Prof. Janusz Moryś, rektor GUM: Źle, że zanikła sztuka słuchania pacjenta [ROZMOWA]

Jolanta Gromadzka-Anzelewicz
archiwum DB
Z prof. Januszem Morysiem, rektorem Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, rozmawia Jolanta Gromadzka-Anzelewicz.

"Grubiański i niesympatyczny. Trzeba ciągnąć go za język i dopytywać , żeby zrozumieć cokolwiek z tego, co mówi". Takie wpisy pacjentów o lekarzach są na porządku dziennym. Da się to zmienić?
Można próbować i nasza uczelnia to robi. Staramy się wpoić przyszłym lekarzom wzorce prawidłowego zachowania, podejścia do pacjenta, ale to nie my dokonujemy wyboru kandydatów. System kwalifikacji na studia medyczne kompletnie rozmija się z tym, czego rzeczywiście potrzebuje pacjent. Decyduje enigmatyczna liczba punktów z matury przygotowywanej przez MEN. Daleko odbiega to od systemu, który kiedyś obowiązywał na uczelniach medycznych i jest absolutnie nieprzydatny przy kwalifikacji do zawodów wymagających czegoś, co intuicyjnie nazywamy "powołaniem".

Kiedyś lekarzem zostawało się z powołania, dziś to zawód, który gwarantuje pracę i niezłe zarobki...
Zgadza się. Dlatego kandydatów na studia medyczne jest bardzo dużo, co nie zawsze przekłada się na dobrych studentów. Pozbawiono nas możliwości weryfikacji osobowości człowieka, który chce w przyszłości leczyć ludzi oraz motywacji, którymi się kieruje. I to jest bardzo złe.

Z badań przeprowadzonych przez Naczelną Radę Lekarską we współpracy z PAN wynika, że tylko 8 proc. lekarzy ocenia dobrze swoje kompetencje w zakresie relacji z pacjentem, za to aż 65 proc. lekarzy do 35 roku życia zgłasza potrzebę zwiększenia swoich kompetencji w budowie relacji z pacjentami...
My też jesteśmy przekonani, że ta wiedza jest potrzebna, dlatego w Gdańskim Uniwersytecie Medycznym już od dawna prowadzimy zajęcia podstawowe, obowiązkowe dla każdego studenta, z przygotowania do kontaktu lekarz - pacjent. Prowadzą je psycholodzy, a więc osoby najlepiej przygotowane do tego zadania. Teraz poszerzamy je o zajęcia fakultatywne dla studentów IV-VI roku kierunku lekarskiego m.in. z dziedziny komunikacji z pacjentem. Mają one rozwijać tzw. umiejętności miękkie, czyli m.in. zdolność komunikacji werbalnej i niewerbalnej, asertyw- ność czy empatię. Nie zapominajmy jednak o tym, że tak naprawdę trafia do nas osoba dorosła, ukształtowana w swojej rodzinie, czerpiąca wzorce z otoczenia, w którym funkcjonowała. Ciężko jest ją zmienić, ciężko jest wpoić jej wzorce, które my oceniamy jako najlepsze. Ktokolwiek chce wziąć udział w tych zajęciach, może jednak z tej oferty skorzystać.

Cieszą się dużą frekwencją?
Bardzo różnie. Te badania ankietowe, o których pani wspominała, mówią raczej o potrzebach młodych lekarzy - stażystów, rezydentów, którzy nagle stają oko w oko z tłumem pacjentów i zdają sobie sprawę, że nie potrafią prostym językiem przekazać choremu czy jego rodzinie informacji o stanie zdrowia. Posługują się zawiłymi terminami. Nie informują o możliwych powikłaniach.

A potem pacjent lub jego rodzina jest przekonana, że lekarz popełnił błąd i trzeba wytoczyć mu proces o odszkodowanie. Wynika z tego, że umiejętność komunikowania się z pacjentem leży też w interesie lekarza?
Oczywiście. Podczas zajęć z komunikacji lekarz uczy się również, jak zapobiegać konfliktom, jak je rozwiązywać, jak radzić sobie ze stresem oraz wypaleniem. Działa też w interesie placówki, w której pracuje.

Jedna z naszych Czytelniczek przeżyła szok, gdy na oddziale ratunkowym lekarz, który przyjmował ją z chorym dzieckiem, podał jej rękę na przywitanie i przedstawił się z imienia i nazwiska. Była wściekła, bo pod drzwiami jego gabinetu czekała wiele godzin, ten gest ją spacyfikował.
Agresja pacjentów często wynika z lęku. Człowiek chory wymaga, by lekarz poświęcił mu czas, a nie załatwił na zasadzie wypisania skierowania na badania. One też są potrzebne, ale pacjent potrzebuje również uspokojenia. Tymczasem zanikła sztuka słuchania pacjenta, utożsamiania się z jego problemami. Ta depersonalizacja spowodowana jest głównie przez ekonomiczny aspekt dzisiejszego leczenia. Lekarz czuje ograniczenia narzucone mu przez dyrektora placówki i ekonomię i nie ma od tego ucieczki. Z drugiej strony mamy coraz więcej nowoczesnej aparatury, lekarz wpatrzony jest w ekran i wydruki. Nie mogą one przesłaniać mu chorego. Absolwenci naszej uczelni mają być przede wszystkim ludźmi z otwartym sercem, którzy chcą pomagać drugiemu człowiekowi. Kto nie ma ochoty pomagać innym, nigdy nie będzie dobrym lekarzem.

Treści, za które warto zapłacić! REPORTAŻE, WYWIADY, CIEKAWOSTKI

Zobacz nasze Magazyny: REJSY, HISTORIA, NA WEEKEND

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

t
tgrhrrthgt

Mówi to człowiek, który na wykładzie z anatomii potrafi powiedzieć "klient" zamiast "pacjent"

i
i kto to mówi ;-)))))

i kto to mówi ;-)))))

W
WYRAY SZACUNKU

Wielkie wyrazy szacunku i uznania dla Instytutu Medycyny Morskiej i Tropikalnej w Gdyni, to tam są prawdziwi lekarze z powołania, z sercem i z uśmiechem podchodzą do pacjenta, jak i cały Personel medyczny na każdym oddziale. Pozdrawiam kardiologie, i oddział wewnętrzny-oby takich ludzi było więcej.wdzięczna pacjętka kazimiera.

Dodaj ogłoszenie