Bartosz Stabno: Trudno byłoby mi żyć z myślą, że odpuściłem walkę o igrzyska w Tokio

Tomasz Biliński
Tomasz Biliński
Bartosz Stabno: Trudno byłoby mi żyć, gdybym odpuścił walkę o igrzyska w Tokio Archiwum Bartosz Stabno/materiał prasowy
Kajakarz Bartosz Stabno szykuje się do majowych kwalifikacji olimpijskich w Szeged. - Dróg na igrzyska olimpijskie w Tokio jest więcej, choć wszystko zostało zaplanowane tak, by na Węgrzech być w szczytowej formie. Moim „być albo nie być” będą igrzyska. Jeśli mnie na nich nie będzie, to koniec mojej kariery. Tyle że nie dopuszczam do siebie takich myśli - przekonuje wielokrotny mistrz Polski, a także szósty zawodnik mistrzostw świata w 2018 r., który opowiedział również o początkach swojej kariery i pracy z młodzieżą.

Tomasz Biliński: Lubi Pan gdybać?
Bartosz Stabno: Oczywiście, czasem mi się zdarza.

To co by było, gdyby zamiast kajakarstwa wybrał Pan pływanie lub zapasy, dyscypliny, które trenował?
Chyba postawiłbym na pływanie, bo z zapasów musiałem zrezygnować przez zbyt wrażliwą skórę. Choć z drugiej strony jestem taki, że lubię porozmawiać, przeanalizować. Oczywiście podziwiam pływaków, ale w basenie godziny mijają pod wodą od ściany do ściany. Na kajaku więcej się dzieje - nie dość, że trener z motorówki czy przy brzegu komentuje, to ptak nade mną przeleci, ryba skoczy...

Co przesądziło o kajakarstwie?
Zawody w gimnazjum na ergometrze wioślarskim. Zorganizował je mój wuefista. Wzięło w nim udział paru chłopaków, których pamiętałem z pływania czy zapasów. Udało mi się zająć wysokie miejsce, pokonując – miałem takie wrażenie – dużo sprawniejszych ode mnie, bo w tamtych czasach miałem lekką nadwagę. Po powrocie do domu pochwaliłem się rodzicom, tata zaproponował, żebym poszedł na trening do jego kolegi Tadeusza Kasprzaka w Posnanii, który został moim pierwszym trenerem. Wtedy nie wiedziałem czym się różnią kajakarstwo od wioślarstwa. Na pierwszym treningu popływaliśmy, pograliśmy w koszykówkę, dopiero następnego dnia dotarłem na przystań. Trener mi powiedział, że mam biec na most, ruszyłem i po drodze dwa razy pytałem przechodniów, gdzie on jest. Okazało się, że to dwa kilometry w jedną stronę, a wtedy kiepsko było u mnie z kondycją. Mimo to zostałem. Natomiast każdemu rodzicowi polecam, by zapisał swoje dziecko na basen. Pływanie jest ogólnorozwojowe i przede wszystkim zwiększa bezpieczeństwo nad wodą.

Większą inspiracją do uprawiania sportu dla Pana był wuefista czy trener?
Przede wszystkim mój dziadek. Trenował pływanie, podobnie jak mój wujek, stąd naturalnie trafiłem do wody. Dziadek zawsze opowiada mi historię z różnych zawodów, pokazuje zdjęcia. Dziś jest wielkim kibicem reprezentacji Polski w praktycznie wszystkich dyscyplinach, więc lubimy sobie pogadać. Poza tym jestem z rocznika 91’, więc nie unikałem wuefu, a dzieciństwo spędzałem na podwórku. Inna sprawa, że dobry wuefista też jest ważny, ja na takich trafiłem w podstawówce i w gimnazjum. Natomiast trener Kasprzak potrafi zarazić do aktywnego stylu życia. Mimo swojego wieku i wypadku motocyklowego biega, pływa, amatorsko uprawia triathlon. Patrząc na niego myślę, że nawet gdybym nie uprawiał sportu wyczynowo, prowadziłbym podobny tryb.

W 2019 r. dołączył Pan do fundacji Pho3nix, której jednym z celów jest popularyzacja sportu wśród dzieci i młodzieży. Dziś tym bardziej tacy inspiratorzy są potrzebni?
Oczywiście, jak tylko dowiedziałem się o fundacji Pho3nix, od razu się zgłosiłem. Pomysł jest bliski memu sercu, bo po zakończeniu kariery chciałbym uczyć dzieci kajakarstwa, a w przyszłości zostać trenerem reprezentacji Polski… W każdym razie podczas spotkań z dziećmi mogliśmy z zespołem opowiedzieć o swoich dyscyplinach i pokazać różne ćwiczenia. Otrzymaliśmy dużo fajnych informacji zwrotnych, przede wszystkim widziałem po dzieciach, że były zainteresowane.

