Reportaż sprzed lat: Klatka z widokiem na Nobla - mieszkańcy budynku na gdańskiej Zaspie wspominają Wałęsę, Chylińską i życie na blokowisku

Irena Łaszyn (materiał z archiwum "Rejsów")
Pierwsi lokatorzy gdańskiego osiedla Zaspa spotkali się w 2010 roku na przyjęciu z okazji 60-lecia małżeństwa państwa Dziewałtowskich Tomasz Bołt / Archiwum Polska Press
Publikujemy reportaż sprzed 10 lat, który ukazał się w magazynie Rejsy w "Dzienniku Bałtyckim" 12 listopada 2010 roku. Ten blok pojawił się na gdańskiej Zaspie jako pierwszy. Zanim wyrosła betonowa pustynia, a naprzeciwko zamieszkał elektryk o światowej sławie, po osiedlu tylko wiatr hulał. Z lokatorami, którzy wprowadzali się w listopadzie 1974 roku, 10 lat temu spotkała się Irena Łaszyn, nasza reportażystka.
Reportaż ukazał się w piątek, 12 listopada 2010 roku
Reportaż ukazał się w piątek, 12 listopada 2010 roku Tomasz Bołt / Archiwum Polska Press

Blok jest zwyczajny, szarobury, żadna osobliwość. No, może tylko to go wyróżnia spośród innych, że z jednej strony ma dziesięć pięter, z drugiej - cztery. Stoi na gdańskiej Zaspie, przy ul. Pilotów 20 i, tak jak pozostałe, zaczyna się od klatki A.

Impreza jest na trzecim piętrze, u Kazimiery i Czesława Dziewałtowskich. Na stole, w gościnnym pokoju, kilka gatunków ciasta i dzbanki z kawą, na krzesłach - sąsiedzi. Ciągle ktoś wchodzi i wychodzi, przeciąg jak w listopadzie 1974 roku, gdy się wprowadzali, a po osiedlu hulał wiatr. Cud, że nie trzaskają okna.

Spotkanie wymyśliła Alina Szydowska, córka gospodarzy, trochę z okazji i trochę bez okazji. Bo to i 60-lecie małżeństwa rodziców, i 36 lat wspólnego mieszkania.

- Tyle lat razem jesteśmy, a przy wspólnym stole jeszcze razem nie siedzieliśmy - zagaja pani Alina. - Ot, pozdrawiamy się, wymieniamy uwagi o życiu, nawet pomagamy sobie wzajemnie, gdy zachodzi taka potrzeba. Ale żeby tak przy kawie - nigdy nie było czasu.Kolejni goście, kolejne uściski. Kosz kwiatów dla diamentowych jubilatów. Od sąsiadów.

- My się tu wszyscy znamy - tłumaczy Elżbieta Markva, z klatki C. - Głównie z wieczornych spacerów z psami.Joannę Braszkiewicz, która siedzi obok, a ponad 30 lat mieszkała w klatce A, na VI piętrze, pani Elżbieta poznała jednak… w szpitalu przy Klinicznej. Razem rodziły.

- Ela syna, a ja córkę - uściśla pani Joanna. - Tą, u której teraz mieszkam, w sąsiednim bloku.W listopadzie 1974 roku obie panie były w dziewiątym miesiącu ciąży. Dziś są babciami. Wtedy prawie wszyscy mieli małe dzieci.

Pusto wszędzie, głucho wszędzie

Właściwie to trudno ustalić, kto był w klatce pierwszy. Może Dziewałtowscy, może Braszkiewiczowie? A może Jadwiga i Ryszard Kapałowie?

Pani Jadwiga: - Dostaliśmy mieszkanie na dziesiątym piętrze, najbliżej nieba. Widok z góry mieliśmy przepiękny. Z jednej strony - morze, z drugiej - oliwskie lasy. Pod blokiem pasły się krowy. Kupowaliśmy od właścicieli mleko dla dzieci. Wydaje mi się, że nikt z sąsiadów jeszcze wtedy nie mieszkał. Niektórzy tylko zaglądali, by nacieszyć się swoim lokum.

Najbardziej dokuczał jej brak wody.
- Z dziesiątego piętra szłam pieszo, po schodach, do hydrantu, a potem z wiadrami w górę - wspomina. - Winda jeszcze nie działała. Meble też wnosiliśmy na plecach. To znaczy, głównie ja wnosiłam, bo mąż akurat wyszedł ze szpitala i nie mógł dźwigać. Kapałowie przedtem mieszkali na Zielonym Trójkącie, przy rodzicach, w domku przeznaczonym do rozbiórki. Zrozumiałe, że chcieli na swoje.

Pierwsi lokatorzy gdańskiego osiedla Zaspa spotkali się w 2010 roku na przyjęciu z okazji 60-lecia małżeństwa państwa Dziewałtowskich
Pierwsi lokatorzy gdańskiego osiedla Zaspa spotkali się w 2010 roku na przyjęciu z okazji 60-lecia małżeństwa państwa Dziewałtowskich Tomasz Bołt / Archiwum Polska Press

- Niewiele ze sobą wzięliśmy. Jakąś kanapkę, stolik, szafę. Dorabialiśmy się od początku i dalej się dorabiamy.Inne bloki albo dopiero wykluwały się z ziemi, albo czekały na odbiór. Ten był oddany jako pierwszy. Pusto wszędzie, nieprzyjemnie, błoto po kolana.

Elżbieta Markva: - Gdy szłam do kolejki, to zakładałam stare buty, a przed przystankiem zmieniałam je na nowsze. Te zabłocone zawijałam w folię i chowałam do torby. Czasy były siermiężne. Pani Elżbieta pamięta, że część rzeczy zwieźli tu na furmance. Konia mieli z Klukowa, od krewnych. A ostatnią rundę zrobiła dziecięcym wózkiem. Nawet gar bigosu się zmieścił!

Oni tu ściągali z różnych stron, z różnych środowisk. Ale próbowali się dotrzeć, zaprzyjaźnić. Nikt wtedy nie zamykał drzwi przed sąsiadami. Ludzie potrzebowali się nawzajem.

Teresa Wasilewska, pierwsze piętro: - My też wprowadzaliśmy się w listopadzie. Byłam w ciąży z młodszym synem, drugi miał pół roku, a starszy - cztery lata. Bardzo potrzebowaliśmy tego mieszkania. Przedtem wynajmowaliśmy pokój w Nowym Porcie.

Wasilewscy 15 listopada będą świętować 41 rocznicę ślubu. Markvowie - 26 listopada - złote gody. Ależ ten czas leci!

Listopad to szczęśliwy miesiąc. Dziewałtowscy podpisują się pod tym obiema rękami. A Alina opowiada o świerku.

Trzymajmy się

Świerk stoi vis-a-vis cmentarza Łostowickiego, na pasie zieleni, rozdzielającym ruchliwe jezdnie al. Armii Krajowej. Kazimiera Dziewałtowska posadziła go w listopadzie 1976 roku, gdy jeszcze mieli w tym miejscu działkę. Były na niej liliowe bzy, wiśniowy sad, żółte mlecze i malinowe malwy pod oknami domku. Cisza. Działkę im odebrano, buldożery wszystko zrównały z ziemią, niebawem powstała tam nowa trasa i estakada, a po drugiej stronie wyrosło osiedle Chełm.

- Tylko ten świerk ocalał, wciąż rośnie wśród śmigających samochodów - mówi pani Kazia.

Trzy lata temu, podczas imienin pana Czesława, rodzina wyznaczyła pod tym świerkiem spotkanie. Otworzyli szampana, wznieśli toast za zdrowie solenizanta, jego żony i ich drzewa.

Dziewałtowscy poznali się na Żuławach, w Kiezmarku. Ona miała 18 lat i warkocz do pasa, on - 23 lata i południową urodę. Ona była półsierotą, pracowała u obcych. On akurat przyjechał z Francji, zawezwany przez ojca, który objął gospodarstwo na Żuławach i potrzebował siły do pracy. Tak od razu, to właściwie nie przyjechał, bo na granicy został aresztowany, z powodu tej urody, Francji i słabych argumentów, dlaczego z robót w Niemczech, zamiast prosto do ojczyzny, wyruszył do kapitalistycznego kraju. Pobrali się, błyskawicznie pojawiła się Alina.

- To prawda, że ona w biegu urodzona - żartuje Anna Jasińska z czwartego piętra, rocznik 1921, najstarsza mieszkanka klatki. - Alinki wszędzie pełno.

- Ostatnio skontaktowałam się nawet z prezesem Spółdzielni Mieszkaniowej "Młyniec", która tą częścią osiedla zarządza - przytakuje Szydowska. - Pomyślałam, że można by zorganizować jakąś większą imprezę dla mieszkańców. Dla tych, którzy są tu od początku i dla tych młodszych. Żeby zacieśnić sąsiedzkie stosunki i wyzwolić ducha miejsca. Ale prezes nie był zainteresowany.

Grażyna Kawecka z piątego piętra: - Sąsiedzi powinni trzymać się razem. Kiedyś byliśmy samowystarczalni, teraz coraz bardziej potrzebujemy pomocy.

Kawecka na potrzebującą wsparcia nie wygląda: Młodzieżowa fryzura, szczupła sylwetka, choć i ona wprowadzała się do bloku w listopadzie 1974 roku, z mężem i trzyletnią córką.Jasińscy wprowadzali się bez dzieci. Całej czwórce już wcześniej pomogli się usamodzielnić.

- Spłacaliśmy długi, zaciągnięte na mieszkania i wesela - uśmiecha się pani Ania.

A po chwili ociera łzy. W tym roku pochowała syna i córkę. Męża nie ma już od 21 lat. Ciężko.

Pani Kazia mówi, że czasami robi pani Ani zakupy, czasem pomoże opłacić rachunki. Od tego są sąsiedzi.

- Nie trzeba się nachodzić, ale trzeba kontaktować - tłumaczy. - Żeby nie zostać bez pomocy, gdy drzwi się zatrzasną albo światło zgaśnie.

Wagary i kariera

Na czwartym piętrze, obok pani Ani, mieszka Rozalia Strzemżalska, zwana Różą. - No i po co pani zapisuje nazwisko? - droczy się. - Żeby zrobić błąd?

Pani Róża nie ufa dziennikarzom. Od czasu tej historii z Agnieszką Chylińską ma uraz.

- Rzuciły się na mnie kolorowe pisma, pokazała mnie TVN w programie. Po tym wszystkim ludzie nie dawali mi żyć.

Szczupła, kolorowa, zakręcona, w dzianinowej sukience w kolorowe paski. Zadziorna. Filolog romanista, wychowawczyni Agnieszki w VIII LO.

- Gdy pojawiła się w szkole telewizja, to ja już byłam na emeryturze. Przyjechali do mnie do domu. I znowu musiałam o niej opowiadać. O tym, jak szkoła zareagowała na "to fuck off" pod adresem nauczycieli. podczas gali Fryderyków. Któraś dziennikarka napisała: Nauczyciele jej wybaczyli. A ja nie wiem, czy wybaczyli. Np. ten matematyk, którego wyzywała od ch…

Pani Róża wprowadziła się do bloku 1 grudnia 1974 roku, gdy milicjanci wyrzucili ją ze służbowego pokoiku, który zajmowała na terenie szkoły. - Chylińscy też kiedyś mieszkali na Zaspie, w tym samym bloku co Wałęsowie, pod siedemnastką - zmienia temat. - Jeździłyśmy razem z Agnieszką do szkoły, kolejką i tramwajem. Wtedy była zupełnie inna: Sympatyczna, trochę zakompleksiona, niespecjalnie ładna, z krzywymi zębami. A potem zaczęła śpiewać, występować publicznie i woda sodowa uderzyła jej do głowy. Wagarowała, nie uczyła się, pyskowała. Doigrała się, nauczyciele nie przepuścili jej do czwartej klasy. Do wszystkich miała pretensje.

Sąsiedzi, jeden przez drugiego: - Ale teraz jest fajna! Ładna, zęby ma proste i dobrze śpiewa.

- Zgoda, wyładniała. I trochę dojrzała. Podobno będzie mieć drugie dziecko.

Pani Rozalia jest wyraźnie zła. Nie wiadomo: Z powodu tego zamieszania, czy z powodu Chylińskiej. Wspomina, że to ona namówiła ją do udziału w Festiwalu Piosenki Francuskiej, który odbywał się w Starogardzie. Agnieszka zajęła trzecie miejsce, to był jej debiut.

- W której była klasie?

- W trzeciej! Wtedy wszystko się zaczęło. Wagary i kariera.

Chylińska odeszła ze szkoły, wyprowadziła się z Zaspy, została wokalistką.

Zomowcy jak mróweczki

Blok przy ul. Pilotów 17 stoi naprzeciwko. Z kuchennego okna widać więc wszystko jak na dłoni. Miejsce, gdzie zbierali się manifestanci, i okna mieszkania Wałęsów.

- W latach 80. osiedle było widownią wyjątkowych działań - przyznaje pani Alina. - Pochody, demonstracje, gonitwy. Ludzie chowali się po klatkach.

- Pierwszego maja 1982 roku zomowcy jak mróweczki tu latali - opowiada pani Jadwiga. - Do klatek wrzucali nam gaz łzawiący. Żeby ludzi nie wychodzili z domu, nie rozrabiali. Lech Wałęsa był wtedy internowany.

Zaspa, ulica Pilotów 20. Z okien widać blok, w którym mieszkał kiedyś Lech Wałęsa
Zaspa, ulica Pilotów 20. Z okien widać blok, w którym mieszkał kiedyś Lech Wałęsa Tomasz Bołt / Archiwum Polska Press

Ryszard Kapała: - Z okna wszystko widzieliśmy.

Kazimiera Dziewałtowska: - A my poszliśmy z mężem pod ten blok. Wałęsowa machała do nas ręcznikiem z balkonu. A drugiego dnia mąż dostał wezwanie na milicję.

Wspominają październik 1983 roku, gdy Lech Wałęsa dostał Nagrodę Nobla. Te tłumy na osiedlu, te okrzyki. On tego dnia wyjechał na grzyby, choć wszyscy mu odradzali. Gdy wrócił i wysiadł wreszcie z tego swojego białego mikrobusu, ludzie zaczęli wiwatować. Nieśli go na rękach.

- Wszyscy poszliśmy go przywitać - przekrzykują się sąsiedzi.Wśród dokumentów, które przechowują Dziewałtowscy, jest kartka od Lecha Wałęsy, z listopada 1990, z hasłem wyborczym: Wygrajmy przyszłość Polski. I słowa "Uczynię wszystko, żeby moi wyborcy mogli z przekonaniem mówić: Głosowaliśmy na Polskę".

- Patrzcie, znowu listopad! - ktoś zauważa.

Panie wspominają Danutę Wałęsową. - Była bardzo skromna. Nigdy się nie wywyższała. Czasami spotykałyśmy się u pani Ireny Zawadzkiej, fryzjerki. Albo w sklepie.

Zgodnie oświadczają, że gdy Wałęsowie się wyprowadzili, osiedle dziwnie opustoszało, pogrążyło się w ciszy.

- A wizyta Papieża? - ktoś nie daje za wygraną. - Pamiętacie rok 1987? Te tłumy, śpiewy, czuwania?

- A pierwszy dzień Wielkanocy 1995 roku, gdy wybuchł wieżowiec w al. Wojska Polskiego?Alina Szydowska: - Wszystko widzieliśmy z okna. Siedzieliśmy rano przy wielkanocnym śniadaniu, a tu huk, dym, sygnały karetek.Rozalia Strzemżalska: - Eee, to jeszcze przed śniadaniem było. W łóżkach leżeliśmy!

Pierwsza strona "Dziennika Bałtyckiego", w którym się uazał reportaż
Pierwsza strona "Dziennika Bałtyckiego", w którym się uazał reportaż Tomasz Bołt / Archiwum Polska Press

Posiedzieć przy kawie

W albumie, który dzieci przygotowały dla pana Czesława, są zdjęcia z wizyty Papieża i zdjęcia spod stoczni. Zdjęcia świerka i zdjęcia cinquecento, którego mu skradziono. Sprzed bloku. Przeżył to mocno, bo miał już 60 lat, gdy zrobił prawo jazdy i kupił pierwszy samochód. Nie planował takich wzruszeń.

- Da się wytrzymać z jednym facetem 60 lat? - ktoś podpytuje panią Kazię.

- Nie było czasu na niepotrzebne kłótnie, tylko na potrzebne - odpowiada dyplomatycznie.- A kłótnie to część życia. Sąsiedzi wspominają, że pani Kazia przez 20 lat była gospodarzem klatki. Zabiegała o nowe ławeczki, organizowała zebrania, sadziła kwiatki przed blokiem. Teraz zajmuje się tym mąż pani Teresy.

- Bo my mamy działkę - tłumaczy pani Teresa. - I odbudowaną, po pożarze, altankę.

Pani Alina: - A wiecie, że my byliśmy pogorzelcami, gdy się tu wprowadzaliśmy? Najpierw długo zdobywaliśmy meble do nowego mieszkania, gromadziliśmy w tej altanie na działce. A gdy już mieliśmy je zabrać, to ktoś altanę podpalił. Zwieźliśmy więc na Zaspę okopconą kuchnię i tapczany z wypalonymi dziurami. Gdy poszłam do pierwszej pracy, w biurze projektów, jako pogorzelec dostałam zapomogę i starą biurową szafę. Służyła mi przez 30 lat.Każdy ma tu jakąś historię do opowiedzenia. Warto spotkać się przy kawie, przynajmniej raz na 36 lat.

Reportaż sprzed lat: Klatka z widokiem na Nobla - mieszkańcy...

Spis Powszechny 2021: są pierwsze kary za odmowę spisania się

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie