reklama

Sorry, nie dam rady dojechać. Pociąg tu nie staje, PKS wypadł, busika nie ma [rozmowa]

Roman LaudańskiZaktualizowano 
Przyzwyczailiśmy się, że edukacja, służba zdrowia czy kultura są dotowane. A dlaczego nie transport, który także jest zadaniem własnym samorządu?
Przyzwyczailiśmy się, że edukacja, służba zdrowia czy kultura są dotowane. A dlaczego nie transport, który także jest zadaniem własnym samorządu? archiwum PPG
Rozmowa z Olgą Gitkiewicz, autorką reporterskiej książki "Nie zdążę".

Co się stało z transportem publicznym po 1989 roku?
Zachłysnęliśmy się samochodami, które nam się bardzo spodobały. Wtedy specjaliści od planowania transportu publicznego uznali, że samochody są konkurencją, z którą nie da się wygrać. Nawet nie ma sensu walczyć. Dlatego transport publiczny na terenach pozamiejskich pozostawiono bez opieki. Autobusowy dogorywał i ciągle dogorywa, a kolejowy ma wzloty, upadki. Masowe „usamochodowienie” Polaków rzeczywiście wyparło kolej czy pekaes. I dziś mamy tereny, na których bardzo brakuje transportu zbiorowego. Mieszkańcy mogą tam polegać wyłącznie na swoich samochodach i sąsiedzkich podwózkach, ale kiedy jest mowa o przywracaniu transportu, to włodarze niektórych gmin czy małych miasteczek zastanawiają się: a kto będzie z tego korzystał?

Skąd teza o 14 mln Polaków wykluczonych komunikacyjnie?
Czerpię ją z Klubu Jagiellońskiego, który kilka lat temu przeprowadził badania wykluczenia komunikacyjnego. Sprawdzili, w ilu gminach na terenie kraju radni z wójtem nie organizują transportu, czyli nie realizują zadania własnego, jakim jest transport publiczny. Dodam, że to nie są gminy, w których absolutnie nic nie jeździ. Być może tam są prywatni przewoźnicy, którzy nie podpisali umów z gminami, tylko organizowali przejazdy na trasach, które im się kalkulowały. Ktoś taki mógł z dnia na dzień zlikwidować jakiś kurs. To są mieszkańcy gmin, w których nie ma pewności solidnie przemyślanego transportu.

A taką pewność kursu pasażerowie mieć powinni.
Jeżeli jej nie mamy, to odwracamy się od takiego transportu i zaczynamy liczyć na siebie. To nie jest kaprys. Samorządy powinny to organizować, bo przewozy to jedna z wielu usług dla mieszkańców.

Jak oświata czy służba zdrowia, do których trzeba dopłacać.
Dotujemy także edukację i kulturę. Dotujemy też kolej. Drogi. Wodociągi. Tu nie mamy wątpliwości, do tego przywykliśmy. A transport od trzydziestu lat nie kojarzy się nam z czymś, co jest naszym prawem, tylko z czymś, co jest dla określonych grup, np. tych, co nie posiadają samochodu. Czy to znaczy, że to są gorsi ludzie? Bardzo wykluczające podejście.

Jeśli do konkretnej wsi, sołectwa nie dociera transport publiczny, to jak to się przekłada na życie mieszkańców?
Zacznę górnolotnie: wtedy nie wszyscy mogą w pełni żyć. To się przekłada na pracę, naukę. Nie każdy Polak ma samochód, choć posiadamy ich bardzo wiele. Nie każdy ma prawo jazdy. Dotyczy to dzieci i osób, które jeszcze bądź już nie mogą jeździć samochodem. Statystycznie mniej kobiet w Polsce posiada prawo jazdy. W młodszych grupach wiekowych proporcje są wyrównane, ale przecież nie wszyscy mogą sobie pozwolić na samochód, tankowanie i jego utrzymanie. To się też przekłada na kłopoty z dojazdem do pracy. To wykluczenie wykluczonych, np. osób z niepełnosprawnością lub bezrobotnych. Kiedy zbierałam materiały do poprzedniej książki („Nie hańbi”, o bezrobociu i pracy - przyp. Lau.) w opowieściach bezrobotnych z terenów bez komunikacji publicznej pojawiał się wątek, że nie tylko nie mogą jeździć do urzędu pracy, żeby się zarejestrować, ale w ogóle nie mogą podjąć pracy. Jeśli nawet dostawali propozycję pracy, np. zmianowej, to wiedzieli, że niczym tam nie dojadą. I rezygnowali. Zimą nie dojechaliby rowerem. Uczniowie nie mogą chodzić na zajęcia dodatkowe, bo muszą zdążyć na bus czy autobus. Słyszałam opowieści o końcówkach kinowych filmów znanych tylko z opowieści, bo z uwagi na ostatni kurs nie można było czekać na koniec seansu. Albo pół biedy, kiedy rano można wyjechać ze wsi - myślę o starszych kobietach, które później czekają kilka godzin na autobus powrotny. One i tak mają możliwość powrotu, a przecież są wsie, w których ludzie w ogóle nie decydują się na wyjazd do lekarza, bo to się wiąże ze zbyt dużym wysiłkiem, logistyką. Rezygnują z leczenia, są wykluczeni.

Nie dotyczy to tylko osób starszych czy dzieci.
Sprowadzanie problemów tylko do tych grup pcha nas w myślenie, że transport jest dla nielicznych. A on ma służyć wszystkim. Nie tylko osobom w wieku 75 lat chcącym dostać się do lekarza, czy 16-latkowi, który umówił się do kina. Także 55-latkom, którzy chcą dojechać do znajomych czy 42-letniemu mężczyźnie chcącemu dojechać do banku. Transport powinien być dla wszystkich. Na tym polega jego funkcja publiczna.

Specjaliści od transportu twierdzą, że zorganizowanie transportu dla 2-3 procent mieszkańców województwa za jedną piątą budżetu po prostu się nie kalkuluje.
Argument finansowy jest bardzo ważny. Tym bardziej że powiaty mają dużo obciążeń. Tylko kiedy argument finansowy wysuwa się nam na czoło, to zapominamy o ludziach. Są dobrze działające koleje marszałkowskie: Koleje Wielkopolskie, Koleje Dolnośląskie, Łódzka Kolej Aglomeracyjna. Działają od około 10 lat. Zwiększają liczbę przewozów. Niektóre linie są na granicy przepustowości. I na to wykłada się pieniądze. Może to nie kwestia: czy to się kalkuluje, tylko skąd te pieniądze brać? Pomyślmy o nich jako o czymś, co w dłuższej perspektywie będzie się zwracać. Wtedy na drogach będzie mniej samochodów, co przełoży się na czystsze środowisko, a ludzie zaczną się więcej ruszać, będą bardziej aktywni. I może transport będzie wtedy dla większej liczby mieszkańców, nie tylko dla 3 procent.

Expose premiera - orto najważniejsze obietnice Morawieckiego

Wideo

Materiał oryginalny: Sorry, nie dam rady dojechać. Pociąg tu nie staje, PKS wypadł, busika nie ma [rozmowa] - Gazeta Pomorska

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 3

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Panie Redaktorze.

Co jest powodem, że Pan kłamie?

Premier Morawiecki, człowiek o kryształowej przeszłości wielokrotnie mówił, że autobusy PKS koleje PKP wrócą na stare, zlikwidowane linie.

Pan Premier wie co mówi i Pan Premier nie kłamie.

Chyba, że się pomyli.

h
hgtefr
8 listopada, 10:02, Mariola:

Szara rzeczywistość skrzeczy ... A w Inowrocławiu przewoźnicy likwidują jedyny i ostatni kurs autobusowy do Warszawy...

bo po co skoro macie blisko do włocławka bydgoszczy torunia na flixa.

M
Mariola

Szara rzeczywistość skrzeczy ... A w Inowrocławiu przewoźnicy likwidują jedyny i ostatni kurs autobusowy do Warszawy...

Dodaj ogłoszenie