Prof. Gunnar Heinsohn: Matematyczne „mózgi” to jest dobro, które trzeba chronić

Dariusz Szreter
Dariusz Szreter
Jeden procent uzdolnionych matematycznie geniuszy decyduje o technologicznej przewadze danego społeczeństwa. Dlatego, jeśli myśli się o sukcesie kraju, trzeba startować w wyścigu o najzdolniejszych - twierdzi profesor Gunnar Heinsohn, socjolog, ekonomista i demograf.

Kluczowym pojęciem w pańskiej najnowszej książce „Walka o najzdolniejszych. Wpływ kompetencji i kształcenia na sukces społeczeństw” jest „sprawność poznawcza”. Co to takiego i jak ją mierzyć?
Najpopularniejszą miarą jest współczynnik IQ. Budził on jednak kontrowersje, bo testy wymyślono pod kątem osób anglojęzycznych, stąd czasem nazywa się je miarą Greenwich siły mózgu. Dziś wiemy, że testy IQ stosowane wobec wschodnich Azjatów, którzy posługują się innymi językami i innym rodzajem pisma, mierzą dokładnie ich poziom inteligencji.

Pan jednak w swojej książce powołuje się na testy ściśle matematyczne.
Zdolności matematyczne są bardziej uniwersalne. Analiza wyników amerykańskich testów SAT dla kandydatów na studia pokazała, że jeśli testujemy dzieci pochodzące z różnych grup kulturowych z czytania i pisania, to zasadniczo wypadają one gorzej, niż gdy testujemy je z liczenia. Czytanie i pisanie zależy od kulturalnego zaplecza.

Jeśli dorastasz w domu z pianinem, biblioteką i masz elokwentnych rodziców, to daje ci to przewagę nad dziećmi, które nie mają takich warunków. W przypadku zdolności matematycznych ta zasada nie obowiązuje.

Matematyka jest całkowicie niezależna od kultury. Dotyczy to wszystkich zamieszkujących USA i przebadanych w ten sposób nacji. Np. Afroamerykanie w matematyce mają dwa razy więcej „wyjątkowo zdolnych”, niż gdy testuje się ich z czytania i pisania. Podobnie jest w przypadku uczniów o korzeniach wschodnioazjatyckich (japońskich, chińskich, koreańskich, wietnamskich). Liczba najlepszych w czołowej grupie z matematyki jest dwa razy większa niż z języka angielskiego. Jakkolwiek i w tej grupie górują oni nad „białymi” Amerykanami. Krótko mówiąc, wyniki z matematyki są najbardziej bezstronne. Istnieją dwa globalne testy z matematyki. Pierwszy to TIMSS, który zwykle testuje wiedzę matematyczną w czwartej i ósmej klasie. Drugi uwzględniany przeze mnie test - PISA obejmuje także pisanie i czytanie, więc nie jest tak precyzyjny. Niemniej w obu wypadkach wyniki są jednoznaczne - wschodni Azjaci są najlepsi.

I co z tego wynika?
Harold W. Stevenson, profesor psychologii z University of Michigan w Ann Arbor, postawił sobie pytanie: jak to się stało, że taka mała wyspa jak Japonia, między 1905 a 1941 ośmieliła się zaatakować cztery największe mocarstwa na świecie? Najpierw Rosję, którą pobiła w 1905 pod Cuszimą, Chiny, które najechała w 1931, a 10 lat później w ciągu dwóch dni zaatakowała imperium brytyjskie i USA. Tu podam jeden przykład zaawansowania technologicznego Japonii w tamtym czasie: pierwszy lotniskowiec w dziejach ludzkości zbudowano w Japonii w 1922. Idea nie była japońska, ale brytyjska, ale Japończycy jako pierwsi ją zrealizowali.

Podczas II wojny światowej Japończycy mieli 16 lotniskowców. A Niemcy - żadnego.

W połowie lat 70. prof. Stevenson zorganizował testy matematyczne wśród równolatków w Japonii, na Tajwanie i w amerykańskim stanie Wisconsin. Przy czym wybrał dzieci z najbiedniejszych rodzin japońskich i tajwańskich oraz najbogatszych amerykańskich. Mimo to wyniki Azjatów były znacząco lepsze. Rezultaty swoich badań opublikował w 1980 w „Science”. Od 41 lat kolejne badania to potwierdzają. Ale też od 41 lat nie możemy wyjaśnić, czemu tak jest. Gdyby otworzyć mózg - nikt by nie zobaczył różnicy. I bardzo dobrze, że tego nie widać, bo to zachęca nas do tego, by kształcić, udoskonalać każde dziecko.

A jednak może to skłaniać do rozmaitych spekulacji, także takich ocierających się o rasizm.
Najprostsza definicja rasizmu brzmi: niedocenianie bądź przecenianie grupy ludzi wyodrębnionej ze względu na takie cechy jak kształt oczu czy kolor skóry. Te wyniki są więc raczej próbą skorygowania rasizmu.

Przed rokiem 1980 poniżano przedstawicieli rasy żółtej. Mówiono o nich dwie rzeczy: kradną pomysły z Zachodu i produkują tanio. I tym tłumaczono sukces ekonomiczny Japonii, a potem Korei i Tajwanu. Od 1980 roku doszła dodatkowa informacja: „Uważajcie, oni są bystrzejsi od was. Są świetni z matematyki”.

W ubiegłym roku pośród 45 firm z największą liczbą międzynarodowych patentów PCT było 15 firm japońskich, 13 chińskich, dziewięć amerykańskich, trzy koreańskie i dwie niemieckie. A więc Japonia, licząca półtora razy więcej ludności niż Niemcy, ma od nich siedem i pół razy więcej innowacyjnych firm.

Intuicyjnie wyczuwa się związek między umiejętnościami matematycznymi a innowacyjnością, i dalej rozwojem gospodarczym oraz cywilizacyjnym danego społeczeństwa, ale czy rzeczywiście da się to sprowadzić tylko do tego jednego czynnika?
Nie, zdolności matematyczne muszą iść w parze z odpowiednią formą własności. Kiedy dominuje własność prywatna, każdy musi bronić tego, co ma. To pobudza rywalizację. W kapitalizmie wszyscy konkurują ze wszystkimi, a do tego potrzeba innowacji. Musisz używać mózgu. Jeśli chcemy zrozumieć, dlaczego wschodni Azjaci wyskoczyli gospodarczo jak korek z wody, to wytłumaczeniem jest moment, kiedy zapanowała tam własność prywatna. W przypadku Japonii był to rok 1870, Korei - 1957, a Chin - 1980. Kiedy Japończycy zaatakowali Chiny w 1931, mieli czołgi i samoloty. Chińczycy przeciwstawili im wojsko na koniach. Japończycy myśleli, że Chińczycy są głupi, a oni po prostu mieli feudalny system własności, podczas gdy Japończycy od 60 lat rozwijali własność prywatną. Teraz Japończycy już nie myślą, że Chińczycy są głupi. Nadal uważają ich za wrogów, ale każdego roku w Chinach powstaje tysiąc japońskich fabryk. Dlaczego?

Kiedy chodzi o biznes, chcesz gwarancji, że twoje pieniądze będą najlepiej zabezpieczone, i idziesz tam, gdzie mogą ci to obiecać, gdzie masz najlepszych robotników.

W ekonomii poziom ochrony własności prywatnej mierzy się w skali od 1 do 9. Jeżeli masz wskaźnik powyżej 5, zaczyna się liczyć „siła umysłów”. Najbliżej dziewiątki jest Finlandia. Chiny, które jeszcze niedawno oceniane były na jeden, teraz mają sześć punktów.

Jedno z kluczowych twierdzeń w pańskiej książce głosi, że nie można wytrenować talentu matematycznego.
Pamiętam, jak 14-letnia córka naszych znajomych na pytanie ojca, czy rozwiązała dostatecznie dużo zadań, odpowiedziała: „Tato, przecież wiesz, że nie można się nauczyć matematyki przez rozwiązywanie zadań”. Dzieci w szkole się obserwują i wiedzą, kto jest najlepszy z matematyki. Prawda jest taka, że ta osoba była najlepsza, jeszcze zanim poszła do szkoły. W 1982 prof. Harvard University Jerome Kagan opublikował książkę „The Nature of the Child”. Nie badał umiejętności, ale temperament dzieci. Zauważył, że część noworodków była uśmiechnięta niezależnie od tego, jak trudny był ich poród, a część wyglądała na smutne. Po trzech latach okazało się, że dzieci uśmiechnięte po urodzeniu nadal były uśmiechnięte, a smutne - smutne. Mnie uczono, że dziecko nie ma natury, że wszystko zależy od otoczenia. To było jak policzek. Boże, co zrobiliśmy! Stworzyliśmy psychoanalizę, oskarżaliśmy ojców i matki, że to ich wina, że dziecko jest takie, a nie inne, a Kagan mówi: „Sorry, mamy tu złą matkę i uśmiechnięte dziecko oraz cudowną matkę i smutne dziecko”.

Tymczasem nadal obowiązuje teoria „kapitału ludzkiego”. Uważa się nas za rodzaj firmy: jeśli zainwestujesz w nią dużo pieniędzy - masz dobrą firmę. Dlatego każdy ekonomista, jeśli ma doradzać jakiemuś państwu, powie: „Dosypcie więcej pieniędzy na edukację dzieci”. Kryje się za tym założenie, że każdy z nas jest czystą tablicą. To założenie jest piękne, ale błędne.

Dla mnie to najsmutniejsza część mojej książki, a zarazem największa tragedia gatunku ludzkiego!

Z jednej strony mamy więc nieliczne asy matematyczne, które rozwijają cywilizację, a z drugiej jest cała rzesza osób mniej zdolnych, a jednak także wykonujących istotne zadania: w procesie produkcji, w lecznictwie, edukacji, administracji, prawodawstwie, kulturze. Czyli te pieniądze nie idą na marne.
Tak, ale ilość nie przechodzi w jakość. Szef inżynierów Googla powiedział kiedyś: „Jeden genialny inżynier jest lepszy niż 300 dobrych inżynierów”. Oczywiście Google potrzebuje też tych 300 dobrych inżynierów, ale to ci genialni stanowią o pozycji firmy. Polska ma dużo dobrych inżynierów, przez co jest atrakcyjnym krajem dla inwestorów. Ktoś z LG pyta: „Gdzie znajdę miejsce z wystarczającą liczbą kompetentnych osób, by móc otworzyć fabrykę baterii?” i w odpowiedzi słyszy: „we Wrocławiu”. Ale żeby pokonać LG, stworzyć lepsze baterie niż oni, to już zupełnie inna historia.

Geniuszy nie można wychować, wobec tego ambitne państwa muszą ich sobie sprowadzić. To pańska kolejna teza.
Jedyna szansa dla Europy, Ameryki Północnej i Australii to przyciągnięcie najlepszych.

Świadomą politykę w tym kierunku prowadzą byłe kolonie brytyjskie: Kanada i Australia, które otworzyły szeroko granice dla topowych „mózgów” i zamknęły je dla innych. W ten sposób stały się pierwszymi krajami, gdzie imigranci są mądrzejsi od miejscowych.

Co ciekawe, wcześniejsze prawo imigracyjne w Australii miało charakter rasistowski: nie wpuszczano Chińczyków, utrudniano wjazd Żydom. Teraz, kiedy wprowadzono nowe reguły, okazuje się, że wpuszczają głównie przedstawicieli tych dwóch nacji. To nie gwarantuje, że będą mieli swoje innowacyjne firmy, ale przynajmniej najlepsi będą tam inwestować. Jeśli Europa Wschodnia chce mieć takie szanse jak Kanada i Australia, powinna zachowywać się podobnie. Polskie dzieci w testach matematycznych są trzecie w Europie, po holenderskich i szwajcarskich. To jest dobro, które trzeba chronić. Oto mój program dla Polski: rząd powinien wprowadzić od jutra jedno proste rozwiązanie - każde dziecko w przedszkolu od trzeciego roku życia powinno dostać możliwość nauki angielskiego. Jeśli zaczniesz uczyć angielskiego trzylatka, będzie mówić w tym języku w wieku 6 lat. Jeśli zaczniesz uczyć 10-latka, nie będzie nim mówić w wieku lat 20. Dlaczego Holandia i Szwajcaria są takie dobre? Bo tam w firmach mówi się po angielsku. Wokół Bazylei jest największy na świecie klaster farmaceutyczny. Tylko 12 proc. zatrudnionych tam osób to Szwajcarzy. Powszechny angielski otwiera biznes, a tym samym kraj, na „asów” z zagranicy.

Albo ułatwia młodym talentom z danego kraju emigrację.
Rozumiem, ale nadal to nie jest dobry powód, żeby go nie uczyć. Jeśli liczysz na dobrą przyszłość, nie będziesz jej miał. Masz szanse tylko, jeśli o nią walczysz. Wszyscy muszą walczyć, a minimum jakie można zrobić, to podciągnąć społeczeństwo na najwyższy możliwy poziom kwalifikacji. A częścią kwalifikacji jest dziś matematyka i angielski. Reszta przyjdzie sama. Polska ma potencjał. Dla Niemiec i Francji jest za późno, co widać po osiągnięciach w PISA.

Twierdzi pan, że współczynnika matematycznie uzdolnionych w społeczeństwie nie można zwiększyć, a przynajmniej nie poprzez proces kształcenia. Jednocześnie są kraje, jak Niemcy, w których liczba zdolnych dzieci maleje. Dlaczego?
To delikatna kwestia.

W latach 50. Niemcy zaczęli przyjmować gastarbeiterów, początkowo z Europy południowej: Włoch i Grecji. Potomkowie tych imigrantów nadal mieszkają w Niemczech. Wtopili się w społeczeństwo, nie sprawiają kłopotów, ale… nadal mają gorsze wyniki w szkole niż przeciętne dzieci rdzennie niemieckie. To nie jest problem narodowości, religii ani koloru skóry. Chodzi o to, że z tych krajów przyjmowano robotników niewykwalifikowanych.

Pozwolono firmom, by to one decydowały o polityce imigracyjnej. Firmy żądały od rządu taniej siły roboczej, by mieć zyski, i ją dostały, m.in. do kopalń i hut. Dzięki temu udało się przedłużyć ich rentowność. Teraz jednak prawie wszystkie kopalnie są zamknięte, większość hut także. Natomiast państwo dostało nie tylko pracowników, ale obywateli z ich godnością i potrzebami, na co nie było przygotowane. Państwo płaci teraz ten rachunek: 8 milionów osób na zasiłku, wiele z nich właśnie z tej grupy. W Kanadzie kiedyś było podobnie - sprawami imigracji zajmowało się ministerstwo kopalń. Kiedy jednak urząd ministra ds. emigracji przejął Jason Kenney, spojrzał na to z zupełnie innej perspektywy. Powiedziano mu, że potrzebny jest spawacz, a on na to: „Zamiast spawacza sprowadzę wam egiptologa”. „Zwariowałeś?”. „Nie, skoro nauczył się czytać hieroglify, to nauczy się też spawać. A w razie czego może zostać taksówkarzem, operatorem koparki albo kelnerem”. Takie państwo myśli o wszystkich firmach, a nie tylko wybranych. Spawacz umie tylko spawać. Jak firma padnie, pójdzie na zasiłek. Dlatego trzeba importować kwalifikacje mentalne, a nie konkretne umiejętności. Kanada wprowadziła takie myślenie dawno temu, a my: Niemcy, Francja, Wielka Brytania, dalej myślimy, że każdego, kto przyjedzie, można wszystkiego nauczyć. W 2012 w Niemczech po raz pierwszy przetestowano PISA osobno dzieci imigrantów i rdzenne. Owszem były bardzo zdolne dzieci imigrantów, ale było ich pięć razy mniej niż wśród miejscowych. To był szok. Raport miał 300 stron, ale tej kwestii poświęcono tylko jedną stronę i dziennikarze w ogóle nie poruszali tego tematu. Kiedy napisałem o tym w mojej książce, pojawił się u mnie młody ambitny dziennikarz „Deutsche Welle” i zapytał: „Jak mogłeś to napisać?”. Odpowiedziałem: „Pisałem to ze łzami w oczach, ale nie mogłem tego nie opublikować”. A on: „Powinieneś to ukryć, bo wykorzysta to skrajna prawica”. Nie zgadzam się z takim podejściem. Jeśli Niemcy wysłaliby do Turcji milion swoich najmniej wykształconych obywateli, to Turcy byliby przekonani, że Niemcy są głupi, co oczywiście nie jest prawdą. Kiedy Turcy wysyłają do nas nie elitę, tylko niewykwalifikowanych robotników, myślenie, że wszyscy Turcy są tacy - to także nieuprawniony przesąd.

Większość niemieckich polityków nadal uważa, że wystarczy zwiększyć nakłady na edukację i wyrówna się szanse. Szanuję to, ale uznanie, że nie wszyscy mamy te same kwalifikacje intelektualne, to najsilniejsze tabu. Nie można robić dalekosiężnych planów, opierając się na tabu.

Oczywiście liberalne media oskarżają Australijczyków, że są nazistami, bo przepuszczają tylko wykształconych imigrantów. Jeśli jednak państwa planują dalekosiężną politykę, muszą tak robić. Wspomniany kanadyjski minister Jason Kenney powiedział kiedyś: „Myślę o tym biednym gościu, który chce do nas przyjechać, ale muszę myśleć o Kanadyjczykach, którzy będą musieli go utrzymywać. Jak przyjmę takich biedaków za dużo, zniechęcę najzdolniejszych ludzi w Kanadzie i uciekną”. Zwykle politycy w Niemczech wykonują podniosłe gesty typu: „przyjmiemy milion imigrantów”. Ale do obywateli, którzy i tak płacą najwyższe podatki na świecie, skierowany jest inny przekaz: „płaćcie jeszcze więcej na ich utrzymanie”.

Często jako źródło problemów naszego świata wskazuje się to, że jeden procent najbogatszych ludzi posiada więcej niż najbiedniejsza połowa ludzkości. Pan, pisząc o nadchodzącym zmierzchu Kalifornii, postawił sprawę na opak. Jeden procent najbogatszych swoimi podatkami utrzymuje połowę mieszkańców stanu...
...których nie stać nawet na samodzielne opłacenie przyjścia na świat swoich dzieci. Tu jednak dotykamy jeszcze poważniejszego problemu. Gdyby wszystkie dzieci na świecie symbolicznie przedstawić jako tysiąc dzieci, to 800 z nich nie ma żadnych szans na dostatnie życie. To dzieci z Afryki, południowej Azji, Ameryki Łacińskiej. Reszta to 120 dzieci ze wschodniej Azji oraz 80 z Europy, Ameryki Północnej i Australii. I tylko te 80 ma moralny impuls, żeby pomagać biednym. 80 do 800! A przecież jednocześnie ta osiemdziesiątka będzie musiała rywalizować z tamtymi 120, którzy nie pomagają. Do tego tamte 800 biednych dzieci nie będzie czekać spokojnie.

Tylko w ciągu ostatnich pięciu lat odsetek mieszkańców Ameryki Łacińskiej, którzy chcą stamtąd wyjechać, wzrósł z 19 do 27 procent i to oni prą ku granicy Meksyku z USA. A chętnych do emigracji z ubogich regionów będzie więcej, bo fabryki się zamykają, klimat się zmienia, narastają krwawe konflikty wewnętrzne, jak w Mali.

Chwilowo siedzimy w bezpiecznym miejscu, „bumerangu” rozciągającym się od USA i Kanady przez Europę, Rosję, Japonię, Chiny, po Australię i Nową Zelandię. Na 60 proc. powierzchni Ziemi mieszka tu 20 proc. jej populacji. Tamtych jest cztery razy tyle i chcą do nas wejść. Jak rozwiązać ten problem? Codziennie o tym myślę i nie mam odpowiedzi.

Gunnar Heinsohn jest emerytowanym profesorem Uniwersytetu w Bremie, wykładowcą Uniwersytetu w Lucernie i NATO Defence College w Rzymie. Mieszka w Gdańsku

Szczepienia w szkołach wciąż za mało popularne

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie