Bolek i Lolek w prezydenckim ogrodzie

    Bolek i Lolek w prezydenckim ogrodzie

    Ryszarda Wojciechowska

    Dziennik Bałtycki

    Aktualizacja:

    Dziennik Bałtycki

    - Tak mnie jeszcze nigdy nie bolała ręka od witania się z gośćmi - mówił Lech Wałęsa podczas swoich sobotnich imienin.
    Były prezydent sprawiał wrażenie nieco zmęczonego i wyciszonego. Ale tym razem nie dał się sprowokować pytaniem o nieobecność braci Kaczyńskich. Odparł tylko, że to było do przewidzenia. - Chociaż ja jestem człowiek nadziei. I wierzę w cuda - stwierdził. O imieninowej fecie na ulicy Polanki

    Były już imieniny rozczarowania (to po przegranych wyborach Lecha Wałęsy na prezydenta, kiedy to przyszło tylko 40 osób). I były też imieniny pojednania z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim, na które przybyło ponad 600 osób. Tę sobotnią fetę można nazwać imieninami wsparcia - mówili sami goście.

    Jeszcze przed imprezą największe emocje budziła lista gości, podgrzewana kłótnią o "Bolka". Zainteresowanie wzmagało pytanie - kto będzie, a kto nie. Bo to tak, jakby być za albo przeciw.
    Większych niespodzianek jednak nie odnotowano. Licznie stawiła się Platforma Obywatelska, szczątkowo lewica. Prawo i Sprawiedliwość zbojkotowało zaproszenia.

    Tak więc tradycji stało się zadość. Po raz kolejny przy ulicy Polanki w Gdańsku bawiło się kilkaset osób. Kilkudziesięciu gapiów stało na ulicy, przyglądając się temu imieninowemu zamieszaniu. Tym razem tańców nie było.

    Goście rozeszli się po prezydenckim ogrodzie, przystając przy stołach z nadziewanymi prosiakami, indykami i strusiem oraz z wódką miodówką i piwem. Rozmawiano głównie o książce "SB a Lech Wałęsa", która ma już dzisiaj ukazać się w księgarniach. A także o tym, kto przyszedł, a kto nie. I kto wolał ten trudny czas dla Wałęsy przeczekać na boku.

    Polityka wisiała cały czas nad prezydenckimi ogrodami. I tylko Danuta Wałęsa próbowała męża odciągnąć od dziennikarzy, mówiąc stanowczo: - To nie jest polityczny dzień.

    Najważniejszym gościem był premier Donald Tusk, który tym razem kazał na siebie czekać półtorej godziny. - Platforma rzuciła na szalę swój najsilniejszy atut - jak żartowano w ogrodach.
    Premier mówił o solidarności z Lechem Wałęsą przez małe "s".

    - Kiedy przeżywa przykre chwile i mali ludzie chcą pomniejszyć jedną z wielkich postaci polskiej historii, to uważam, że przyzwoity człowiek powinien tu być.

    Stwierdził też: - Jeśli mi kogoś tutaj brakuje, to kolegów z IPN, pana Cenckiewicza i Gontarczyka albo przynajmniej od nich listu z życzeniami. Oni pierwsi powinni podziękować Lechowi Wałęsie, że mogą dzisiaj pisać książki zgodnie z własnym wyobrażeniem historii. Bo to jemu zawdzięczają. On im nie zawdzięcza nic.

    Na krótko razem z premierem zajrzał też minister Sławomir Nowak, z butelką papieskiego wina w prezencie.

    Danuta i Lech Wałęsowie przyjmowali życzenia od gości przez prawie dwie godziny. Niektórzy byłemu prezydentowi zamiast życzeń mówili:

    - Oby więcej było takich agentów jak pan. Inni życzyli mu jak najmniej żab na swojej drodze. Iwona Guzowska, posłanka z PO, przyniosła w prezencie swój mistrzowski pas w kickboxingu (z walki, która się zresztą nie odbyła). - Przyda się komuś, kto jest kopany poniżej pasa - powiedziała.

    A prezydent Wałęsa żartobliwie stwierdził, że musi się odchudzić, żeby ten pas przymierzyć.
    Aktorka Ewa Kasprzyk przyznała, że życzyła Lechowi Wałęsie ognia w walce i na znak tego ognia założyła dzisiaj czerwoną sukienkę.

    Maciej Zembaty śpiewał na zaimprowizowanej scenie piosenki Cohena, a jedną zmienił tak, że dotyczyła byłego prezydenta. Polarnik Marek Kamiński podarował solenizantowi swój kompas, który wiódł go na biegun północny, z komentarzem, aby wewnętrzny kompas prezydenta nadal prowadził go prosto.

    Na imieninach pojawił się poseł niezrzeszony (chociaż startował do parlamentu z list PiS) Maciej Płażyński, twierdząc, że on do Lecha Wałęsy przychodzi zawsze, jeśli tylko może. Demokratyczne Koło Poselskie stawiło się niemal w komplecie. Obecni i widoczni byli posłowie Bogdan Lis i Marian Filar.

    Lewica, tym razem reprezentowana wyjątkowo oszczędnie, tylko przez Marka Borowskiego z SdPl, który byłemu prezydentowi podarował wielką rybę z sentencją po łacinie, odnoszącą się do ostatniej wrzawy wokół "Bolka", a którą można przetłumaczyć tak: "zrobiłem ile mogłem, a ci, którzy mnie krytykują, niech zrobią więcej".

    Zainteresowanie wzbudziło przybycie byłego ministra Janusza Kaczmarka, który podczas tych imienin miał swoje medialne pięć minut, mówiąc między innymi, że on by doradzał Lechowi Wałęsie, żeby się procesował, bo jego zdaniem to wygrana walka. A nawet można by się było pokusić o postawienie zarzutów niektórym osobom, m.in. prezesowi IPN - sugerował.

    Hierarchowie kościelni przyszli razem. Przewodził im arcybiskup Sławoj Leszek Głódź, niezwykle enigmatycznie wyrażający się o ostatnich wydarzeniach wokół Lecha Wałęsy. Stwierdził tylko: - W moich relacjach z panem prezydentem to, co się dzieje, nic nie zmienia.

    Z metropolitą gdańskim przyszedł prałat Henryk Jankowski, który w sposób dość niezrozumiały tłumaczył swój obecny stosunek do byłego prezydenta.

    Ze starej prezydenckiej gwardii obecny był Andrzej Milczanowski, który zamiast życzeń mówił: - Wodzu, prowadź. Zauważono za to nieobecność (obecnego na wcześniejszych imieninowych fetach) Mieczysława Wachowskiego.

    Komentowana była też nieobecność marszałka Bogdana Borusewicza. Według jednych nie mógł przyjechać, ponieważ był za granicą. Inni twierdzili, że marszałek już w Polsce jest. Ale, jak to "Borsuk", woli stać z boku. I przeczekać tę całą historię.

    Lech Wałęsa otrzymał też w prezencie kilka książek, ściślej mówiąc atrap okładek, w których znajdował się alkohol. Przy kolejnym takim podarunku stwierdził, że z tych książek nie da się niczego dobrego wyczytać.

    Na liście prezydenckich prezentów były również złote spinki z lwem od premiera Tuska. Prezydent Sopotu Jacek Karnowski wręczył animowany film o Bolku i Lolku, czyli o dwóch najgłośniejszych agentach - jak sugerował ofiarodawca.

    Pojawiła się też w prezencie maczuga, stopery do uszu, żeby były prezydent już nie słuchał tego, co o nim mówią, i tomik poezji Wisławy Szymborskiej z osobistą dedykacją noblistki dla noblisty.
    Ostatni goście opuszczali ogrody przy ulicy Polanki przed godziną 23.

    Czytaj treści premium w Dzienniku Bałtyckim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo