Uniewinniony w sprawie zabójstwa Stanisław D. wyszedł na wolność po 3 latach aresztu

Jacek WiercińskiZaktualizowano 
Pół roku temu Sąd Okręgowy w Gdańsku uznał 50-latka za niewinnego bestialskiego mordu
Pół roku temu Sąd Okręgowy w Gdańsku uznał 50-latka za niewinnego bestialskiego mordu Piotr Hukało
Główny świadek zabójstwa to... włamywacz, który, gdy doszło do zbrodni, akurat plądrował dom państwa D. Schowany w piwnicy miał słyszeć awanturę domową i krzyki, później znaleźć ciało i ubrudzić się krwią Joanny D., a wcześniej widzieć sylwetkę jej męża. To jednak tylko jeden z całej serii zbiegów okoliczności, jakie sprawiły, że choć Stanisława D. uniewinniono, teraz czeka go kolejny proces za zabójstwo.

Pewność w sprawie winy mężczyzny i walkę do końca deklarują śledczy, tak samo jak adwokaci stuprocentowe przekonanie o niewinności. W niewiarygodnej historii wciąż jednak jest tyle znaków zapytania, że wczoraj Sąd Apelacyjny w Gdańsku zdecydował, że sprawę trzeba przeanalizować ponownie.

34 pchnięcia nożem

- Ja nie zabiłem swojej żony. Zostałem pozbawiony opieki nad moją córką, która ma teraz 12 lat. Ja jej nie widziałem ponad 3 lata ze względu na to, że prokuratura oskarżyła mnie o coś, czego nie zrobiłem i nie potrafi się przyznać, że popełniła błąd - powiedział w ostatnim słowie przed wyrokiem Stanisław D., który twierdził, że po zatrzymaniu kluczowej postaci śledczy nie poprowadzili spraw właściwym torem, by wskazać „prawdziwego zabójcę”, bo prokurator była „zbyt dumna”, by przyznać, że wcześniej aresztując go,jako jedynego podejrzanego się myliła.

Tymczasem prok. Alina Wojdyr wymienia całą listę dowodów jego winy: eksperyment procesowy przeprowadzony przez śledczych wykazał, że miał czas, by dokonać zabójstwa („mylnie przeprowadzonym” pani prokurator nazywa podobny eksperyment w sądzie, który dał przeciwny wynik), wskazuje też na motyw - konflikt z małżonką oraz fakt, że Joanna otrzymała aż 34 ciosy nożem na całym ciele. - To ewidentnie kwestia emocjonalna, włamywacz nie działa w ten sposób, w śledztwie D. początkowo się przyznał, później się z tego wycofał, zmieniał wersje wydarzeń, kluczył. Biegli uznali, że ma charakter psychopatyczny - wymienia.

Choć te argumenty brzmią bardzo sensownie, sędziów pierwszej instancji nie przekonały. 29 grudnia - dokładnie pół roku przed wczorajszym wyrokiem apelacyjnym Sąd Okręgowy w Gdańsku uznał D., 50-letniego handlarza bielizną z gdańskiego bazaru, mieszkającego w podwejherowskim Bolszewie, niewinnym bestialskiego mordu i skazał wyłącznie za posiadanie gazowego pistoletu. Rok i 4 miesiące więzienia orzeczone wówczas D. z nawiązką odsiedział wcześniej w areszcie, więc sylwestra po raz pierwszy od 2011 roku spędził w domu.

Teraz głęboko przekonana o winie D. prok. Wojdyr zapewne znów wystąpi o jego tymczasowe aresztowanie, bo wczoraj Sąd Apelacyjny w Gdańsku zdecydował się odesłać sprawę do ponownego rozpatrzenia w „okręgu”. Trzyosobowy skład sędziowski tłumaczył to m.in. skomplikowaniem i złożonością materiału dowodowego, wątpliwościami dotyczącymi ustalonej sekwencji zdarzeń, lokowaniem obok oskarżonego świadka, ale też nowym świadkiem, który „wypłynął” w ostatniej chwili.

Nie znam tego człowieka

Wczoraj - w dniu ogłoszenia wyroku - sędziowie po raz pierwszy zobaczyli faks, który - jak tumaczyła prok. Wojdyr - do śledczych trafił we wtorek z Komendy Wojewódzkiej Policji w Szczecinie. Na papierze jeden z funkcjonariuszy prewencji twierdzi, że skazany w innej sprawie Piotr P. mówił mu, jak podczas pobytu w areszcie śledczym w Wejherowie, między lutym a kwietniem 2014 roku, Stanisław D. w rozmowie z nim przyznał się do zabójstwa. Pani prokurator domagała się, by teraz przesłuchać P. jako świadka.

Obrońcy D. przekonywali z kolei, że P. - kimkolwiek jest - może powtarzać „jakieś zasłyszane gdzieś historie” i nie jest wiarygodny, jako aresztowany, który swoją rzekomą wiedzą dzieli się z policjantami, kiedy próbują mu dowieść inne przestępstwa.

- Nie znam tego człowieka - powiedział nam krótko o Piotrze P. w trakcie orzeczonej przez sąd 5-minutowej przerwy D. Zanim sędziowie odrzucili wniosek pani prokurator tłumacząc, że sądy apelacyjne nie prowadzą postępowań dowodowych, 50-latek wyliczył, że w wymienionych trzech miesiącach 2014 roku, chyba w ogóle nie przebywał w wejherowskim areszcie. Niezależnie, czy miał rację, faktem jest, że przez pewien czas w tych samych okratowanych pawilonach siedział Krzysztof S.

Przypadkowy świadek

- Ten świadek nie mógł pozyskać wiedzy w innym miejscu i innym momencie niż wówczas, w trakcie mającej się odbywać rozmowy jak sam nam to przedstawił - mówił o S. sędzia sprawozdawca Mirosław Cop powołując się na uczucie denatki do innego mężczyzny i rozmowę, jaką miała odbyć z mężem tuż przed śmiercią (śledztwo potwierdziło romans Joanny z innym handlarzem z targowiska, jednak wiedział o nim na długo przed śmiercią kobiety - dop. red.). Jako wiarygodne jego zeznania uznali również biegli psychiatrzy.

Z wersją przedstawianą przez S. jest jednak jeden zasadniczy kłopot: logicznie rzecz biorąc brzmi ona tak niewiarygodnie, że oparty na niej kryminał nie przekonałby nawet fana gatunku. Dlaczego?

Tajemniczy bohater (S.) pojawia się w sprawie dopiero, kiedy D. zatrzymany nad ciałem małżonki od trzech tygodni siedzi w areszcie podejrzewany o brutalny mord. Na drugim końcu Polski - w Nowym Targu, policja zatrzymuje Krzysztofa w sprawie dwóch rozbojów i kradzieży na kobietach. To sąsiad państwa D. W dniu zabójstwa Joanny poprosił matkę, z którą mieszkał o spalenie pokrwawionego ubrania.

Skąd wzięła się krew na ubraniu, chętnie wyjaśnił śledczym: z zamiarem rabunku włamał się do mieszkania D., ale gdy przeszukiwał piwnicę, gdzie miały być ukryte kosztowności na górze usłyszał gospodarzy. Bezskutecznie próbował się wymknąć, kiedy Stanisław wyszedł na chwilkę. Zdążył jednak tylko zobaczyć jego sylwetkę i musiał wrócić do kryjówki, bo handlarz bielizną wracał. Z piwnicy usłyszał wówczas odgłosy awantury, jaką D. urządził swojej niewiernej małżonce i kobiece krzyki. Cisza sprawiła, że spróbował uciec po raz drugi. Na górze znalazł ciało Joanny i to jej krwią ubrudził się sprawdzając, czy żyje. Zachował się jednak jak zawodowiec i przed wyjściem zgarnął jeszcze ze stołu pieniądze.

Urwany film
Opowieść rodem z kryminału klasy B z oczywistych względów nie przekonuje obrońcy Stanisława D. adwokata Pawła Brożka. Jak Brożek widzi mroczny wieczór 29 października 2012 roku? Tuż po godzinie siódmej 47-letni wówczas mężczyzna wychodzi do sklepu po niewinne piwko. Kiedy wraca, na podłodze we krwi leży Joanna. Dzwoni po karetkę, ale w szoku mówi dyżurnemu, że spadła ze schodów i zamiast próbować pomóc zaczyna sprzątać mieszkanie.

- Wszystkie czynności policji i prokuratury determinowało założenie, że to D. zabił żonę. Doszło nawet do tego, że wmówiono mu zapomnienie popełnionego morderstwa przez „urwany film”. Niewiarygodna wersja prezentowana przez S. nie została porządnie zweryfikowana, ponieważ sprawcę wytypowano z góry. Zeznania Krzysztofa potraktowano jako dobrą monetę i wykorzystano, by obciążyć mojego klienta - mówi.

Jedna chwila

Kluczowa w sprawie jest kwestia czasu. Wiadomo, że zabójstwa dokonano w ciągu kilkunastu minut po godzinie 19. W tym czasie - jeśli to on był zabójcą - D. musiał jeszcze doczłapać się w „ciapciach lub laczkach” do oddalonego o niespełna 300 metrów sklepiku „Grześ”, wybrać piwko, zapłacić rachunek, zabrać towar, wrócić do domu, pokłócić się z małżonką, sięgnąć po nóż i zadać nim 34 ciosy, zadzwonić po karetkę i tak ukryć narzędzie zbrodni, by nie udało się go odnaleźć do dziś.

Czy to realny scenariusz?

Zdania są podzielone, a w pierwszej instancji bój miedzy obroną i oskarżeniem toczył się w dużym stopniu o cenne minuty rozbieżności dotyczące, np. ustawienia zegara kasy fiskalnej (drukowała na paragonach godzinę o 7 lub 9 minut różniącą się od tej, która była w rzeczywistości) i rejestracji połączenia telefonicznego (kolejna minuta).

- Warto podkreślić, że nawet jeśli uznalibyśmy, że D. teoretycznie zdążyłby wykonać te wszystkie rzeczy, by udowodnić mu zabójstwo należałoby bezspornie wykazać, że nie tylko mógł to zrobić, ale rzeczywiście tego dokonał - tłumaczy mec. Brożek przekonany o tym, że dotąd nic podobnego nie miało miejsca. - Jestem przekonany, że w toku ponownie przeprowadzonego przed Sądem Okręgowym w Gdańsku procesu ponownie udowodnimy niewinność - mówi.

- Jestem pewna, że D. jest winien. O wyrok skazujący będę walczyła do samego końca - powiedziała jeszcze przed ogłoszeniem wyroku prok. Alina Wojdyr, która jest przeciwnego zdania niż mec. Brożek i w przypadku niepomyślnego rozstrzygnięcia była gotowa składać kasację do Sądu Najwyższego. Sądowi pierwszej instancji zarzuciła m.in. „zupełnie bezkrytyczne uznanie za wiarygodne wyjaśnień Stanisława D.” i nieprawidłowe określenie sekwencji zdarzeń.

Podobnie jak Sąd Okręgowy w Gdańsku do nietypowej sprawy wrócimy.


jacek.wiercinski@polskapress.pl

polecane: FLESZ: Podział Mandatów po wyborach parlamentarnych

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

K
Krol KiK

Zaraz ja zabije tylko skocze w kapciach do sklepu po piwo.

k
klam

Ten, kto kłamie, może okraść. Ten kto kradnie może zabić.

Dodaj ogłoszenie