JUŻ IDZIESZ? MOŻE CIĘ ZAINTERESUJE:

Co im Pan przekazał?
Przede wszystkim, że lepiej jest zrobić malutki krok, niż żadnego. To najważniejsze przy zachęcaniu do sportu. Nie trzeba być od razu zawodowcem, medale olimpijskie są trzy i do zdobycia co cztery lata. Ale nigdzie indziej, jak w sporcie właśnie, wyrobimy sobie cechy charakteru, umiejętność pracy w grupie, nauczymy się współzawodnictwa. Czy świeci słońce, czy pada deszcz, na treningu czy na zawodach dajemy z siebie 100 proc. To przekłada się na życie codzienne. Czasem mamy pod górkę, ale idziemy do przodu.

Da się wyuczyć charakteru?
Trudne pytanie. Myślę, że trzeba mieć w sobie pewne cechy, być może ukształtowane nieświadomie na początku naszego życia, a po trafieniu do sportu możemy je rozwinąć. Z drugiej strony uważam, że ciężką pracą i poświęceniem jesteśmy w stanie osiągnąć swoje cele. Można nie mieć talentu, ale determinacją i chęcią samorozwoju można dojść dalej, niż osoby utalentowane, które nie dołożyły ostatniej cegiełki. Pamiętam, jak zaczynałem uprawiać kajakarstwo. Byłem otyły, a inni, o których mówiło się, że mają talent, wydawali się dla mnie niedoścignieni. Dziś to ja mam różne trofea, a oni się nie przebili. Czasem na pewnym etapie nie można bać się porażki, bo ona może nas dużo nauczyć.

Ma Pan trudny charakter?
W życiu codziennym raczej jestem ugodowy, więc nadaję się do życia. W paru aspektach jestem uparty i nieustępliwy. Sport nauczył mnie też wewnętrznego spokoju. Mam wrażenie, że w środowisku kajakowym jestem lubiany, mimo że rywalizujemy. Akurat obecnie podążam indywidualną drogą, ale w grupie też odnosiliśmy sukcesy. By je osiągnąć, musieliśmy się trzymać razem i dążyć do wspólnego celu.

Pana koronną konkurencją jest jednak jedynka. Wcześniej zapasy i pływanie to także dyscypliny indywidualne. Nie lubi Pan, gdy wynik nie zależy tylko od Pana?
W młodości grałem jeszcze w koszykówkę, ale ma pan rację. Z różnych względów to się brało. Czasem miałem wrażenie, że w grupie nie wykorzystywaliśmy w pełni swojego potencjału. W końcu podjąłem decyzję, by wziąć wszystko w swoje ręce. Jestem coraz starszy i mam mniej czasu na pomyłki czy błędy. W 100 proc. zaangażowałem się w K-1 na 1000 m, żeby wziąć udział w igrzyskach. Pomaga mi w tym rodzina, trener, fundacja Pho3nix i inni partnerzy. W 2018 byłem na mistrzostwach świata, zająłem szóste miejsce, więc nie wyobrażam sobie, żeby zabrakło mnie w Tokio.

W tym celu odłączył się Pan od kadry?
To historia, która swój początek ma w 2016 r. Niestety, stare układy w Polskim Związku Kajakowym sprawiły, że nie startowałem tak, jak planowałem. Później zmienił się trener i kilku chłopakom podziękował. Stworzyliśmy nową czwórkę, połączenie doświadczenia i młodości. Mieliśmy super wyniki. Jednak po igrzyskach w Rio zapadła decyzja, że K-4 skraca dystans z 1000 m do 500 m. Próbowaliśmy się przestawić, zmienialiśmy skład, dołączając sprinterów, ale koniec końców nie zapowiadało się, byśmy odnieśli sukces. Dlatego po konsultacjach przeszedłem na K-1. Wkrótce znów zmienił się trener i jasno powiedział, że buduje ekipę na igrzyska w Paryżu w 2024 r. Stąd moje odłączenie. Igrzyska w Tokio nie są dla mnie zamkniętym tematem, choć gdyby nie wsparcie fundacji Pho3nix, byłoby mi trudno. Poprzedni rok był ciężki, dwa tygodnie byłem na kwarantannie, przez obostrzenia nie mogłem regularnie trenować. Mimo to na zawodach żaden z kolegów z kadry, którzy pracowali nad formą w Centralnym Ośrodku Sportu w Wałczu, nie nawiązał ze mną walki. To mnie utwierdziło, że droga, którą podążam, jest właściwa.

Często Pan wątpił w sens tego co robi?
Po 2019 r., gdy przegraliśmy kwalifikacje, w mojej głowie zagnieździło się wiele negatywnych rzeczy. Od zawsze w kadrze daję z siebie maksimum, a to ciężki kawałek chleba. Niemal cały rok jestem poza domem, w którym żona siedzi sama. Jak wracam na pięć dni, to trzeba coś załatwić urzędowego, chciałoby się też spotkać z rodziną. Ale jeśli chce się osiągnąć wynik, trzeba się poświęcić. Wtedy nam się nie udało, to też oznaczało brak finansowego zabezpieczenia na kolejny rok. Na dodatek prezes związku powiedział wprost, że jesteśmy starzy i żebyśmy już dali sobie spokój. Część z nas zakończyła treningi, ja nie mogłem się poddać. Tym bardziej, że w 2018 r. ścigałem się jak równy z równym podczas mistrzostw świata. Jeden słabszy rok nie mógł wszystkiego zaprzepaścić! Gdybym nie podjął rękawicy, trudno byłoby mi z tym żyć. Znam osoby, które w wieku juniora osiągały sukcesy i do dziś je wspominają, natomiast po wejściu do seniorów odpadli. W wielu dyscyplinach jest podobnie. To dłuższy temat. Z jednej strony to kwestia braku indywidualizacji treningu, bo każdy zawodnik jest inny, a jeden czy dwóch trenerów na 15-osobową grupę niewiele może zdziałać. Z drugiej strony – brak wsparcia. Trudno o nie w mniej medialnych dyscyplinach, jak chociażby kajakarstwo, które jest pięknym letnim sportem. Dlatego ogromnie się cieszę, że fundacja Pho3nix objęła mnie swoim programem, za co będę jej dozgonnie wdzięczny. To świetna inicjatywa, czułem się, jakbym wygrał los na loterii. Bez tego nie zrealizowałbym połowy swojego planu. Tym bardziej w trakcie pandemii.

Samo odroczenie igrzysk jest Panu na rękę?
Myślę, że ten czas mi bardziej pomógł niż przeszkodził. Rok temu, gdy wybuchła pandemia, kończyłem przygotowania. Kiedy wróciłem do Polski, musiałem przejść dwutygodniową kwarantannę. Obawiałem się, że stracę wypracowaną formę. Trenowałem na ergometrze, ale wiedziałem, że to nie wystarczy. Gdy moja izolacja dobiegała końca, ogłoszono, że igrzyska nie odbędą się w 2020 r. Przestraszyłem się, że rok poświęceń przepadł, bo też nie było wiadomo, co dalej. Ale mam świetnego trenera, zmobilizował mnie, cofnęliśmy się i zaczęliśmy działać. Dziś o formę jestem spokojny. Rok został uczciwie przepracowany, poza tym późno trafiłem do kajaków, więc nie jestem wyeksploatowanym zawodnikiem. Gdybym zdobył medal w Tokio, to i do Paryża bym dopłynął. Wiek nie stanowi problemu.

Kwalifikacje europejskie w Szeged to być albo nie być dla Pana?
Nie, bo dróg do zdobycia kwalifikacji olimpijskiej jest więcej, choć wszystko zostało zaplanowane tak, by na Węgrzech być w szczytowej formie. „Być albo nie być” będą igrzyska. Jeśli mnie na nich nie będzie, to koniec mojej kariery. Tyle że nie dopuszczam do siebie takich myśli.

Ale co by było gdyby?
Życie. Żona. Dom. Mam dwie ręce, pójdę do pracy. Wyznaję zasadę, żeby robić to, co się kocha, a wtedy nie będzie się pracować ani jednego dnia. Dlatego chciałbym swoje doświadczenie przekazać innym. Przede wszystkim przez indywidualne podejście, bo wiem po sobie, jak jest ważne. Natomiast w przyszłości zostać trenerem kadry i pomóc zawodnikom zrealizować ich marzenia.

JUŻ IDZIESZ? MOŻE CIĘ ZAINTERESUJE:

JUŻ IDZIESZ? MOŻE CIĘ ZAINTERESUJE:

UEFA przygotowała ściągę dla komentatorów

Wideo

Materiał oryginalny: Bartosz Stabno: Trudno byłoby mi żyć z myślą, że odpuściłem walkę o igrzyska w Tokio - Sportowy24

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie