reklama

TVP Gdańsk: Wyparci ze szkła

Dorota AbramowiczZaktualizowano 
Dyrektor gdańskiego ośrodka TVP, Piotr Ostrowski twierdzi, że nie jest zwolennikiem grupowych zwolnień, ale musi wykonywać polecenia warszawskiej centrali Tomasz Bołt
Odchodzący prezes TVP zwalnia znanych gdańskich dziennikarzy. Związkowcy zapowiadają strajk ostrzegawczy w obronie kolegów.

Wręczanie wypowiedzeń w TVP rozpoczęło się we wtorek, 1 września. Oficjalnie - jedynie z powodów ekonomicznych. Nieoficjalnie - by przed spodziewaną zmianą władzy w publicznej telewizji zablokować następcom Piotra Farfała możliwość zatrudnienia "swoich" ludzi.

Na liście zwolnień grupowych w całej Polsce znalazło się 382 pracowników etatowych i 400 współpracowników. Z ogólnopolskiego ekranu mają zniknąć m.in. Monika Richardson i Beata Chmielowska-Olech z Teleekspressu. Za zwalnianymi ujął się Związek Zawodowy Pracowników Twórczych TVP SA Wizja, który, sugerując, że oszczędności należy szukać gdzie indziej, zapowiada strajk ostrzegawczy i rozważa ogłoszenie wotum nieufności wobec prezesa TVP.

Pusty korytarz

W gdańskim ośrodku wytypowano 21 nazwisk "etatowców". Wśród nich m.in. - Krzysztofa Kalukina, Marka Ponikowskiego, Jana Lindnera, Aleksandra Goska, Tomasza Miegonia, Leszka Sarnowskiego. Współpracownik TVG Tomasz Olszewski przestanie redagować "Brulion kulturalny".

- Nie liczę na solidarność ze strony kolegów - mówi z goryczą jeden z wytypowanych do zwolnienia dziennikarzy. - Zawsze tak było, gdy znikało kilka osób. Wtedy innym luźniej się robiło. - Wspólna akcja w sprawie wypowiedzeń? - wzrusza ramionami inny dziennikarz z listy. - To nie jest wystarczający powód. Każdy się boi o swoje miejsce pracy.

A jednak na budynku gdańskiego ośrodka zawisły flagi. - Występujemy w obronie wszystkich zwolnionych pracowników twórczych telewizji - odpowiada Hanna Kordalska-Rosiek, dziennikarka, przewodnicząca gdańskiego koła związku Wizja. - Także tych, którzy nie są naszymi członkami.
Kordalska-Rosiek doskonale wie, jakie to uczucie zobaczyć swoje nazwisko na liście zwolnień. Sama tego doświadczyła w maju ub. roku, za czasów, gdy ośrodkiem gdańskim kierowała zawieszona obecnie Joanna Strzemieczna-Rozen. Wówczas też władze TVP tłumaczyły zwolnienia oszczędnościami. Oprócz Kordalskiej-Rosiek wytypowano 10 osób. Wśród nich Janusza Trusa, Jerzego Boja i Marię Kańską.

- Myślałam, że nic mi nie grozi - wspomina dziennikarka z ponad 20-letnim stażem. - Moje programy były w ramówce TV Polonia, zaledwie rok wcześniej na Przeglądzie i Konkursie Dziennikarzy Oddziałów Terenowych odebrałam pierwszą nagrodę za program "Tak czy inaczej". Postanowiłam walczyć, poprosiłam o pomoc Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, napisaliśmy protest, wytoczyłam sprawę telewizji.

Okres wypowiedzenia dyrekcja skróciła do jednego miesiąca. Po 31 lipca Kordalska-Rosiek miała już zakaz wstępu do budynku przy ul. Czyżewskiego. - W ostatnich dniach pracy czułam się jak trędowata - wspomina. - Szłam korytarzem, a wszyscy uciekali, chowali się w pokojach. Byleby nikt ich ze mną nie widział.

Wyglądało to jak scena z "Człowieka z marmuru" Wajdy, gdzie na widok kroczącej korytarzem na Woronicza Agnieszki (Krystyna Janda) zamykają się jedne za drugimi drzwi. Inne czasy, inna telewizja. Tylko korytarz został.
Kordalska-Rosiek nie komentuje tych odniesień filmowych. Ale boli wspomnienie bliskiej koleżanki, która spytała po cichu, czy może publicznie mówić, że się pokłóciły. Po ośmiu miesiącach walki o przywrócenie do pracy, tuż przed ostatnim posiedzeniem sądu, zawieszono w obowiązkach dyrektor Strzemieczną-Rozen. Jej stanowisko objął Piotr Ostrowski.

- Zaproponował ugodę, odszkodowanie i etat - mówi Kordalska-Rosiek. - Wróciłam 1 kwietnia tego roku. Podczas rozpraw przed sądem pracy naprzeciw powódki stawali - jako świadkowie dyrekcji - szef Panoramy Aleksander Gosk i sekretarz programowy Leszek Sarnowski. Dziś obaj znaleźli się na liście zwolnień grupowych i to m.in. za nimi stanął związek Wizja, kierowany w Gdańsku przez Hannę Kordalską-Rosiek.

- Nie czuję żadnej satysfakcji z tych zwolnień - twierdzi szefowa Wizji. - Wręcz przeciwnie - uważam, że tego typu działania psują firmę. W telewizji liczy się praca zespołowa. Trudno pracować w takiej atmosferze.

Klucz do zagadki

Formalnie przyczyną zwolnień grupowych jest fatalna sytuacja finansowa telewizji publicznej. Winny ma być kryzys (mniej wpływów z reklam) oraz skutki zapowiedzi likwidacji abonamentów. Już plan finansowy na obecny rok zakładał 78 mln złotych deficytu. Na początku roku zapowiedziano więc, że obecny zarząd TVP ograniczy inwestycje do 100 mln złotych, ograniczy liczbę kanałów tematycznych, będzie likwidować z ramówki programy nierentowne.

Oszczędzać można także na ludziach. Wybieranych zgodnie z kluczem. To najchętniej komentowali nasi rozmówcy. Większość - anonimowo. - Sprawa była prosta - mówi doświadczony dziennikarz . - W naszym systemie komputerowym w Warszawie automatycznie z listy wyskakiwały nazwiska osób w wieku okołoemerytalnym. Tak "wyskoczyli" m.in. Lindner, Ponikowski, Kalukin.

Marek Ponikowski , znany z "Gdańskiego dywanika" otrzymał propozycję przejścia na emeryturę i kontynuacji współpracy z telewizją. Nie buntuje się, chociaż twierdzi, że trudno przewidzieć, czy owa propozycja nie przestanie być aktualna po kolejnych zawirowaniach. Jednak już Krzysztof Kalukin, wielokrotnie nagradzany dziennikarz i reżyser, zapowiada, że spotka się z dyrektorem w sądzie. Dopiero za rok osiągnie wiek emerytalny i - zgodnie z prawem - znajduje się w okresie ochronnym. Decyzja o jego zwolnieniu oznacza więc dodatkowe koszty dla firmy.

- Gdańska telewizja nie wygrała do tej pory ani jednego procesu z pracownikiem - komentuje krótko Teresa Gosk, emerytowana dziennikarka telewizyjna. Kolejną grupą osób są pracownicy postrzegani jako "ludzie Joanny Strzemiecznej-Rozen", powołanej na stanowisko dyrektora ośrodka za czasów rządów PiS. Oprócz walki ze zwalnianymi dziennikarzami pamięta się jej incydent z czasu wizyty George'a Busha w Gdańsku, kiedy kazała zasłonić napis "Lech Walesa Airport", przed którym Piotr Kraśko przeprowadzał rozmowę z Lechem Kaczyńskim. Spekulowano też, że to jej interwencja w sprawie zamówionej przez "Wiadomości" relacji na temat rozwodu córki prezydenta ostatecznie doprowadziła do utraty stanowiska prezesa TVP przez Bronisława Wildsteina. Za jej kadencji TVG zdjęła nagle kaszubską "Rodnô Zemię", co spowodowało ostrą reakcję Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego i ostatecznie przywrócenie programu.

Niedawno do mediów wyciekła informacja, że za czasów jej rządów w firmie mogło dojść do licznych nieprawidłowości. - Nie będę niczego komentować - mówi Strzemieczna-Rozen. - Jestem zawieszona od lutego do końca września i do tego czasu nie mogę wypowiadać się publicznie na temat mojej firmy.
Obecny dyrektor Piotr Ostrowski potwierdza, że "efekty pracy organów ścigania" doprowadziły do zawiadomienia złożonego w prokuraturze. - Z raportu NIK wynika, że same wydatki ze służbowej karty pani dyrektor na "usługi gastronomiczne" wyniosły w 2007 r. 118 tys. zł, a w 2008 r. - 97 400 zł - wylicza. - Dosłownie przejedliśmy ponad 6 mln zł, które wypłacił nam Carrefour z tytułu dzierżawy 3,5 ha działki. Dziwne też były pensje niektórych pracowników. Człowiek odpowiedzialny za utrzymanie porządku na placu wokół siedziby TVG (strzyżenie trawy, odśnieżanie itp.) dostawał... 11,5 tys. zł miesięcznie. Ja płacę mu 3 tys. zł. Córka kierowcy pani dyrektor na prowadzenie archiwum dostawała 24,5 tys. zł. Prawniczka za zamówienie na rok licencji na kodeks cywilny i karny, zapłaciła 14 tys. złotych.

- Zarzuty wyssane z palca! - denerwuje się jeden z pracowników, związany z poprzednią ekipą. - Usługi gastronomiczne to wigilia i gwiazdka w ośrodku, kolacje z reżyserami. O tak wysokich pensjach nic nie słyszałem. W archiwum zatrudniono 8 osób, po odliczeniu 4400 zł na VAT, zostało 20 tys. zł na miesiąc.

Nie każdą trudno zrozumiałą decyzją można obciążać Strzemieczną-Rozen. Dziwacznie wygląda na przykład sprawa byłej siedziby gdańskiej telewizji przy ul. Sobótki we Wrzeszczu. Walący się budynek został wyceniony na ok. 9 mln złotych. Znalazł się chętny - związana z Maciejem Grzywaczewskim spółka ATM, która zaoferowała 13 milionów zł. Sprzedaż nie doszła do skutku, bo przetarg unieważnił ówczesny członek zarządu TVP SA Sławomir Siwek. Dlaczego? Nie wiadomo. Niektórzy twierdzą, że zadecydowały osobiste i polityczne animozje. Budynek niszczeje, a telewizja rocznie wydaje na jego utrzymanie 400 tys. zł.

Z kolei przeciwnicy obecnego szefa wypominają mu, że szykując zwolnienia dla dziennikarzy, jednocześnie zatrudnił, w maju br., w biurze reklamy dwóch działaczy Ligi Polskich Rodzin - Grzegorza Sielatyckiego i Piotra Błaszkowskiego. Dyrektor broni się - rzeczywiście, po wielu rozmowach z prezesem Farfałem zgodził się w końcu na zatrudnienie działaczy LPR na etatach, ale etaty - trzy (można było dobrać jeszcze jedną osobę) - przydzieliła ze swej puli Warszawa. Poza tym, jak twierdzi, obaj panowie dobrze pracują.

Telefon z pogróżkami

Po odejściu Joanny Strzemiecznej-Rozen część pracowników uznano - słusznie lub mniej słusznie - za ludzi związanych z poprzednią ekipą. A oni już nie chcą zbytnio wierzyć, że listę z nazwiskami ułożono w stolicy. - Dziwne, że Farfał tak dobrze mnie zna - stwierdza z przekąsem jeden ze zwalnianych. - Stawiam bardziej na kogoś stąd, kto miał swoich kandydatów.

Tu pada nazwisko dziennikarza uchodzącego od lat za szarą eminencję gdańskiej telewizji.
W środowisku szczególne wzburzenie wywołało umieszczenie na liście Aleksandra Goska. - To jest nieludzkie. Gosk na początku roku ciężko zachorował na chorobę nowotworową. Po powrocie ze zwolnienia lekarskiego zawiadomiono go, że straci pracę. Nie ma jeszcze uprawnień emerytalnych - mówi Lucyna Bujnicka, była dziennikarka TVG, obecnie rzeczniczka SKM.
Bujnicka dzwoniła w tej sprawie z interwencją do dyrektora Ostrowskiego. W efekcie została wezwana na dywanik do swojego obecnego szefa, gdzie powiedziano jej, iż Ostrowski skarżył się, że wydzwania do niego w sprawie zwalnianych kolegów ze służbowego telefonu. - Stanowczo zaprzeczyłam - mówi dziennikarka. - Mogę nawet przedstawić bilingi. - Telefony od pani Bujnickiej dzwoniły kilka dni z rzędu - utrzymuje dyr. Piotr Ostrowski. - Potwierdzić to może moja sekretarka. To są groźby karalne!

Inny rozmówca: Dyrektor i tak interweniował w Warszawie w sprawie Goska. Miał usłyszeć, że jedyna osoba, którą "zdjęto" z listy z powodu choroby, przebywa obecnie w hospicjum.
Tymczasem w Warszawie głośno było o pracującej od lat w TVP realizatorce Barbarze Gajos. Leżąc w ciężkim stanie w szpitalu tuż przed śmiercią usłyszała, że jest na liście do zwolnienia. I z tą wiedzą zmarła.

Jeden szef na jednego dziennikarza

Związkowców z Wizji najbardziej denerwują proporcje. Twierdzą, że trzeba najpierw wyeliminować nadmierne zatrudnienie w sferze pozaprodukcyjnej i przerost zatrudnienia w administracji.
Telewizja polska zatrudnia łącznie 3169 osób. Niespełna co trzeci (909 osób) należy do tzw. grupy pracowników twórczych (m.in. dziennikarzy, operatorów, montażystów, dźwiękowców). Pracownicy administracyjni i pomocniczy to już 1792 etaty.

- Na jednego dyrektora lub kierownika przypada 10 pracowników - wylicza Hanna Kordalska-Rosiek. - Jeszcze dziwniej wyglądają proporcje w zatrudnieniu dziennikarzy. Tu na jednego dziennikarza przypada jeden szef. Nie rozumiem więc decyzji o zwalnianiu dziennikarzy.

Związek skarży się, gdzie może. O zwolnieniach, które mogą skutkować likwidacją niektórych programów, zawiadomiono m.in. Radę Programową OTV w Gdańsku. Teoretycznie rada ma pilnować, by w zawierusze związanej z walką o oszczędności i politycznymi przepychankami o panowanie nad telewizją nie zapomniano o tym, co najważniejsze - o programie. Programie skierowanym do konkretnego, regionalnego widza, który chce wiedzieć, co dzieje się w jego mieście, w szpitalu, w szkole. Gdzie znajdą pracę zwalniani stoczniowcy i jaki spektakl warto obejrzeć w teatrze Wybrzeże. Wyrzucanie ludzi, którzy pracują nad przygotowaniem tych materiałów osłabia lokalną telewizję, która i tak została zdominowana przez ogólnopolski program TVP Info.

- Zwróciłem się właśnie do dyrektora o wyjaśnienia w sprawie "Brulionu" - mówi Paweł Braun, wiceprzewodniczący rady. - I co dalej? Nie mam pojęcia. Tak naprawdę nasza rada nie ma żadnej mocy sprawczej, możemy tylko składać oficjalne zapytanie. To tak, jak pisać na piasku. Najchętniej postawiłbym wniosek o likwidację rady.

Moc sprawczą ma zarząd. Prezes. Dyrektor. I politycy. Dziennikarze przyznają - praca w telewizji publicznej przypomina jazdę na diabelskim młynie. Oczywiście liczy się rzetelność, warsztat i miłość widza, ale to nic nie pomoże, jeśli pracownik nie będzie uważał na polityków. Bo ci - zarówno w stolicy, jak i na prowincji - od lat byli dziwnie przekonani, że władza wynikająca z wygranych wyborów, zawiązanych koalicji lub rozkładu sił w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji, musi przekładać się na władzę w szklanym okienku.
Politycy lubią telefonować do telewizji. Szczególnie często padało w tym kontekście nazwisko obecnego europosła, Jacka Kurskiego. Podobno za poprzedniej ekipy potrafił w jeden weekend wykonać kilkanaście telefonów do ówczesnego kierownika "Panoramy". (Był nim obecny szef ośrodka, Piotr Ostrowski). A gdy ten nie odbierał - stracił stanowisko.

- Jak nie jedna, to inna cholera zadzwoni - mówi dosadnie zwalniany dziennikarz. Piotr Ostrowski, jako dyrektor, i dziś odbiera telefony od polityków. Twierdzi jednak, że nie pozwala ręcznie sterować programem.

Zdążą, nie zdążą?

Dyrektor Ostrowski nie ukrywa, że nie jest zwolennikiem grupowych zwolnień, ale równocześnie deklaruje, iż musi wykonywać polecenia prezesa Farfała. Na razie w Gdańsku nie wręczono ani jednego wymówienia. I niewykluczone, że się ich w ogóle nie wręczy. Z dwóch powodów. Pierwszy jest prozaiczny - prawie wszyscy pracownicy z listy nagle rozchorowali się i są na zwolnieniach lekarskich. Powód drugi to czas, który działa na korzyść zwalnianych. Posiedzenie nowej rady nadzorczej spółki, która najpewniej odwoła Piotra Farfała, może odbyć się już 16 września.

- Farfał chce zwolnieniami grupowymi zablokować przyjmowanie nowych ludzi przez następną ekipę - twierdzi Hanna Kordalska-Rosiek. - Prawo mówi wyraźnie - rok po zwolnieniach grupowych nie można nikogo zatrudnić na wolne miejsce.

Część dziennikarzy jest rozżalona, że PO nie zrobiła porządku z sytuacją w telewizji i dopuściła do przejęcia władzy przez działacza LPR. - Platforma Obywatelska nie chce paplać się w tym bagnie - słyszę od osoby związanej z partią Tuska. - Zwyciężyła opcja, by kompletnie odpuścić.
O Piotrze Ostrowskim mówiono, że był "człowiekiem Jolanty Szczypińskiej", która poleciła znajomego dziennikarza ze Słupska.

- Nie jestem niczyim człowiekiem - zaprzecza Ostrowski. - Plotki mówiły najpierw, że wspiera mnie Szczypińska, potem była Samoobrona, teraz jest LPR, a potem może będzie SLD, a nawet Platforma.
Ekipa, która przejmie władzę w telewizji publicznej, to efekt dość egzotycznego sojuszu PiS i SLD.

Ostatnie korytarzowe plotki głoszą, że telewizję w Gdańsku weźmie lewica. Spekuluje się, kto w takim wypadku mógłby zająć miejsce Ostrowskiego. Nic dziwnego, że do tego, co będzie ze zlikwidowanym na rzecz programu centralnego wieczornym pasmem lokalnym, nikt nie ma już głowy.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

a
adam

zgotowali ten los. Parcie na szkło jest ważniejsze od honoru

Dodaj ogłoszenie