. Podobnie jak plastycy określani później jako „szkoła sopocka”, muzycy repatriowani z kresów wschodnich, czy nie mający gdzie wracać w ruiny Warszawy, zasiedlili ulicę Obrońców Westerplatte. To m.in. pianista Władysław Walentynowicz, skrzypek Stefan Herman, baryton i muzykolog Roman Heising. 29 września 1945 w prowizorycznie wyremontowanym po zniszczeniach wojennych Domu Polskim pierwszy koncert dała założona w Sopocie Filharmonia Bałtycka. W krótkim czasie sopockie środowisko zorganizowało szkolnictwo muzyczne wszystkich stopni. Państwowa Wyższa Szkoła Muzyczna dopiero w 1966 roku przeniosła się do Gdańska.

Opera Leśna zaraz po wojnie była wykorzystywana sporadycznie. Jeszcze przed przeniesieniem z Sopotu do Gdańska grywała tu Filharmonia Bałtycka, występowały „Mazowsze” i „Śląsk”.

Jazz

Festiwal Jazzowy w Sopocie pojawił się w momencie gdy jeszcze nie było wcale oczywiste, że promocja zakazanej dotąd muzyki amerykańskiej nie spowoduje kłopotów.

- To było po wydarzeniach czerwcowych w Poznaniu w 1956 roku ale jeszcze przed „odwilżą październikową” – opowiada Wojciech Fułek, pisarz, poeta, autor słuchowisk radiowych i dokumentalista. - Franciszek Walicki był pomysłodawcą. Pojechał do Warszawy, do znanego sobie jeszcze sprzed wojny Leopolda Tyrmanda, razem wymyślili koncepcję organizacyjną, którą Walicki zrealizował na miejscu. Tyrmand zapowiadał wszystkie koncerty, festiwal trwał tydzień – opisuje.

To było pierwsze „dziecko” Franciszka Walickiego, legendarnego „ojca chrzestnego” polskiej popkultury. Przez pewien okres mieszkał w Sopocie, z kolejnymi organizowanymi inicjatywami i zespołami wracał tu jeszcze wiele razy. Pierwszy festiwal jazzowy w bloku wschodnim był miejscem wyjścia tej muzyki z katakumb stalinizmu.

- Debiutował tu Sekstet Krzysztofa Komedy z Jerzym Milianem i Janem „Ptaszynem” Wróblewskim, za rok Komeda wrócił z zespołem i utworem „Blues for Sopot”. Spektakularna kariera Komedy zaczęła się właśnie od pierwszego festiwalu. To była też pierwsza wizyta za żelazną kurtyną zachodnich muzyków jazzowych jak Dave Burman Jazz Group czy, rok później, niedawno zmarły Big Bill Ramsey, który grał pierwsze rockandrolle w Polsce. To też był przełom dla Walickiego, którego zainteresowania muzyczne poszły w tym kierunku – opowiada Wojciech Fułek.

Jeszcze na wiosnę 1958 roku przygotowywana była trzecia edycja festiwalu. Skończyło się jednak na planach, w tym samym roku w Warszawie odbyło się pierwsze Jazz Jamboree z nazwą wymyśloną przez Tyrmanda.

Bigbit

W 1961 roku Franciszek Walicki zorganizował w Sopocie letnią scenę muzyczną, legendarny Non Stop. Wojciech Fułek, który przyjaźnił się z Walickim, opowiada:

- I Czerwono-Czarni i Niebiesko-Czarni założeni przez Franka byli gospodarzami Non Stopu. Później – Czerwone Gitary, bardzo sopocki zespól, Seweryn Krajewski spędził tu przecież dzieciństwo, chodził do szkoły muzycznej. Wszyscy panowie z pierwszego składu zespołu poznali swoje przyszłe żony w sopockim Non Stopie. To tam powstała piosenka „Historia jednej znajomości” w której miasto jest sportretowane.

W Sopocie pomieszkiwały i występowały w trzech kolejnych lokalizacjach Non Stopu gwiazdy bigbitu. Muzyka, kryjąca pod tą nazwą, wymyśloną przez Walickiego, rockandrollowe, niewygodne dla komunistycznej propagandy korzenie, ewoluowała na deskach sopockich Non Stopów ku rockowi. To tu zaczynała się kariera Czesława Niemena, grały Trzy Korony Krzysztofa Klenczona czy Breakout.

Sopot jeszcze raz stał się za sprawą Franciszka Walickiego krajowym prekursorem trendów muzycznych, gdy w latach 70. zorganizował on w sali turystycznej Grand Hotelu Musicoramę, pierwszą w Polsce dyskotekę.

Festiwale

W tym samym roku, gdy ruszył Non Stop, pierwszą edycję miał Międzynarodowy Festiwal Piosenki. Choć pomysł Władysława Szpilmana związany był z Operą Leśną, trzy pierwsze festiwale z powodu obaw o złą pogodę odbyły się w gdańskiej Hali Stoczni. Dopiero po nakryciu dachem opery w 1964 sopocki festiwal zaczął się odbywać w Sopocie.

- Pierwszą laureatką była Irena Santor, zdobyła Bursztynowego Słowika za „Walc Embarras” – opowiada Wojciech Fułek. - Tu zaczynały się międzynarodowe kariery Karela Gotta, Heleny Wondraczkowej. W 1970 roku gwiazdą festiwalu była Joan Baez z USA. Dziewczyna z koralikami we włosach, ubrana po hipisowsku, boso na scenie, z gitarą. Miało to być okno na świat polskiej piosenki a jednak czasem okazywało się, że to jest nasze okno na wolny świat w „żelaznej kurtynie” – zaznacza.

Festiwale były organizowane z rozmachem, wykonawcom konkursowym i gwiazdom akompaniowały dwie orkiestry, dyrygowali nimi m.in. Stefan Rachoń i Henryk Debich. W Sopocie wybrzmiewał po raz pierwszy „Dziwny jest ten świat” Czesława Niemena, to tu po 12 latach w 1979 artysta wrócił, wgrywając festiwal piosenką „Nim przyjdzie wiosna”. Sopocki festiwal stał się największą tego typu imprezą w krajach bloku wschodniego, oglądaną w wielu miejscach świata dzięki transmisjom telewizyjnym. Cała Polska przed telewizorami komentowała kreacje gwiazd i osobliwe wykonania polskich piosenek, co było jednym z obowiązkowych elementów konkursu dla uczestników z zagranicy. Wojciech Fułek przytacza dowcip krążący w czasach świetności festiwalu o tym, że to w Sopocie powstało RWPG: Rodowicz, Wondraczkowa, Pugaczowa, Gott. Realia tamtych czasów powodowały, że było silne oczekiwanie polityczne na sukcesy wykonawców z ZSRS. Jednak Ałła Pugaczowa wygrała festiwal w 1978 przebojem „Wsio mogut koroli” i zdobyła autentyczną popularność, podobnie jak Tamara Miansarowa w 1963 z mającą dziecięcy urok pacyfistyczną piosenką "Pust' wsiegda budiet sołnce". Do Sopotu jako gwiazdy przyjeżdżali m. in. Demis Roussos, pamiętany też z tańca na scenie, do którego porwał prowadzącą koncert Irenę Dziedzic, czy zespół Boney M. będący w momencie występu u szczytu światowej popularności. Po czterech festiwalach Interwizji, do 1980 roku, które miały być odpowiedzią bloku wschodniego na konkurs Eurowizji, w następnym roku w ogarniętym strajkami i kryzysem kraju, sopockiego festiwalu nie zorganizowano. Dopiero po stanie wojennym, w 1984 tradycja wróciła. Gwiazdą pierwszego festiwalu po przerwie był Charles Aznavour. Wrócił rozmach.

- Jako dyrygent miałem do zapamiętania jakieś 90 utworów – opowiada Aleksander Maliszewski, lider Alex Bandu towarzyszącego wykonawcom od 1984 roku. - Zaczyna się koncert, transmisja na żywo, otwieram partyturę, pada nazwisko wykonawcy i... czarna dziura! Nie mam w głowie tego utworu, nie wiem jakie ma tempo... Ryzykując, nadałem średnie tempo orkiestrze ale po pierwszych dźwiękach się zorientowałem, chyba było ciut za wolno, przyspieszyłem i już było ok. Na następnych festiwalach już miałem sposób: metronom, tempo zaznaczone na partyturze, gdy konferansjer zapowiadał wykonawcę wszystko było pod kontrolą - wspomina dyrygent Alex Bandu.

Big band Maliszewskiego była doceniany za ogrom wykonywanej pracy, którą wcześniej dzielono między dwie na przemian akompaniujące orkiestry. Sam lider ocenia festiwale z lat 80. jako najintensywniejszy i najbardziej twórczy okres swojej działalności. Jednak sopocki festiwal jest dla niego ważny również z innego powodu.

- Jedno wspomnienie, chyba najważniejsze. W 1984 roku, gdy grałem jeszcze równolegle z orkiestrą Jerzego Miliana, z nimi występował duet Halina Benedek i Marco Antonelli z piosenką „Frontiera” - opowiada Malszewski. - W Grand Hotelu, na śniadaniu, po raz pierwszy mijaliśmy się z Halinką. Jakiś czas później szukałem dla Krzysztofa Krawczyka dziewczyn do chórku. Halinka przyszła. Do chórku nie została przyjęta... Wszystkie dziewczyny przesłuchałem po 5 minut, z Halinką przegadaliśmy ponad godzinę. Powiedziałem jej że nadaje się na karierę solową i tak się zaczęło... do dzisiaj jest moją małżonką.

W konkursie festiwalowym dopiero w tamtym okresie udało się nawiązać konkurencję z zachodem Europy. W 1985 Sopot wygrali laureaci Eurowizji z poprzedniego roku.

- Herreys, trzej młodzi, energiczni. Za rok przylecieli kolejny raz już jako gwiazdy festiwalu. Nie było czasu na próby, byli na miejscu 2-3 godziny przed samym koncertem. Partyturę przywieźli ze sobą pod pachą, rozdaliśmy orkiestrze nuty, zagraliśmy a-vista i nikt się nie zorientował. Muzycy widzieli te nuty na koncercie po raz pierwszy! To było potem w środowisku docenione, ten kunszt orkiestry – wspomina Maliszewski.

Po upadku komunizmu festiwal kilka lat walczył jeszcze skutecznie o popularność pod szefostwem Wojciecha Korzeniewskiego, stopniowo jednak wygasła ona po tym, gdy organizację powierzono kolejnym telewizjom a impreza stała się jedną z wielu atrakcji koncertowych, produkowanych na potrzeby transmisji.

Filharmonia

W 1982 roku powstała Orkiestra Kameralna Wojciecha Rajskiego, obecnie znana jako Polska Filharmonia Kameralna Sopot.

- Pojawiliśmy się w Sopocie 40 lat temu, jako grupa młodych muzyków, zapaleńców, którzy chcieli uprawiać muzykę kameralną. W Bałtyckiej Agencji Artystycznej dostaliśmy niewielkie pensje, pomoc organizacyjną i zaczęliśmy grać. Tułaliśmy się po różnych miejscach, dopiero po latach, za czasów prezydenta Jana Kozłowskiego, wybudowano nam salę koncertową na terenie Opery Leśnej. Wtedy zaczęło się regularne koncertowanie w Sopocie. Podróżujemy z muzyką po całym świecie, ale tu osiedliśmy, tu jest nasze gniazdo i zawsze będziemy tu wracać – mówi prof. Wojciech Rajski.

Filharmonia od 11 lat organizuje też międzynarodowy festiwal Sopot Classic, dzięki któremu muzyka poważna na stałe wróciła do Opery Leśnej. To właśnie zespół filharmonii wykonał po raz pierwszy „Fantazję Sopocką” Jana A. P. Kaczmarka. Wszystkim sopocianom filharmonicy prof. Rajskiego znani są z nagrania melodii, która codziennie w południe rozbrzmiewa z wieży zakładu balneologicznego.

Hejnał

Choć w świadomości mieszkańców miasta pojawił się przy okazji obchodów stulecia w 2001 roku, jest o kilkanaście lat starszy i ma zabawną historię. Konkurs na hejnał został rozpisany w związku z obchodami 700-lecia pierwszej wzmianki w kronikach o wsi Sopot w 1983 roku. W jury zasiadali nestorzy sopockiego środowiska muzyki poważnej, wspominani wcześniej profesorowie wyższej szkoły muzycznej, Roman Heising i Władysław Walentynowicz.

- Profesor Heising zaproponował mi: „Panie Tadeuszu, macie taki fajnie brzmiący kwartet dęty a my potrzebujemy kogoś by zaprezentował kompozycje konkursowe. Może by pan też skomponował fanfarę, żeby uroczyście otworzyć konkurs, potem będą przesłuchania i tą samą fanfarą konkurs zamkniemy.” - opowiada Tadeusz Kassak, wcześniej student prof. Heisinga, ówcześnie koncertujący już ze swoim kwartetem. - Ja taką rzecz napisałem i koniec końców było tak, że otwieramy fanfarą, odgrywamy poszczególne propozycje, pomiędzy nimi proszono wszystkich o wyjście i jury się naradzało. Skończyły się kompozycje konkursowe, przychodzi sekretarz jury i prosi, żebyśmy zagrali to, co było na początku. Znowu wychodzimy, znów się naradzają, poproszono nas jeszcze raz by zagrać tę moją fanfarę. W końcu przychodzi profesor Heising i tak jakby trochę tłumacząc się mówi: „Wie Pan co? Myśmy tak tu uradzili i tak wyszło, że to pańskie jest najlepsze.” I tak ta moja fanfara na „dzień dobry” i „do widzenia” została hejnałem Sopotu – śmieje się Tadeusz Kassak.

Wtedy, na początku lat 80. kompozycja nie miała szczęścia, jej zapis nutowy trafił do szafy w sopockim magistracie i kilkanaście lat leżał tam zapomniany. Przearanżowany z kwartetu dętego na smyczkowy jest używany dopiero od przełomu wieków.

Fantazja

Czy utwór Jana A. P. Kaczmarka stanie się kolejnym elementem muzycznej historii Sopotu? Ciekawa jest już sama historia jego powstania.

- Zabłądziłem tutaj na koniec 2019 roku i wtedy właśnie zamknięto granice, świat stanął, osadziła mnie tu pandemia – opowiada kompozytor. - I tak stałem się sopocianinem, osiadłem tu, z radością wracam. Ten utwór nie jest przypadkiem, bo nic nie jest przypadkiem. Po raz drugi ożeniłem się 8 października, okazuje się, że Sopot ma tego dnia urodziny. Wojciech Rajski, znakomity dyrygent, inicjator zamówienia wiedział, ale zamawiający utwór na jubileusz, prezydent miasta, pewnie nie wiedzieli, że mam już tyle wspólnego z Sopotem. Miasto na mnie świetnie działa, dobrze mi się tutaj tworzy, mam taką rześkość w sercu, gdy tu jestem.

Z Wojciechem Rajskim, który ze swoją filharmonią wykonał „Fantazję Sopocką”, rozmawialiśmy w momencie rozpoczęcia przygotowań do koncertu.

- Mieliśmy właśnie pierwszą próbę. Każdy rozpoznawalny kompozytor ma swoje typowe zwroty, coś co u słuchaczy buduje wrażenie charakterystycznego stylu. Jest w tej muzyce taki oddech muzyki filmowej, ilustracyjnej, to bardzo optymistyczna kompozycja, zdecydowanie rozpoznaje się w niej Jana A. P. Kaczmarka. Jeśli dobrze wsłuchamy się w tę muzykę – wysłyszymy szum morza, syreny statków czy krzyk sopockich mew – opowiada dyrygent.

Kompozytor zdradza jeszcze jeden szczegół na temat utworu na 120-lecie nadania praw miejskich Sopotowi:

- Może to zabawne, ale zainspirował mnie też hejnał Sopotu grany codziennie w południe z latarni morskiej. Ma jedną wspaniałą cechę, jest radosny. Ma tę energię, za którą polubiłem Sopot. Nie słychać w nim trudnej historii. Jest za to dawka pogodnej energii. Fantazję Sopocką otwiera prosta melodia pozytywki, która wchodzi w dialog, jest jakby odpowiedzią na hejnał. A dalej... Zapraszam do posłuchania, zobaczymy, czy się spodoba. W tych sprawach Pan Bóg kule nosi, my kompozytorzy tylko stajemy na placu boju i przeistaczamy się w Jego medium, przez które przechodzą te wszystkie wichry emocji. – mówi Jan A. P. Kaczmarek.

I tak „Fantazja Sopocka” staje się kolejnym fragmentem muzycznej mozaiki tworzącej brzmienie nadmorskiego miasta.

Opisując czasy międzywojenne i pierwszy okres po wojnie korzystałem z „Bedekera Sopockiego” Franciszka Mamuszki.

Fight Raport odc.1

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie