Sekrety dobra wspólnego

Jarosław ZalesińskiZaktualizowano 
Rola abp. Gocłowskiego nie polegała tylko na roli świadka Adam Warżawa
Rozmowy w Wilanowie w listopadzie 1988 roku były tak utajnione, że z okien budującej się parafii na wszelki wypadek nie zdjęto nawet prześcieradeł.

Wieczorem zjechali generał Kiszczak, szef komunistycznych sił bezpieczeństwa, i Stanisław Ciosek, ważna osobistość Biura Politycznego KC PZPR. Stronę solidarnościową reprezentowali Lech Wałęsa i Tadeusz Mazowiecki. Kościół - bp Alojzy Orszulik i biskup gdański Tadeusz Gocłowski. Miesiąc wcześniej rozmowy Okrągłego Stołu rozbiły się o kwestię legalizacji Solidarności. Słynny mebel został nawet rozkręcony.

W Wilanowie wydawało się, że powtórzy się scenariusz sprzed miesiąca. Gdy ze strony Wałęsy znów padło słowo Solidarność, generał Kiszczak tylko jeszcze bardziej wysunął szczękę, po czym z Cioskiem zatrzasnęli swoje aktówki i oświadczyli, że wychodzą bez uzgodnionego komunikatu. I wtedy pomiędzy komunistami i opozycjonistami stanął biskup Gocłowski. - Polska nie jest własnością ani jednej, ani drugiej strony - apelował. Poskutkowało. Komunikat z rozmów był bardzo lakoniczny, ale utorował drogę do dalszych negocjacji.

Książka "Świadek", wywiad rzeka z arcybiskupem Tadeuszem Gocłowskim, przeprowadzony przez Adama Hlebowicza, dyrektora gdańskiego Radia Plus, zawiera opisy wielu podobnych sekretnych wydarzeń (ot choćby pyszna historia o tym, jak to Wałęsa helikopterem wieziony był na spotkanie z papieżem w Zakopanem).

Gdański biskup dba zawsze o to, by swoją rolę w nich uskromnić, ale spoza tej woalki wyłania się portret postaci, której udział w wydarzeniach lat 80. i 90. nie polegał bynajmniej na skromnej roli świadka. Przypatrzmy się choćby, jak to było z przyjazdem Jana Pawła II do Trójmiasta w 1987 roku.

Dla komunistów Gdańsk był miejscem wyklętym z listy możliwych miast, co było przyjmowane przez wielu biskupów jako warunek nie do przejścia. I wtedy biskup Gocłowski, "niezależnie od nurtów panujących w programowaniu wewnętrznym Episkopatu", jak to w języku kościelnej dyplomacji opisuje, wybiera się do Watykanu z własnym listem, z prośbą, aby papież odwiedził Gdańsk. Z prałatem Dziwiszem dbają o to, by list niewinnie wręczyć papieżowi na kolacji, na której jest także abp Dąbrowski, sekretarz Episkopatu.

Ale abp Dąbrowski stwierdza stanowczo, że wizyta papieża w Gdańsku jest niemożliwa. Papież po długim milczeniu mówi "jeśli nie będę mógł być w Gdańsku, nie wiem, czy w ogóle mógłbym jechać do Polski". Z tym papieskim werdyktem abp Dąbrowski wrócił do kraju. Komuniści ustąpili.
Gdyby nie ta kolacja, Jan Paweł II być może sam z siebie podjąłby decyzję przyjazdu do Gdańska. Ale nie możemy iść w zakład, że tak by się stało. Nie byłoby wówczas tej sekwencji zdarzeń, o której, znów bardzo dyskretnie, mówi abp Gocłowski. Słynna msza na gdańskiej Zaspie uświadomiła i Kościołowi, i komunistom, że Solidarność, wbrew wszystkim zaklęciom władz, pozostała żywą ideą. Wolno sądzić, że bez mszy na Zaspie nie byłoby w Gdańsku strajków roku 1988 r. Bez nich nie byłoby późniejszych rozmów. Komunizm i tak by upadł. Ale...

Naturalnie rozmówca Adama Hlebowicza mocno by się żachnął, gdyby przypisywać jemu osobiście wszystkie te zasługi. I żachnąłby się słusznie. Arcybiskup senior gdański nie jest w tej książce świadkiem własnej roli w najnowszej historii Polski. Jest świadkiem roli, jaką odegrał w niej Kościół.

O liniach tradycji tego Kościoła Hlebowicz i były gdański metropolita prowadzą ze sobą bardzo zajmującą rozmowę. To linie prowadzące przez Kraków z kardynałem Sapiechą i kardynałem Wyszyńskim, Lublin z jego tradycją filozoficzną, Warszawę z kardynałem Wyszyńskim, po Gdańsk, gdzie w latach 80. dokonała się synteza tych nurtów.

Tak właśnie, jako na syntezę elementów kościoła Wyszyńskiego i kościoła Wojtyły patrzy na Solidarność abp Gocłowski. Syntezę otwartą też na całkiem inne tradycje. Tę otwartość pokazywał abp Gocłowski choćby wówczas, gdy na rekolekcje dla duszpasterzy pracy w Częstochowie zaprosił Jacka Kuronia, ówczesnego ministra.

Czy książka nie opisuje jednak tej roli Kościoła w przeszłości, a nie teraźniejszości? Poniekąd tak jest. Rozmowy w papieskiej rezydencji w Oliwie stopniowo traciły swoją moc sprawczą. Spotkanie Wałęsy z grupą Mazowieckiego w 1990 roku rozpoczęło wojnę na górze (tak, tak, zaczęło się w Oliwie...), na spotkaniu Tuska z Kaczyńskim, które miało doprowadzić do zawiązania PO-PiS-u, abp Gocłowski mógł już tylko obserwować, jak logika partyjnego konfliktu bierze górę nad logiką szukania dobra wspólnego.

Książka "Świadek" pozostaje jednak ważnym na przyszłość duchowym testamentem byłego gdańskiego metropolity. "Nie rozwiążemy problemów, jeśli będziemy widzieć tylko ugrupowania polityczne" - przestrzega abp Gocłowski. Mówi także o roli tradycji, widząc jej znaczenie bardzo podobnie do tego, jak pisał o niej Jan Paweł II w "Pamięci i tożsamości". Mówi o uczeniu się kultury życia w wolności.

Można będzie o tym wszystkim porozmawiać z księdzem arcybiskupem Tadeuszem Gocłowskim na środowym spotkaniu w refektarzu pocysterskim w Oliwie (wejście przez seminarium duchowne). Początek spotkania godz. 18. Wstęp wolny.

polecane: Wybory 2019

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

C
Ciekawski

Mimo solennych zaklęć, że nie ,abp. T. Gocłowski uprawiał i uprawia politykę. Nie mam mu tego za złe - jako obywatel RP moim zdaniem - miał i ma do tego prawo. Gorzej, że zajmował zawsze pozycję jedynie słusznej neoliberalnej opcji.
W swojej determinacji posunął się daleko poza granicę przyzwoitości niszcząc swojego podwładnego lecz wielce zasłużonego w walce z komuną
ks. prałata H. Jankowskiego. Haniebnym było zsynchronizowanie ataku
na ks. H. Jankowskiego z pomówieniami o pedofilstwo przez
ówczesny Dziennik Bałtycki. Wiadomo, że postępowanie sądowe nie potwierdziło tych oskarżeń. Abp. Gocłowski wraz z Dziennikiem Bałtyckim
cel swój zniszczenia ks. Jankowskiego jednak osiągnął.
Przykre jest to, że abp. Gocłowski sam angażując się w politykę miał za złe to ks. Jankowskiemu. Ileż w tym było obłudy!
No tak, ale ten pierwszy zajmował zawsze stanowisko jedynie słuszne a ks. Jankowski był nazbyt często innego zdania. I za to zapłacił wysoką cenę usunięcia ze stanowiska proboszcza.
A wydaje się, że po 1989 r. dobrem wspólnym powinna być tolerancja dla poglądów odmiennych od poglądów abp. Gocłowskiego. Niestety abp. Gocłowki okazał się daleko nie tolerancyjnym!
Tu trzeba zauważyć, że nie każde z poglądów ks. Jankowskiego były do zaakceptowania, ale to samo można powiedzieć o poglądach abp. Gocłowskiego.
W komentowanym tekście czytelnik nie znajduje odniesienia się abp. Gocłowskiego do sprawy, która nie przysporzyłamu mu chwały, jaką jest słynna afera Stella Maris. Tylko naiwni mogą wierzyć, że abp. o niej
nie wiedział. Wiedział i nic nie uczynił aby ją wyjawić. Ciekawe jaki jest stan sumienia abp. Goclowskiego w tym względzie.
Te pytania stawiam tu i teraz, bo stan zdrowia nie pozwala mi ich zadać
jutro. Na koniec zauważę, że mnie interesuje prawda i tylko prawda i w dodatku cała prawda!

Dodaj ogłoszenie