Urszula Mela: Po prostu rozmawiam [ZDJĘCIA]

rozm. Ryszarda Wojciechowska
Urszula Mela spotkała się z czytelnikami 17.02 w salonie Empik w Gdańsku Tomasz Bołt
O mierzeniu się z życiowymi dramatami, o śmierci jednego syna i wypadku drugiego, o godzeniu się ze światem i o książce „Bóg dał mi kopa w górę” - opowiada Urszula Mela.

Historia Jasia Meli, niepełnosprawnego zdobywcy dwóch biegunów, poruszyła całą Polskę. „Bóg dał mi kopa w górę” to wywiad rzeka z jego mamą Urszulą Melą. Silną kobietą, która opowiada szczerze o tym, co spotkało ją i rodzinę. Mówi o śmierci młodszego syna i wypadku starszego, o problemach w małżeństwie i o odkrytej po latach wierze.

Bohaterka książki to dla Pani nowa rola w życiu. Jak się Pani z tym czuje?
Dziwacznie, naprawdę. Na szczęście ja tej książki nie pisałam. Nie potrafiłabym. Autorką jest Kasia Węglarczyk.

Pani świat się zawalił jednego dnia. A potem takich dni było więcej. Jak można się podnieść z życiowych traum?
Mam wrażenie, że człowiek sam się nie podnosi, tylko raczej jest podnoszony, na różne sposoby i w różnych okolicznościach. Pomoc, która nadchodzi z wielu stron, to naprawdę wielki dar. Bo burzy lęki, że jak wszystko stracimy, to zostaniemy sami. Ja otrzymywałam pomoc nie tylko od ludzi, ale też od Boga. W tym wszystkim udało mi się zobaczyć, że On tak naprawdę jest.

Młodszy syn Piotruś utonął, mając siedem lat. Starszy Jaś, porażony prądem, stracił lewe podudzie i prawe przedramię. Ale Pani potrafiła pozbierać życie i jeszcze Jaśka tak wychować, że innym daje kopa w górę.
Nie mam takiego poczucia, że to ja wychowałam Jaśka albo pozostałe dzieci. One wychowywały się jakby wbrew temu, co potrafiłam lub nie potrafiłam im dać. Jedna z teorii wychowawczych nazywa złudzeniem wiarę w to, że rodzice wychowują dzieci. Bo dzieci wychowują się w walce ze światem, w mierzeniu się z nim. A my możemy im tylko pomagać albo przeszkadzać. Mam nadzieję, że ja nie przeszkadzałam im na tyle, aby to wszystko całkiem popsuć. Takim przykładem może być wyprawa Jaśka na biegun. Potem często słyszeliśmy: - Jak mogliście tam wysłać niepełnosprawne dziecko? A my go nigdzie nie wysyłaliśmy. My mu tylko nie zabroniliśmy. To on podjął decyzję. Oczywiście, mogliśmy nie pozwolić, w obronie przed własnym lękiem. Ale to nie byłoby w porządku.

Po tylu dramatycznych wydarzeniach człowiek może się uwolnić od lęków?
One nie znikają. Pojawiają się co pewien czas. Ale z lękiem możemy się kłócić. Możemy mu powiedzieć: spadaj, nie dam ci się połknąć. Czasami, kiedy naprawdę dzieje się coś dramatycznego, to okazuje się, że jesteśmy dużo bardziej odporni, niż nam się wydaje. Poza tym trzeba by się zastanowić, co to znaczy być odpornym.

Być odpornym to chcieć, na przykład, żyć dalej po śmierci dziecka.
Po śmierci dziecka, na początku, w ogóle nie sposób żyć. Cierpienie jest paraliżujące. Potrzeba czasu, aby się przeżyło.

Z wykształcenia jest Pani psychologiem.
A z urodzenia niewierzącą osobą. Ale od 12 lat należymy z mężem do wspólnoty w Kościele, gdzie uczymy się wiary. Bo wiara to nie jest coś, co się ma albo czego się nie ma. Wiara to coś, o co trzeba ciągle walczyć. Co trzeba badać. Mimo niewiary od urodzenia, niemal przez całe życie szukałam odpowiedzi na pytanie: o co chodzi w tym wszystkim? Szukałam wyjaśnień w systemach filozoficznych, w innych religiach... Zastanawiałam się, jaki sens ma nasze życie. I przedzierałam się przez tę wiedzę bez specjalnych efektów. Dopiero w Kościele katolickim zaczęłam się zbliżać do odpowiedzi na różnych poziomach. Tu nie chodzi o takie gnostyczne podejście, że trzeba wszystko zrozumieć i trzeba jeszcze umieć to nazwać. Bo jest w tym także miejsce dla tajemnicy. Ale kiedy chciałam czegoś doświadczyć, to mimo że na początku podchodziłam do tego z pewnym sceptycyzmem, nigdy nie zostałam oszukana.

Co jeszcze daje Pani wiara?
Ogromnie dużo radości. Ale powtarzam - to stopniowy proces. To historia wzlotów i upadków. Dziś jestem na takim etapie, że wiara nie jest jakąś teoretyczną koncepcją, a Bóg nie jest osobą na wysokim tronie, która tylko rozdziela kije i marchewki. Dziś naprawdę doświadczam relacji z Nim. Wiem, że On mnie zna po imieniu i że ja jestem dla Niego ważna.

A nie można się na niego obrazić, że w tym rozdawaniu marchewek i kijów Pani głównie dostawała kije?
Można, ale to wcale niczemu nie szkodzi, jeśli się to nazwie wprost. To jest tak jak z dzieckiem, kiedy się na mnie obrazi, bo mu nie kupię nowego rowerka albo zabiorę stary, bo na nim rozrabia. Ale czy to znaczy, że je przestanę kochać? Nie.

I Pani się nie buntowała, kiedy w życiu zdarzały się dramaty?
To Jasiek bardziej jedzie buntem. Moja słaba strona polega na tym, że ja się wtedy nie nadaję do życia, zapadam się. Wiele razy zadawano mi pytani, czy się buntowałam przeciwko Bogu po śmierci Piotrusia. Nie, bo ja przestałam Go w ogóle widzieć. Przestałam widzieć cokolwiek. Wtedy rozsypała mi się cała wiara. I ja się rozsypałam.

Jaśkowi ten bunt pomagał. Jego stawiał do pionu.
Pan Bóg jest niesłychanie mądry. I pracuje na tym, co ma. Każdy z nas jest w czymś jedyny. Czym ja się w życiu zajmuję? Tak naprawdę gadaniem z ludźmi. Potrafię ludzi słuchać. Jestem bardzo ciekawa ich opowieści o życiu. Jako psycholog słucham ich i jeszcze mi za to płacą. Czy to nie jest fantastyczne?

Teraz jest Pani w dobrym momencie życia?
To nie jest moment, który potrafię nazwać. Bo nieważne, co się w życiu dzieje, tylko jak się na nie patrzy. Naprawdę. Mój każdy tak zwany zwykły dzień jest dobry, kiedy spotykam mojego męża, którym się cieszę, i kiedy widzę, że on cieszy się mną. Kiedy patrzę na wnuka, który wciąż się uczy nowych rzeczy, i na dzieci, które szukają swojej drogi w życiu i budują relacje z innymi, to wszystko jest super. Więc po co to jakoś kwalifikować? Nazywać? Mam wrażenie, że te trudne doświadczenia nauczyły mnie cieszyć się tym, co jest. Bo to jest.

A co mówi Jasiek na Pani książkę? Na to odsłanianie rodzinnej prywatności?
Jasiek też opowiada publicznie o swoim życiu, więc dla niego to nie jest coś nadzwyczajnego. On również musi się mierzyć z tym szukaniem prawdy o sobie.

Jakie są reakcje czytelników na Pani książkę?
Wpisy są różne. Jedne miłe, krzepiące. Ale trafiają się też takie komentarze, które przyjemne nie są. Jedna pani napisała, że kiedyś słuchała Świadectwa mojego i Jaśka i to wszystko wydało jej się sztuczne i fałszywe. Przykre, ale nie będę udowadniała, że nie jestem wielbłądem. Ufam, że wszystko jest w życiu potrzebne, także dla zachowania pokory. Takie wpisy też.

[email protected]

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

K
Krol KiK

Jeden syn sie utopil. drugiego prad popiescil i zostal kaleka. Suka jestes a nie matka, bladzia nieroztropna. Zamiast dzieci pilnowac balowalas w "Jantarze" z ubekami i Bolkiem. Teraz filozofujesz i dorabiasz scenariusze komusze. Opluc cie to za malo. Jeszcze sie kurwiszczu pod kosciol podwieszasz.

Dodaj ogłoszenie