reklama

XV Komeda Jazz Festival zakończony

Marcin Kamiński, Tomasz Rozwadowski
Carla Bley i jej zespół The Lost Chords byli naprawdę cool
Carla Bley i jej zespół The Lost Chords byli naprawdę cool Grzegorz Mehring
Jak jubileusz to jubileusz. XV Komeda Jazz Festival, zakończony finałowym koncertem w minioną niedzielę na gdańskiej Ołowiance, już za nami, a wrażenia w nas. Cztery dni jazzu zapadły w pamięć zwłaszcza mieszkańcom Słupska, gdzie się odbyła większość koncertów.

Doroczne spotkania z muzyką jazzową rozpoczęły się w Słupsku występem kwartetu Kwartludium. Zespół muzyków grających utwory młodych kompozytorów muzyki współczesnej znalazł swoją publiczność, ale inauguracyjny koncert tegorocznego festiwalu okazał się jednak wydarzeniem dla prawdziwych koneserów.

Prawdziwy jazz przywitał publiczność w piątek w sali słupskiej filharmonii Sinfonia Baltica. Nim jednak usłyszeliśmy muzykę, poznaliśmy laureatów VI Konkursu Kompozytorskiego Krzysztofa Komedy. To konkurs, który się odbywa co dwa lata. W tym roku nadesłano 37 kompozycji w dwóch kategoriach. W kategorii open pierwsze miejsce i 5 tys. zł zdobyła Aleksandra Tomaszewska za kompozycję "Q-Eight-Zero seven" na big band. Miejsce drugie i 2,5 tys. zł przypadło Dawidowi Rudnickiemu za kompozycję "7-7-7" na trio jazzowe w obsadzie fortepian, kontrabas oraz perkusja.

W kategorii tematów jazzowych pierwsze miejsce zajął Michał Tomaszczyk za kompozycję "The New One", drugie Rafał Rokicki za kompozycję "Winter`s-Night", a trzecie Michał Ciesielski za kompozycję "Alternatywna Kołysanka". Przyznano też wyróżnienia ex aequo dla Liliany Kostrzewy za kompozycję " Simple major" i dla Piotra Mani za kompozycję "Flow". Statuetkę Komedera otrzymał wybitny fotografik muzyczny Marek Karewicz, ktorego prace można było oglądać w foyer filharmonii.
- Krzyśka Komedę poznałem prawie 50 lat temu w Sopocie, gdy przez tydzień mieszkałem na plaży przy Grand Hotelu. Zaczepiła mnie wtedy Zosia Komedowa i zapytała, czy nie zająłbym się jej koleżanką - żartobliwie wspominał przeszłość Marek Karewicz.

Po rozdzieleniu wszystkich nagród jako pierwszy pojawił się na scenie kwintet Miśkiewicz i Majewski, który zaprezentował swoje interpretacje utworów Komedy. Choć publiczność żywiołowo przyjęła ich już od pierwszych dźwięków, to tak naprawdę musiała czekać do końca ich koncertu na eksplozję jazzowych improwizacji na saksofon i trąbkę, kiedy to artyści dali z siebie wszystko.

Drugim koncertem piątkowego dnia był występ Marii Sadowskiej, która wraz z zespołem zagrała i zaśpiewała swoją płytę "Tribute to Komeda" oraz piosenki z ostatniej płyty. Publiczność na jej występ reagowała żywiołowo, szczególnie męska część widowni, gdy zwiewna sukienka ukazywała jej nogi w pełnej krasie. Z kolei w sobotę melomani owacjami na stojąco żegnali wirtuoza gitary Larry'ego Coryell'a, twórcę fusion i jazz rocka. Artysta, który grał z takimi osobowościami muzyki jak Hendrix i Wes Montgomery, występując solo z gitarą, zaczarował publiczność, która w skupieniu słuchała dźwięków jego instrumentu i w napięciu wyczekiwała wybrzmienia ostatnich taktów w gitarowej wersji "Bolera" Ravela. Ta interpretacja znanego utworu, ostatniego podczas koncertu, spowodowała, że publiczność nie chciała wypuścić muzyka ze sceny. Tego dnia wystąpił także Leszek Kułakowski ze swoim zespołem . Z towarzyszeniem orkiestry wykonał kompozycje "Sketches for jazz trio & orchestra". Burzę oklasków wywołał także występ Adama Makowicza, wirtuoza fortepianu, który specjalnie na tę okazję przyjechał ze swoim instrumentem firmy Bluthner.

W niedzielę festiwalowa akcja przeniesiona została do sali Polskiej Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku, gdzie wystąpiły dwa kwartety, Leszek Kułakowski European Cooperation i Carla Bley & Lost Chords. W pierwszym zespole uwagę jazzfanów musiało przyciągnąć nazwisko Leszka Żądły, saksofonisty grającego niegdyś z Komedą, a od lat mieszkającego w Niemczech. Kooperacja byłaby być może bardziej udana, gdyby nie katastrofalnie grający niemiecki perkusista Michael Kullick, ale i tak muzyka kwartetu nieznośnie się miotała pomiędzy instrumentalnym popisem ku uciesze publicznośći a pewnymi artystycznymi ambicjami.

Za to amerykańska pianistka, której kariera trwa już przeszło pięć dekad, nie miała problemu ze stylistyczną spójnością swojego programu. Znakomici muzycy - Steve Swallow na gitarze basowej, saksofonista Andy Sheppard i bębniarz Illy Drummond - świetnie się czuli w estetyce wywodzącej się z popularnego na przełomie lat 50. i 60. stylu cool. "Wywodzącej się", czyli mającej z nim pewien związek, a w istocie mówiącej coś zupełnie nowego. Kameralny, wyciszony koncert, oparty głównie na obsesyjnych, niepokojących kompozycjach liderki, to jazz, jaki zdarza się na polskich estradach słyszeć niezmiernie rzadko, mimo olbrzymiego natłoku imprez.

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

i
i.

Dlaczego redaktor prowadzący zgodził się na dopuszczenie tak niskiej klasy artykułu? Podejrzewam, że żadnego z autorów na koncercie nie było a nierzetelne opinie zasięgnęli z drugiej/trzeciej ręki...

Fakty mówią same za siebie; Carla Bley nie uważa siebie za dobrą pianistkę, i z pewnością ma rację. Choć największym uznaniem cieszyła się w latach 90ych, dziś również postrzegana jest przez słuchaczy jako wybitna kompozytorka współczesnego jazzu (krytycy odeszli od entuzjastycznych recenzji lata temu). Fakt, który autorzy artykułu zgrabnie pominęli (dwóch muzyków: saksofonista Sheppard i perkusista Drummond lekceważąc publiczność spóźnili się 2,5 h na swój, ostatni tego wieczoru, koncert bez słowa wchodząc na scenę) już na początku nie wróżył nic dobrego. Carla z basistą usiłowali ratować niezręczną sytuację jednak kolędy w ich wykonaniu nie sposób byłoby odróżnić od amatorskiego grania w pierwszym napotkanym centrum handlowym. A szkoda. Cały koncert był mało wyrazisty, wręcz monotonny ale niedosyt emocji zrekompensował pierwszy występ wieczoru – European Cooperation Leszka Kułakowskiego, który jak przystało na elitę artystyczną jazzu, zaproponował muzykę na najwyższym poziomie. Nie mnie rozpisywać się o tym, co wszyscy obecni usłyszeli. Oczywistym jest, że nasze odczucia mogą się różnić i bez znaczenia będzie tu rodzaj muzyki, gatunek ksiązki czy filmu, jednak opinia z artykułu zamieszczonego na łamach Dziennika Bałtyckiego świadczyć może nie tylko o niskim poziomie informacyjnym gazety ale przede wszystkim o niewiedzy autorów tekstu. Ich braku kultury wytłumaczyć nie umiem. Tak uzdolniony człowiek jakim bez wątpienia jest pan Kułakowski również może mieć występ mniej lub bardziej udany ale ZAWSZE NA NAJWYŻSZYM POZIOMIE. Osobiście, nie znam mniej udanego występu w wykonaniu Leszka Kułakowskiego; ten z 15 listopada był wielkim muzycznym wydarzeniem. Co więcej, zainteresowanie Henderson'a czy Hancock'a współpracą/zapożyczeniem utworu naszego Muzyka świadczy o klasie samej w sobie, klasie, której autorzy tekstu nie umieli dostrzec ośmieszając się również zakończeniem artykułu. Wielkości i ważności twórczości Leszka Kułakowskiego nikomu, kto poważnie traktuje muzykę, tłumaczyć przecież nie trzeba. Na koniec, zgodzę się z niemałą częścią widowni, która przyszła do Filharmonii dopiero po przerwie aby posłuchać występu naszego wspaniałego pianisty i kompozytora (Organizator zdecydował się na zamianę kolejności występujących gwiazd) a zastała zespół Carli Bley stąd, z każdym kolejnym dźwiękiem, amatorzy jazzu opuszczali widownię...

Dodaj ogłoszenie