Represjonowani lekarze z Białorusi szukają pracy w Polsce. "Pójdziemy wszędzie, gdzie zechcą nas przyjąć"

Dorota Abramowicz
Dorota Abramowicz
Julia Trusiło i Wiaczesław Perec, młode małżeństwo lekarzy z Pińska, uciekło do Polski z obawy przed aresztowaniem. Sława był w grupie inicjatywnej Swietłany Ciechanouskiej, został zatrzymany przez policję.
Na pozór sprawa jest prosta. Można pomóc tym, którzy na to zasługują i chcą nam także pomóc. Mowa o kilkudziesięciu białoruskich lekarzach, którzy w ostatnich miesiącach uciekli ze swojej ojczyzny przed represjami reżimu Aleksandra Łukaszenki. Wcześniej aresztowani, pozbawieni pracy szukają w kraju, cierpiącym na dramatyczny brak kadry medycznej swego miejsca na ziemi. I tylko, jak zwykle, diabeł tkwi w szczegółach. Bardzo istotnych.

Mikita pracował jako lekarz w narodowych reprezentacjach sportowych Białorusi. Współpracował z wielokrotną mistrzynią olimpijską Darią Domraczewą. Od sierpniowych protestów 2020 roku wychodził na ulice Mińska jako ratownik medyczny, z biało-czerwoną opaską na ramieniu, by nieść pomoc demonstrantom.
Zatrzymano go, wraz z dziewczyną, 26 października, podczas marszu emerytów. Pobito. W milicyjnym busie zabrano im telefony. Dziewczynie przystawiono nóż do twarzy i zagrożono obcięciem palca, jeśli nie podadzą numerów PIN.
Na komisariacie usłyszeli zarzut organizacji zamieszek i obrzucenia siedziby milicji kamieniami. Trafili do aresztu. Wyszli, ale Mikita pozostał głównym podejrzanym w sprawie karnej. Kupili więc bilety lotnicze do Warszawy, zdążyli wyjechać.

Młode małżeństwo, Julia Trusiło i Wiaczesław Perec dopiero co skończyło studia medyczne, Sława w 2019, Julia w 2020 roku. Studia trwają 6 lat, twierdzą, że niewiele różnią się od polskich, mogą być najwyżej godzinowe różnice w nauczaniu różnych przedmiotów. Pracowali w Centrum Higieny i Epidemiologii w Pińsku, on jako epidemiolog, ona jako diagnosta laboratoryjny. Pochodzą z rodzin lekarskich. U Julii lekarzami są mama i dziadek, u Sławy - mama.

- Sława był członkiem grupy inicjatywnej Swietłany Ciechanouskiej, zbierał podpisy za jej kandydaturą na prezydenta - mówi Julia. - Zatrzymali go 7 sierpnia ub. roku i wsadzili na 15 dni do aresztu. W domu przeprowadzono rewizję. Zabrali komputery, wszystkie nośniki. Szukali dojścia do zamkniętej grupy Pińsk dla Życia.

Po tym, jak Sława uczestniczył w oficjalnym, zarejestrowanym strajku został zwolniony z pracy. Niezgodnie z prawem, ale na to nie zwraca się w jego ojczyźnie uwagi. Julię też zwolnili, za to, że napisała ogłoszenie o strajku. A potem przyszło ostrzeżenie.

- Działa u nas grupa antyterrorystyczna, zajmująca się przestępczością zorganizowaną - opowiada Julia. - Od przyjaciela, który pomagał zbierać podpisy usłyszeliśmy, że zainteresowali się nami śledczy. Mieliśmy zostać wezwani na przesłuchanie. Nie wiedzieliśmy tylko, czy jako podejrzani, czy jako świadkowie.

Zdecydowali się uciec na Ukrainę. Tam pokazano im listę osób oficjalnie podejrzewanych o przestępczość zorganizowaną na Białorusi. Na liście był Sława.

Od listopada Julia i Sława są w Polsce.

Represje

- Lekarze na Białorusi byli w ostatnim roku pod poważną presją - twierdzi Anton Zhukau, rzecznik prasowy Centrum Białoruskiej Solidarności. - Od początku epidemii koronawirusa spadła na nich ogromna ilość pracy, brakowało podstawowych środków zaradczych. Sam Łukaszenka zaprzeczył niebezpieczeństwu wirusa. Wielu lekarzy zmuszano do pisania w dokumentach medycznych zamiast COVID "nieokreślone zapalenie płuc". Kolejnym szokiem dla białoruskich lekarzy były tysiące pobitych podczas protestów rodaków. Społeczność medyczna nie pozostała z dala i wyszła na protesty pod szpitalami.

Anastazja Pilipczyk, ginekolog, koordynatorka Białoruskiej Fundacji Solidarności Medycznej mówi, że do stycznia zatrzymano na Białorusi ponad 200 medyków. Część z nich aresztowano, niektórzy zostali pobici.

- Ponad 25 lekarzy i pielęgniarek zostało skazanych na areszt administracyjny na okres od 8 do 45 dni - wylicza Anastazja Pilipczyk. - Wśród nich są bardzo znani lekarze na Białorusi, doświadczeni profesjonaliści, członkowie międzynarodowych stowarzyszeń medycznych. Co najmniej 30 lekarzy, nauczycieli, pielęgniarek zostało zwolnionych lub zmuszonych do odejścia z pracy. Represje dotknęły m.in. studenta czwartego roku medycyny na Uniwersytecie Medycznym Vladislava Martinovicha , który został aresztowany, jako podejrzany o administrowanie kanałem White Robes TV i oskarżony pod zarzutem popełnienia przestępstwa. Inną znaną postacią jest Artem Sorokin, anestezjolog-resuscytator Szpitala Medycyny Ratunkowej. Prokuratura Generalna oskarżyła go o ujawnienie tajemnic medycznych - powiedział głośno o negatywnym wyniku badania etanolu u zamordowanego przez funkcjonariuszy Romana Bondarenki. I tak oficjalna wersja śledztwa, że ofiara była pijana, została odrzucona przez tę analizę. Obecnie Sorokin przebywa w areszcie tymczasowym. Postawiono mu zarzut karny.

Wielu medyków już opuściło kraj. Ilu jest obecnie w Polsce? Julia mówi, że to około 50 osób. Anastazja dodaje, że nie zna prawdziwej liczby. - Zdarzało się, że rodzina zebrała się po cichu i wyjechała, zwłaszcza w sytuacji, gdy mieli kogoś w Polsce, Litwie, na Ukrainie. O dziesięciu osobach wiem na pewno, ale może być ich więcej.

Czy jest tu jakiś lekarz?

Choć już wcześniej mówiono, że pod względem liczby lekarzy na tysiąc mieszkańców jesteśmy na szarym końcu w Europie, dopiero pandemia obnażyła dramatyczną sytuację ochrony zdrowia w Polsce. Bywały dni, że w izbie przyjęć szpitala zakaźnego w Gdańsku nie było lekarza dyżurnego, a dyżur na trzech oddziałach szpitala pełnił jeden lekarz, mając pod opieką od 60 do 90 pacjentów.
Internetowe "tablice ogłoszeń" zapełniły się także apelami do lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej.
Ośrodki w małych miastach i wsiach rozpaczliwie szukały medyków, gotowych podjąć pracę lekarzy rodzinnych.

W tej sytuacji coraz częściej przedstawiciele władz zaczęli mówić o "ściąganiu lekarzy i pielęgniarek ze w Wschodu" i o obniżeniu wymagań zawodowych. Uznano, że nie będzie potrzebna już nostryfikacja dyplomu i egzamin z języka polskiego, wystarczy złożenie oświadczenia o jego wystarczającej znajomości. Sprzeciwiały się temu samorządy lekarskie i pielęgniarskie, argumentując, że nowe zasady obniżą poziom opieki medycznej w Polsce.

- Jest to problem złożony - uważa dr Dariusz Kutella, przewodniczący Okręgowej Izby Lekarskiej w Gdańsku. - Białorusini, Ukraińcy, a nawet Polacy, którzy ukończyli wschodnie uczelnie nie powinni pracować bez nostryfikacji dyplomu. Nostryfikacja jest to wyrównanie wiedzy i umiejętności, niezbędne do odjęcia pracy w Polsce. Proces nauczania w krajach byłego ZSRR nie jest naszpikowany nowoczesną medycyną. Lekarz musi się całe życie dokształcać. Ponadto osoby ze wschodu słabo znają język polski. Istotę są niuanse dotyczące nazw leków, chorób, procedur. Zmiana jednej głoski może spowodować błąd. A błędy mogą skończyć się powikłaniami u pacjenta. Taka osoba musi być pod nadzorem przez kilka miesięcy.

Mimo sprzeciwów samorządów medyków w listopadzie ub. roku w ustawie "covidowej" uchylono furtkę dla zagranicznych lekarzy. Nie będą musieli już nostryfikować dyplomów, odbyć stażu podyplomowego, składać egzaminu lekarskiego. Spór jednak toczy się dalej. Jednak w sytuacji, gdy Izba Lekarska nie wyda obcokrajowcowi prawa wykonywania zawodu, może to zrobić wojewoda.

- Nie chcemy być pieczątkowym zatwierdzaczem. Nie dostaliśmy odpowiednich narzędzi - uważa dr Kutella. - Możemy pomóc tym lekarzom jako lekarze, ale nie możemy zgodzić się na precedens w trosce o naszych pacjentów. Tam są inne standardy leczenia.

Czy jest jakieś inne wyjście, pozwalające wykorzystać wiedzę i chęć do pracy medyków z Białorusi? - Jest taka furtka - twierdzi dr Kutella. - Kiedyś było u nas stanowisko felczera, biorącego udział w procesie leczenia, bez możliwości decyzyjnych. Przywrócenie takiego stanowiska dla obcokrajowców pozwoli im na pracę i da czas na zrobienie nostryfikacji.

Trzeba podjąć ten wysiłek

Niezależnie od stanowiska samorządu lekarskiego, zarządzający placówkami opieki zdrowotnej, z wolna badają sytuację.

- Mam sygnały, że poszczególni dyrektorzy będą zainteresowani takim zatrudnieniem - mówi dr Tadeusz Jędrzejczyk, dyrektor Departamentu Zdrowia Urzędu Marszałkowskiego w Gdańsku. - Nie jest to potrzeba masowa, ale część dyrektorów takie potrzeby zgłaszała. Zwłaszcza poza Trójmiastem znalezienie niektórych specjalistów jest bardzo trudne.

Na obecnym etapie nie jesteśmy jeszcze pewni, na ile ten popyt spotka się z podażą.

Kolejnym problemem, nawet jeśli wiedza medyczna jest wystarczająca, może być dostosowanie się do systemu pracy w naszych szpitalach. Jest to wysiłek organizacyjny i szkoleniowy, który musi być podjęty. Obecnie ułatwiono nieco możliwości podjęcia pracy. W zależności od zmieniających się obecnie podstaw prawnych nasze placówki będą korzystały z tej możliwości i na pewno nie będą dyskryminować lekarzy szukających pracy w trakcie rekrutacji. Jeśli zaś na zdrowie rzeczywiście przybyło środków, to potrzeby rekrutacyjne mogłyby zdecydowanie wzrosnąć. Kolejki do poradni specjalistycznych wskazują, że pracy by nie zabrakło.

Dr Jędrzejczyk podkreśla, że największa potrzeba jest na terenach wiejskich i małych miastach. Tam poszukiwani są głównie lekarze rodzinni. Już obecnie nie jest wcale rzadką sytuacją, że pod opieką jednego medyka jest ponad 3 tysiące osób. Uważa przy tym, że przed zatrudnieniem lekarza z Białorusi czy Ukrainy warunkiem przystąpienia do pracy jest nie tylko wypełnienie kwestii formalnych.

- Powinno być poprzedzone pełnym przygotowaniem organizacyjnym i praktycznym - mówi dyrektor. - Studia w Polsce to nie tylko przygotowanie merytoryczne, ale także praktyczne. I to przygotowanie praktyczne powinno być uzupełnione. Półroczne przygotowanie dla większości to absolutne minimum, potem zaś 2-3 miesiące na adaptację w konkretnym miejscu pracy. Na pewno lekarze ci mogą wesprzeć obszary, gdzie są duże braki. Zainteresowani powinni wysyłać swoje CV do podmiotów leczniczych, odpowiadając na ogłoszenia rekrutacyjne. Dobrze byłoby jednak, by warunki, o których wcześniej mówiłem zostały spełnione oraz by Ministerstwo Zdrowia chciało realnie pomóc tym kilkudziesięciu lekarzom, oferując im adekwatną ścieżkę szkoleniową i adaptacyjną.

Jan Tumasz, przewodniczący Pomorskiego Związku Pracodawców Ochrony Zdrowia, prezes przychodni Aksamitna w Gdańsku, także potwierdza, że kluczową jest kwestia znajomości języka polskiego.

- Zwłaszcza w podstawowej opiece zdrowotnej nie ma opcji, by zatrudnić lekarza, który biegle nie mówi po polsku - przekonuje. - Nie można jednak z góry kłaść na nich krzyżyka. W mojej przychodni także pracuje rezydentka z Białorusi, która przyjechała do Polski za mężem - Polakiem. Jestem bardzo z jej pracy zadowolony.

Odpracować dług

Mikita znalazł już pracę w Warszawie jako fizjoterapeuta. Julia i Sława mimo wielu prób nadal szukają. - Jesteśmy w trudnej sytuacji - przyznają. - Musimy najpierw nostryfikować dyplomy. Nowa ustawa wymaga trzech lat doświadczenia w zawodzie, a my tego jeszcze nie mamy.

Żyją w niepewności jutra. - Na Białorusi obowiązuje odpracowanie studiów - tłumaczą. - Absolwent dostaje nakaz pracy. Jeśli tego nie odrobisz, masz dług. Nasz łączny dług wynosi 23 tysiące dolarów. Jeśli nie zapłacimy przez dwa lata, będą chcieli to ściągnąć od naszych rodzin.

Od kilku miesięcy uczą się języka. - Uczęszczamy na specjalne zajęcia z języka polskiego. Znamy już podstawowe pojęcia, przeszliśmy pierwszy stopień - mówią.

Pomaga im Białoruska Fundacja Solidarności Medycznej, która przekazuje, jak podstawowe informacje - jak nostryfikować dyplom, gdzie się uczyć. W miarę możliwości lekarze dostają też pomoc finansową i w znalezieniu, choć na krótki czas, dachu nad głową. - Mamy kontakt z Ministerstwem Spraw Zagranicznych, a Fundacja Wolność i Demokracja wspólnie z Ministerstwem Zdrowia i MSZ organizują kurs medycznego języka polskiego - opowiada Anastazja Pilipczyk. - Na ich stronach są też informacje o ofertach pracy.

Ofert jest wiele. Tylko na Pomorzu poszukiwani są lekarze w Słupsku, Pucku, Kartuzach, Kwidzynie, Ustce.

- Na razie nasze dokumenty przeglądane są w Grudziądzu, czekamy na odpowiedź - mówi Julia. - Nie wiemy, jak to się zakończy. Czy będziemy mogli kiedyś wrócić do ojczyzny, czy czeka nas tułaczka. Pojedziemy wszędzie, gdzie zechcą nas przyjąć.

W Polsce rusza zatrudnienie personelu medycznego spoza Unii

Nowe przepisy wprowadzają znaczne ułatwienia w zatrudnianiu osób zza wschodniej granicy.

Lekarze nie będą musieli nostryfikować dyplomów, odbyć stażu podyplomowego lub ubiegać się o uznanie stażu ani składać egzaminu. W zamian wprowadzono inne wymogi, minimum trzyletnie doświadczenie jako lekarz specjalista zdobyte w ciągu ostatnich pięciu lat, prawo pobytu w Polsce czy złożenie oświadczenia o znajomości języka polskiego.

Według informacji Agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Persona cały czas napływają do niej aplikacje od lekarzy i pielęgniarek ukraińskich i białoruskich, którzy chcą pracować w Polsce. Głównym powodem takiego zainteresowania jest sytuacja finansowa. Polscy lekarze zarabiają dużo więcej niż np. lekarze ukraińscy. W tej chwili minimalne wynagrodzenie lekarza specjalisty wynosi 1200 zł brutto, pielęgniarki natomiast zarabiają 665 zł brutto.

Centrum analityczne Gremi Personal szacuje, iż około 2 tys. lekarzy oraz 3 tys. pielęgniarek przeprowadzi się z Ukrainy do Polski, pomimo faktu, że już teraz na Ukrainie brakuje około 24,7 tys. specjalistów.

Represjonowani lekarze z Białorusi szukają pracy w Polsce. "...

Polacy nieprzekonani do szczepionek z Rosji i Chin

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie