Wybory 2020. Co nam ujawnią notowania z Bazarku, czyli fikcja ciszy wyborczej w Polsce

Dorota Abramowicz
Dorota Abramowicz
Bazarek działa w szarej strefie bez żadnych konsekwencji
Bazarek działa w szarej strefie bez żadnych konsekwencji Fot. Mariusz Kapala / Gazeta Lubuska
Jeśli wierzyć #Bazarkowi z Twittera, to w najbliższą niedzielę będziemy wybierać między: Długopisami, Dżemem (określanym też jako Trufla), Habitem (wymiennie z Opłatkami), Konfiturami, Tygryskiem, Biedronkami, Piwem i Jajkami. Tylko, jak coraz częstsze podawanie w dniu wyborów aktualnych notowań kandydatów na prezydenta ma się do przepisów o ciszy wyborczej?

Wybory 2020. Cisza wyborcza a Bazarek

W nocy z piątku na sobotę w całej Polsce zacznie obowiązywać cisza wyborcza. Wszystkich obywateli obowiązuje zakaz zgromadzeń, pochodów i przemówień wyborczych, kolportowania ulotek propagujących kandydatów oraz publikowania sondaży. O ile za samo złamanie ciszy wyborczej grozi grzywna od 20 do 5 000 złotych, to już za publikację sondaży wyborczych grzywna może sięgnąć od pół miliona do nawet miliona złotych.

Kara karą, a życie, zwłaszcza w sieci, toczy się swoim rytmem. Bo Internet i Twitter mają swój Bazarek. To taki ryneczek informacyjny, otwierający swe podwoje przy okazji wyborów od co najmniej 10 lat, w którym partiom politycznym i kandydatom na urząd prezydenta nadaje się nazwy owoców, warzyw i innych produktów.

Zainteresowani polityką rodacy śledzili już ceny pistacji (PiS), pomidorów (PO), zastąpionych w ostatnich wyborach kolendrą (KO), lewisów lub zlewów (oczywiście Zjednoczona Lewica), koniczyny/zboża (PSL) i konfitur (Konfederacja).

W poprzednich wyborach prezydenckich zainteresowanie budziła oferta kupna Kiełbasy Podwawelskiej lub Budyniu (Andrzej Duda) oraz Kiełbasy Myśliwskiej lub Bigosu (Bronisław Komorowski). Mieszkańcy stolicy w ostatnich wyborach samorządowych podawali z kolei ceny biletów na przejazd pociągami Opolanin (Patryk Jaki) i Warszawiak (Rafał Trzaskowski), a w Gdańsku dopytywano się o koszt cukierków Adamków.

Czytaj także

Bazarek działa w szarej strefie bez żadnych konsekwencji. Marek Lawrenc z Wydziału Prawa Uniwersytetu Gdańskiego, który na początku lipca będzie bronić pracę magisterską, poświęconą praktyce stosowania przepisów o ciszy wyborczej, mówi, że podczas swoich badań nie znalazł informacji o ukaraniu od 2011 r. kogokolwiek za publikację sondaży w Internecie.

– Przestrzeganie ciszy wyborczej w Internecie jest jeśli nie niemożliwe, to przynajmniej bardzo utrudnione – wyjaśnia. – Mamy bardzo niedoskonałe i w zasadzie martwe przepisy, które nie pozwalają, by cisza była wykorzystywana zgodnie z założonym celem. Spodziewam się w najbliższą niedzielę kolejnego wysypu warzyw, owoców i innych towarów.

Czytaj także

Wybory 2020 a Bazarek. Ceny zweryfikuje rynek?

Zdaniem prof. Wojciecha Cieślaka, karnisty z Uniwersytetu Warmińsko- Mazurskiego w Olsztynie, Polacy nie rozumieją sensu ciszy wyborczej. Zwłaszcza w Internecie.

– Media społecznościowe rządzą się innymi prawami – tłumaczy prof. Cieślak. – Każdy człowiek może przedstawiać w nich swoje opinie. Stąd podejście, że jest to sfera,w której każdy może wszystko. Jest tak, że prawo będzie znajdować słaby posłuch, jeśli jedyną racją jest to, że prawo jest prawem. Powstaje jednak pytanie, czy takie „ryneczki” informujące wyborców o wynikach sondaży w dniu wyborów powinny nadal funkcjonować. Prowadzi to do dewaluacji prawa, którego nikt nie przestrzega.

A może należy założyć, że #Bazarek jest legalny? Taką tezę stawia dr Joanna Juchniewicz z Katedry Prawa Konstytucyjnego i Nauki o Państwie Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego.

– W mojej ocenie publikacja danych na tzw. Bazarku nie narusza prawa – mówi dr Juchniewicz. – Póki nie pojawiają się nazwiska kandydatów, trafiają one jedynie do osób najbardziej zainteresowanych. Aczkolwiek – drążąc dalej – należy zadać sobie pytanie, na ile te informacje są wiarygodne. Ponadto, jeśli informacje te podawane są na podstawie rzeczywistych wyników, warto też zastanowić się, w jaki sposób wypłynęły.

Dr Bartosz Rydliński, politolog z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego także podważa wiarygodność internetowych sondaży.

– Nie należy wierzyć Bazarkowi – mówi. – Zauważyłem, że w zależności od źródła informacji, ceny warzyw i innych przetworów bardzo się różnią.

– Można nawet postawić tezę, że w ciągu ostatnich lat ceny poszczególnych produktów były kreowane przez sztaby wyborcze kandydatów, ewentualnie partii politycznych, w celu motywowania swoich wyborców i demotywowania wyborców konkurencji.

– Gdyby zestawić notowania wszystkich Bazarków z wynikami wyborczymi, zobaczylibyśmy dwa różne światy.

Politolog przypomina, że nawet same Exit Polls podawane podczas wieczorów wyborczych mogą różnić się z ostatecznym wynikiem. Sztandarowym przykładem jest wynik PSL w wyborach samorządowych w 2018 roku. Na wieczorach wyborczych wszyscy ogłosili sukces Polskiego Stronnictwa Ludowego tylko po to, by 12 godzin później ci sami komentatorzy mówili o jego spektakularnej porażce.

– Ceny Bazarku weryfikuje rynek – podkreśla dr Rydliński. – Rynek wyborców. Podczas ostatnich wyborów parlamentarnych widziałem ceny podawane przez poważnych redaktorów, wskazujące, że PiS idzie na przynajmniej 50 proc. poparcia. Ostatecznie okazało się, że Prawo i Sprawiedliwość ledwo ledwo utrzymało samodzielną większość w polskim parlamencie.

Czytaj także

Mój rozmówca radzi więc, by do sondaży wyborczych podchodzić z dużym dystansem. Dlaczego? Badania opinii społecznej są zlecane przez media mało znanym sondażowniom, które przeprowadzają je nie przy pomocy wywiadów telefonicznych, tylko internetowych. Przez to badania są bardzo tanie, ale mają za to dużą granicę błędu.

Obarczony wadą jest także sposób przyjęty przez CBOS, które jest instytucją rządową. Tutaj sondaże przeprowadzane są twarzą w twarz, po wcześniejszym zaanonsowaniu przybycia. Okazuje się, że niezależnie, jaka opcja była u władzy, to zawsze dostawała w badaniach CBOS-u wysokie poparcie. I nic w tym dziwnego. Wyobraźmy sobie ankieterów pytających o idealnego kandydata na prezydenta i odpowiedzi udzielane dziś przez przedsiębiorcę walczącego o pomoc w ramach tarczy antykryzysowej, wojskowego, policjanta lub urzędnika państwowego.

– Sondaż to jakby zdjęcie, pokazujące stan tu i teraz – twierdzi dr Rydliński. – Tymczasem trzeba odczytywać trendy. Ponadto, badania obciążone są dwuprocentową granicą błędu, co w obecnych wyborach może być bardzo znaczące.

Czytaj także

Wybory 2020. Ciszej nad tą ciszą?

Po każdych wyborach wraca jednak pytanie o przecieki z sondaży prowadzonych pod lokalami wyborczymi. Oraz o ich publikacje w sieci. Już w 2016 r. Państwowa Komisja Wyborcza wystąpiła z wnioskiem o likwidację ciszy wyborczej, argumentując:

„Postęp technologiczny, rozwój nowych mediów, w tym portali społecznościowych, powoduje, że obecnie cisza wyborcza staje się fikcją”.

Propozycja ta jednak nie zdobyła uznania posłów, uchwalających przed czterema laty nowelizację kodeksu wyborczego.

Prof. Wojciech Cieślak nie jest zwolennikiem zniesienia ciszy wyborczej.

– Sama jej idea bierze się stąd, by w ostatniej chwili nie doszło do głosowania sprzecznego z przekonaniami – mówi. – Istnieje bowiem możliwość tworzenia pewnej presji, wpływającej na wynik głosowania. Z drugiej strony, może pojawić się pretensja wyborcy o niedoinformowanie. Spodziewam się argumentów typu: Gdybym wiedział, że mój kandydat przegra, poszedłbym głosować!

– Jako konsytucjonalista nie do końca widzę sens utrzymywania ciszy wyborczej – uważa z kolei dr Juchniewicz. – Już teraz jest ona bardzo iluzoryczna. Jeśli w drodze na głosowanie widzę przed lokalem wyborczym baner konkretnego kandydata lub „przypadkowo” zaparkowany akurat w tym miejscu samochód z przyczepą reklamową, oklejoną podobiznami tegoż kandydata, to dostrzegam w tym formę agitacji przedwyborczej. Uważam jednak za konieczne utrzymywanie ciszy sondażowej.

– Wyniki sondaży pełnią mobilizującą lub demobilizującą rolę. Jest to bardzo mocne narzędzie.

Prawnicy przyznają, że mamy duży problem z Internetem. Obserwacja sieci pokazuje, że nie sprawdza się samo utrzymywanie ciszy wyborczej. O ile jeszcze politycy i ich komitety jakoś się prawa trzymają, pilnują się też wydawcy radia, prasy i telewizji, to w Internecie pojawia się już jakaś forma agitacji.

Czytaj także

Po co więc nam prawo, którego nie przestrzegamy?

– To jest jak z przechodzeniem na czerwonym świetle – część przechodzi, część nie – rozkłada ręce dr Joanna Juchniewicz. – Jestem przekonana, że obecnego prawa trzeba przestrzegać, chociaż powinniśmy chyba zastanowić się nad zmianą charakteru tej ciszy. Należy odejść od obecnej regulacji, pozostawiając jedynie obowiązek zachowania ciszy sondażowej, rozciągając ją na kilka dni.

Marek Lawrenc mówi, że po przeanalizowaniu genezy, teorii oraz praktyki stosowania przepisów o ciszy wyborczej w świetle obowiązującego Kodeksu Wyborczego, pozostaje realistą.

– Żadnej poważnej sile politycznej nie zależy na zmianach – podkreśla. – Obowiązuje narracja „zostawmy tak, jak było”, chociaż wszyscy widzą wypływające dane z badań Exit Pools. Oczywiście chciałbym, jako obywatel, by zostało to wreszcie uregulowane. Ale przewiduję, że Bazarek pozostanie wiecznie żywy.

Wybory 2020. Kto będzie kim?

Tymczasem od kilkunastu dni na Facebooku i Twitterze roi się już od propozycji „zestawu bazarkowych towarów”. Urzędujący prezydent pojawia się jako Długopis, Płucka lub Narty.

Po tym, jak dziennikarz TVP zadał Rafałowi Trzaskowskiemu pytanie: „Dwa lata temu zamiast na defiladę z okazji rocznicy Bitwy Warszawskiej wybrał się Pan na jarmark kupić m.in. dżem. Czy podobnie postąpiłby pan jako prezydent RP?”, prezydent Warszawy występuje najczęściej jako Dżem, chociaż zdarza się także Wisełka i Bagietka.

Szymon Hołownia to Habit, Opłatki lub Telewizor. Krzysztof Bosak to Konfitura, Konserwa lub Delicje. Władysław Kosiniak Kamysz pozostaje głównie Tygryskiem („Chodź, tygrysie” – zawołała podczas konwencji wyborczej ze sceny do męża Paulina Kosiniak-Kamysz), zdarzają się też propozycje Zboża, Koniczynki i Zieleniny.

Robert Biedroń to najczęściej Biedronka, Marek Jakubiak to Browary, Chmielowe lub zwyczajnie Piwo, Paweł Tanajno – Ananasy lub Hawajska, a Stanisław Żółtek pozostaje Żółtkiem, Jajami lub Ekstra Mocnymi.

To tylko część nazw, bo z dnia na dzień inwencja internautów wzrasta. Równocześnie jednak słychać opinie, że wyborczy handel towarem wszelakim jest zjawiskiem, bądź co bądź, marginalnym.

– Danymi z Bazarków emocjonujemy się jako osoby zainteresowane polityką – uspokaja nastroje dr Bartosz Rydliński. – Gwarantuję, że większości obywateli słowo „bazarek” kojarzy się z rzeczywistym ryneczkiem, gdzie kupują warzywa i owoce. Dane z Internetu nie wpływają na rzeczywiste decyzje wyborcze, zwłaszcza w małych i średnich miejscowościach, gdzie naprawdę rozstrzyga się batalia.

Czytaj także

Covid nie odpuszcza. Będą kontrole

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie