Wiesław Baryła: Wspieramy tych, którzy są najbliżej nas ROZMOWA

Dorota Abramowicz
fot . swps
O filantropii po polsku z dr. Wiesławem Baryłą, psychologiem społecznym rozmawia Dorota Abramowicz.

Czy Polacy nauczyli się już filantropii?

Proces "dobroczynnej edukacji" trwa w Polsce od ponad 20 lat. Na pewno dużą rolę ma w tym Jerzy Owsiak z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy, ale także wiele innych fundacji. Jakoś przebiło się do świadomości ludzi, że pomaganie nie oznacza dawania kilku złotych komuś, kto puka do naszych drzwi lub wrzucania pieniędzy do puszek nieznanych osób, nagabujących nas na ulicach, by pomóc "dziecku z fotografii".

Dawno już nie widziałam tych nagabujących na gdańskich ulicach. Zniknęli na zawsze?

Nie wiem czy na zawsze. Być może zadziałała policja lub Urząd Skarbowy, co mogło zmusić organizujących ten proceder naciągaczy ostatecznie do zwinięcia interesu. Pomogły także media, które nagłośniły przypadki osób żyjących z tego procederu. Duże są zasługi dziennikarzy w edukacji społeczeństwa, które uczy się, jak mądrze pomagać.

Organizacje dobroczynne chyba także już sprawniej o tę pomoc proszą...

Na pewno łatwiej jest udzielić wsparcia konkretnym osobom, o których więcej wiemy i których wizerunek towarzyszy apelom. Czym innym i trudniejszym jest wsparcie całych grup albo pomoc w poprawie życia dalekich społeczeństw, np. przy budowaniu studni w Afryce. Kłopotem jest dobór abstrakcyjnych klientów.

Skąd to się bierze?

Z empatii. Widząc czyjeś cierpienie, współodczuwamy i pomagamy danej osobie, by uśmierzyć własny ból. Przyczyn, dla których świadczymy pomoc bliźnim, jest więcej. Jeśli wsparcia potrzebuje członek naszej rodziny, czynimy to w dbałości o własne geny. Inny mechanizm to altruizm odwzajemniony - uważamy, że jeśli w przyszłości sami będziemy potrzebować pomocy, to ją dostaniemy. Wiara w to, że "dobro powraca", jest szczególnie silna wśród obywateli Stanów Zjednoczonych. Wielu z nich przyznaje, że angażując się w działalność dobroczynną, inwestują z nadzieją, że sami zostaną beneficjentami. Są też osoby, którym zależy na poprawie wizerunku. Pomagam, więc jestem dobrym człowiekiem. Także wiele firm traktuje działalność charytatywną jako inwestycję w ocieplenie wizerunku. Osób, które prawdziwie pomagają, bez osiągania z tego korzyści, jest niewiele. Robią tak, bo tak należy robić. Zaciskając zęby, z ciężkim sercem raz w miesiącu po cichu wysyłają określoną kwotę na szlachetny cel.

Dużo jest całkowicie bezinteresownych filantropów?

Nie przeprowadzono takich badań. Osoby te prawdopodobnie najczęściej przekazują datki przez organizacje kościelne, co można interpretować w kategoriach religijności i "odejmowania sobie od ust".

W nadziei na życie wieczne. To też istotny interes.

Tak czy inaczej pomaganie, jak również zdolność do krzywdzenia innych, jest elementem ludzkiej natury. Ludzie to stworzenia hiperspołeczne. Trywializując, dla dobrego funkcjonowania psychicznego musimy żyć wśród innych. Bez tego jesteśmy chorzy.

Niektórzy jednak pomagają więcej od Polaków. W Światowym Indeksie Dobroczynności na 160 krajów Polska zajmuje dopiero 84 miejsce. Pierwsze są Stany Zjednoczone, a my otwieramy listę państw Europy Środkowej i Wschodniej. Skąd taka niska pozycja?

Z doświadczeń historycznych. W krajach anglosaskich pokolenia wychowywały się na dobroczynności. U nas, w okresie zaborów, filantropia była widoczna najbardziej w zaborze pruskim. W dwudziestoleciu międzywojennym nie zdążyła się rozwinąć, a po wojnie państwo robiło wszystko, by udowodnić obywatelom, że pomaganie jest głupie. Z jednej strony zapędzano ludzi do czynów społecznych, z drugiej tłumaczono im, że od pomocy nie są obywatele, ale urzędy. "Krzywdę" zrobili nam też Niemcy, Anglicy, Amerykanie, Holendrzy...

Nie rozumiem. Jaką krzywdę?

Od początku lat 80., w latach stanu wojennego, do Polski szły tony darów z Zachodu. Doprowadziło to do przekonania wielu naszych rodaków, że "tamci" są tymi, którzy dają, my zaś tymi, którzy od nich biorą. To teoria moralnego obsadzenia w roli dawcy i w roli biorcy. A niemoralne jest bycie równocześnie i dawcą, i biorcą.

Ależ to się działo przed 30 laty!

Po tamtych czasach pozostała w nas pamięć zbiorowa. Może narażę się wielu, jeśli powiem, że dzisiejsze dotacje z Unii Europejskiej dla Polski utwierdzają tamto przekonanie - skoro jestem beneficjentem, to przecież nie mogę dzielić się z innymi. Pomoc zewnętrzna dla Polski może w dalszym ciągu hamować działania prospołeczne. Żeby dopełnić jeszcze obraz, warto wspomnieć, że w Światowym Indeksie Dobroczynności nie uwzględniana jest pomoc na rzecz członków rodziny. W Polsce i innych krajach postkomunistycznych rodzina jest największym beneficjentem. Pomagamy tym, którzy są najbliżej. To kwestia zaufania społecznego. Poza tym, jeśli dzielimy się z członkami rodziny swoimi pieniędzmi, poświęcamy na opiekę nad nimi swój czas, to często trudne jest zaangażowanie się w pomoc obcym. Na Zachodzie osoba, która przechodzi na emeryturę, natychmiast angażuje się w działalność społeczną. U nas często w opiekę nad wnukami.

Mimo wszystkich wymienionych przez Pana ograniczeń, przez jedną niedzielę stycznia dzieliliśmy się z obcymi. Wrzucaliśmy pieniądze do puszek i braliśmy udział w licytacjach, by wesprzeć nie pojedyncze osoby, ale nieznane nam grupy chorych. Skąd to zaufanie?

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to marka i fenomen. Jerzemu Owsiakowi udało się przekonać Polaków, że czynią dobro.

Owsiak nie jest sam. Podobnie, choć na inną skalę, przekonują nas dziesiątki innych organizacji. Pomaga im prawie 75 proc. Polaków. Może fundacje nauczyły się już, jak skutecznie prosić, by zostało im dane?

Organizacje, które odniosły sukces, w szczytnym celu umiejętnie wykorzystują pewne techniki wpływu, opierają swoją działalność na wiedzy dostarczanej przez psychologię społeczną. Także WOŚP... Organizatorom udało się zaprząc do pracy sponsorów, nagłośnić akcję w mediach. "Znakowanie" serduszkiem tych, którzy dają pieniądze, pozwala odróżnić ich na ulicy od tych, którzy nie dali. Wprowadzono też elementy rywalizacji. To wszystko przekłada się na sukces. Jest rzeczą dobrą, że Polacy dzielą się z innymi, chociaż daleko nam jeszcze do USA, Kanady czy Australii.

Mamy szansę na dogonienie tych krajów?

Zmiany kulturowe w Polsce idą w tym kierunku, chociaż elity polityczne, kształtujące ład prawny, nie do końca pomagają. Przykładem obłożenie VAT-em produktów przekazywanych do banków żywności. A tymczasem pomaganie jest przejawem i skutkiem zaufania społecznego. Im większe jest zaufanie do współobywateli, tym lepiej się nam żyje i tym mniejsze jest ryzyko pojawienia się konfliktów społecznych. Społeczeństwa, w których jest dużo filantropów i wolontariuszy, po prostu są szczęśliwsze i bardziej cieszą się życiem.

TU kupisz e-wydanie "Dziennika Bałtyckiego"!

Treści, za które warto zapłacić!
REPORTAŻE, WYWIADY, CIEKAWOSTKI


Zobacz nasze Magazyny: REJSY, HISTORIA, NA WEEKEND

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie