Podzielona flota miała napsuć krwi Niemcom. Historyk: Najważniejszą rolę powinny odegrać nasze okręty podwodne

Tomasz Chudzyński
Tomasz Chudzyński
ORP Wicher na morzu - lata 30 XX w. Zbiory Narodowego Archiwum Cyfrowego
Potyczka między polskimi okrętami a niemieckimi samolotami późnym popołudniem 1 września 1939 r. nie przyniosła rozstrzygnięcia. Starcie trwające 20 minut, w porównaniu do przyszłych bitew powietrzno-morskich, na Morzu Śródziemnym, Atlantyku czy Pacyfiku, było niewielkie. Pokazało jednak po raz pierwszy, jak zmieniła się wojna na morzu. - W obronie Wybrzeża zginęło ok. 2 tysięcy polskich żołnierzy i marynarzy, czyli znacznie więcej niż pod Monte Cassino - podkreśla dr Mariusz Kardas, historyk z Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni.

Kmdr Stefan Kwiatkowski, dowódca stawiacza min ORP Gryf 1 września 1939 r., gdy nadleciały niemieckie samoloty, dowodził swoim okrętem w mundurze galowym, o czym wspominają dokumenty zachowane w Instytucie Polskim w Londynie. Kmdr Kwiatkowski był jednym z pięciu poległych na pokładzie Gryfa w pierwszej w historii wojskowości bitwie powietrzno-morskiej. Czy jego odświętny strój świadczył o przywiązaniu oficera do tradycji, nakazującej dowódcy okrętu iść do bitwy na galowo? Tego nie wiemy.

- Być może kmdr Kwiatkowski szykował się na śmierć - mówi dr Mariusz Kardas, historyk, wykładowca Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni.

Okręty na morzu, samoloty w powietrzu

1 września 1939 r. po raz pierwszy w dziejach wojen morskich samoloty zaatakowały, w realnym, bojowym starciu, zgrupowanie okrętów. Pierwsze próby wykorzystania samolotów w walkach z okrętami miały miejsce już pod koniec I wojny światowej. W latach międzywojennych, w miarę rozwoju technicznego lotnictwa, m.in. w marynarkach wojennych USA, Wielkiej Brytanii czy Japonii, trenowano lotnicze ataki, z wykorzystaniem bomb, a potem torped, na okręty. Jednak nie miały one takiej skali jak atak 1 września niemieckich stukasów z 1 Szkolnego Pułku Lotnictwa Bombowego na polskie jednostki.

Gdy Niemcy atakowali Westerplatte, zbombardowali bazę Morskiego Dywizjonu Lotniczego w Pucku, polskie okręty wojenne wyszły na morze. Po południu tego dnia, jednostki nawodne zostały skoncentrowane w zespół i w szyku torowym zmierzały w kierunku cypla Półwyspu Helskiego. Był to wstęp do operacji polskiej floty pod kryptonimem „Rurka”. Pierwszy w szyku szedł niszczyciel ORP Wicher, potem dywizjon sześciu mniejszych okrętów minowo-trałowych zwanych popularnie „ptaszkami”, potem ORP Gryf i kanonierki OORP Generał Haller i Komendant Piłsudski.

Niemcy uderzyli z powietrza w dwóch grupach. Głównym celem ponad 30 bombowców nurkujących stał się największy z zespole, ORP Gryf, uznany za najgroźniejszego przeciwnika. Polskie okręty skutecznie manewrując wywinęły się zrzucanym bombom, a warto podkreślić, że niemieckie maszyny prowadzili m.in. piloci mający już doświadczenie w walkach w czasie wojny domowej w Hiszpanii. Nalot trwał niecałe 20 minut. Mimo że żadna z niemieckich bomb nie dosięgła bezpośrednio polskich okrętów, to ich załogi poniosły straty, głównie od odłamków oraz pocisków broni pokładowej niemieckich samolotów. Niemal połowę ludzi, w zabitych i rannych, stracił ORP Mewa. Na Gryfie zginęło 5 osób, w tym dowódca kmdr Stefan Kwiatkowski, a 16 marynarzy odniosło rany. Polscy przeciwlotnicy spisali się dobrze w czasie tego bojowego chrztu. Choć historykom trudno zweryfikować, czy zadali straty niemieckim lotnikom tego dnia, to na pewno utrudnili im zadanie.

W kolejnych latach II wojny światowej przewaga lotnictwa atakującego okręty stała się aż nadto wyraźna - w ten sposób Niemcy zatopili kilkanaście brytyjskich okrętów na Morzu Śródziemnym, m. in. wokół Krety czy Malty. Brytyjczycy zadali z kolei straty z powietrza marynarce włoskiej, a sami stracili na Pacyfiku pancerniki Prince of Wales i Repulse po atakach lotnictwa japońskiego, a Amerykanie zatopili m.in. japońskie superpancerniki Yamato i Musashi. Polscy marynarze mierzyli się z niemieckimi lotnikami jeszcze wielokrotnie, na innych teatrach II wojny światowej. Po bombardowaniu w 1940 r. zatonął na norweskich wodach ORP Grom, a niemieckie samoloty strącali m.in. artylerzyści OORP Burza i Błyskawica, a także pozostałych okrętów Polskiej MW na Zachodzie.

Bitwa 1 września 1939 r., choć Polacy nie stracili w niej okrętów, miała swoje konsekwencje.

- Zastępca dowódcy ORP Gryf, kmdr Wiktor Łomidze, który objął dowodzenie, stwierdził, że burta okrętu po starciu z niemieckimi samolotami wymaga przeglądu w porcie - mówi dr Mariusz Kardas. - Podjął wówczas decyzję o wyrzuceniu za burtę ładunku - niemal 300 nieuzbrojonych, min morskich, które Gryf miał położyć w ramach planu „Rurka”. To decyzja, która może wywoływać niepokój, kontrowersje, bo przecież przekreśliła całkowicie jeden z najważniejszych, morskich planów obrony polskiego wybrzeża. Dziś wiemy, że kmdr Łomidze postąpił zgodnie z regulaminem, który zakazywał mu wejścia do portu z ładunkiem min. Co mogłoby się stać, gdyby 300 min eksplodowało w porcie, daje nam obraz niedawna eksplozja w Bejrucie. Poza tym nowy dowódca Gryfa mógł nie wiedzieć, że drugiej partii min, choć Polska teoretycznie takiego zakupu dokonała, w magazynach… nie było.

Trudna budowa floty
Czy polska flota w okresie międzywojennym powstawała w sposób adekwatny do przyszłych zadań? Niszczyciele, okręty podwodne zamawiano w stoczniach francuskich, brytyjskich i holenderskich.

- Było w tym sporo megalomanii - twierdzi dr Mariusz Kardas. - Plany te budziły niejednokrotnie sprzeciw marszałka Piłsudskiego. Zgodził się, że trzeba budować Gdynię, ale podkreślał jednocześnie, patrząc z punktu widzenia militarnego, że nie da się jej obronić. Ważne było zatem pytanie, czy warto inwestować w bardzo drogie narzędzie walki, jakim jest flota. To zresztą jest pytanie, które pojawia się i dzisiaj. Jedna, bojowa morska jednostka pływająca kosztuje tyle, co kompanijny system artyleryjski. Polska w dwudziestoleciu międzywojennym zbudowała ogromnym wysiłkiem flotę, choć była państwem bardzo biednym, które zaczynało odpowiednio funkcjonować dopiero w latach 30. Flota ta była dosyć duża, ale czy była w stanie obronić Wybrzeże?

Obok nowoczesnych okrętów podwodnych OORP Sęp i Orzeł oraz niszczycieli OORP Błyskawica i Grom w skład polskiej floty wchodziły również starsze jednostki. Problemem były niedostateczne zapasy amunicji i paliw, obrony przeciwlotniczej baz. Oczywiście, w znacznej mierze było to spowodowane skromnymi możliwościami finansowymi państwa polskiego. Brakowało na Wybrzeżu np. myśliwskiego lotnictwa i nowoczesnej obrony przeciwlotniczej.

- Zauważmy - Niemcy wykorzystali do walki lotnictwo, czyli narzędzie, którego Polacy właściwie nad morzem nie mieli. Morski Dywizjon Lotniczy stacjonujący w Pucku przeznaczony był raczej do rozpoznania lub ataków na okręty wroga a nie zadań myśliwskich. W dodatku samoloty, które mieli do dyspozycji Polacy, Lublin R XIII w 1939 r. to był skansen. Nie nadawały się do realizacji swoich celów - podkreśla dr Kardas. - Polacy byli w momencie zakupu nowych, włoskich wodnosamolotów typu Cant, ale tylko jeden, nieuzbrojony dotarł do bazy MDLot. w Pucku.

Obrona symbolu
Polscy wojskowi stali przed ogromnym dylematem. Sytuacja polskiego Pomorza z fragmentem wybrzeża morskiego to był strategiczno-taktyczny koszmar. Wąski pas lądu, z niekorzystnym układem granic był praktycznie nie do obrony, w sytuacji, gdy agresorem byliby Niemcy.

- Ten obszar Polski był otoczony właściwie z czterech stron - od zachodu, i wschodu, od strony okalających go wód morskich a następnie, po uzyskaniu przewagi lotniczej przez Niemców z powietrza - podkreśla Mariusz Kardas. - Powstawało pytanie, czy ponosić wysiłek związany z przygotowaniami do beznadziejnej walki, czy z punktu widzenia strategii i taktyki może wycofać się z tego obszaru. Oczywiście powstała Gdynia, jedna z niewielu inwestycji tej skali w międzywojennej Polsce, która stała się symbolem obecności naszego państwa nad Bałtykiem. Musieliśmy tego symbolu bronić i polskie dowództwo zdecydowało się na wydzielenie do tego zadania pewnych sił, które miałyby stawić czoła agresorom.

Polskie plany morskiej obrony wybrzeża zakładały trzy operacje. Pierwsza z nich, „Peking” przewidywała ewakuację niszczycieli OORP Błyskawica, Burza i Grom do Wielkiej Brytanii w ostatnich dniach sierpnia 1939 r.

- Odesłaliśmy, bardzo słusznie, najlepsze okręty, spodziewając się niemieckiego ataku. Skłaniam się coraz częściej do zdania, że powinniśmy wysłać tam wszystkie nasze jednostki morskie, chociaż pozostawała jeszcze sprawa międzynarodowego prestiżu. Oczywiście, otwartą kwestią pozostaje, czy Niemcy pozwoliliby na wyprowadzenie całości floty, czy nie zablokowaliby Cieśnin Duńskich, łączących Bałtyk z Morzem Północnym - mówi historyk. - Co ciekawe, 1 września 1939 roku załogi OORP Gryf, Błyskawica, Burza, okrętów zacumowanych już w brytyjskim Rosyth po realizacji planu „Peking”, gdy dowiedziały się o tym, że ich koledzy z pozostałych w Polsce okrętów muszą walczyć osamotnieni, były bliskie buntu.

Po operacji „Peking” najcięższymi polskimi jednostkami pozostałymi do obrony Wybrzeża były: najstarszy polski niszczyciel, ORP Wicher, stawiacz min ORP Gryf oraz mniejsze jednostki minowo-trałowe - zbudowane w polskich stoczniach (tzw. „ptaszki”) - OORP Mewa, Jaskółka, Rybitwa, Czajka, Czapla i Żuraw. To na pokładzie Wichra swego czasu z zagranicznej wizyty na Maderze, do Polski powrócił marszałek Józef Piłsudski. Okręt dowodzony przez kmdr. Stefana de Waldena uznawano za najcelniej strzelający w polskiej flocie, mający najlepiej wyszkolonych artylerzystów.

- Dla ORP Gryf brakuje poniekąd morskiej klasyfikacji - był to okręt przeznaczony do stawiania zagród minowych (mógł położyć jednorazowo zagrodę 300 min), ale dysponujący silnym uzbrojeniem artyleryjskim, na poziomie dużych niszczycieli niemieckich, typu Leberecht Maass - podkreśla Mariusz Kardas.

Dla polskich sił, które pozostały na Bałtyku, dowództwo przewidziało m.in. plan „Rurka”, zakładający minowanie wód Zatoki Gdańskiej. Według Mariusza Kardasa, miałby on szanse powodzenia, gdyby został zrealizowany przed wpłynięciem do Gdańska niemieckiego pancernika Schleswig-Holstein. Realizacja tej operacji została zaplanowana na noc z 1 na 2 września. Jednak główny wykonawca tego planu, ORP Gryf, nie miał już min. Dlatego „Rurka” została odwołana, choć o decyzji tej nie powiadomiono dowódcy ORP Wicher, kmdr. Stefana de Waldena. Wicher zrealizował tamtej nocy swoją część misji, choć Gryf min nie stawiał.

Jak potoczyły się dalsze losy polskich okrętów? Po tym jak okazało się, że operacji „Rurka”, z braku min wykonać nie można, dowódcy ORP Wicher i ORP Gryf otrzymali rozkaz wygaszenia kotłów w porcie w Helu. - Polskie jednostki zostały unieruchomione, stały się właściwie brzegowymi bateriami artyleryjskimi, a to przecież ruch, manewr, dawały jedyną szansę przetrwania okrętom w walce z lotnictwem i nawodnymi siłami wroga - podkreśla Mariusz Kardas. - Decyzja ta wydaje się kontrowersyjna. Dziś jednak wiemy, że dla ORP Gryf i ORP Wicher w porcie na Helu nie było odpowiednich zapasów paliwa. W tamtym momencie wygaszenie kotłów w tych jednostkach wydawało się słuszne.

3 września 1939 r. nad ranem dwa niemieckie niszczyciele operujące na Zatoce Gdańskiej otworzyły ogień do unieruchomionych w helskim porcie polskich okrętów.

- Nie był to dla nich dobry bój - podkreśla historyk. - Artyleria Wichra, Gryfa i baterii nadbrzeżnej im. Heliodora Laskowskiego na półwyspie skutecznie odgoniły Niemców, zadając im straty. Co w tej sytuacji zrobili Niemcy? Wysłali samoloty.
Tym razem bombardowanie było skuteczne. Niemieckie bomby zatopiły oba polskie okręty (zatonął też trałowiec Mewa, uszkodzony w czasie bitwy powietrzno-morskiej 1 września). W kolejnych dniach, również po atakach lotniczych zatonęły trałowce ORP Jaskółka, ORP Czapla, ciężko uszkodzona została ORP Rybitwa.

Zniszczone zostały także wszystkie wodnosamoloty Morskiego Dywizjonu Lotniczego, również po atakach lotniczych. Co ciekawe, w czasie kampanii, dwukrotnie polscy lotnicy por. Józef Rudzki i por. Zdzisław Juszczakiewicz samolotem R XIII dokonali zwiadowczego przelotu nad Gdańskiem, z czym wiąże się domniemane ostrzelanie i bombardowanie tłumu Niemców świętujących na Długim Targu zdobycie Westerplatte.

- Choć część naszych minowców, tzw. Ptaszków, jeszcze przed zatopieniem, skutecznie wspierała ogniem swoich dział walczące na lądzie oddziały polskie w rejonie Rewy a następnie Mechelinek, to należy obiektywnie przyznać, że działalność polskich sił nawodnych trwała trzy dni - podkreśla dr Kardas. - Cała analiza morskiego teatru obrony polskiego wybrzeża w 1939 r. daje poczucie niespełnienia. Pokazuje też rzeczywistą sytuację operacyjną naszej floty w tamtym czasie. Wydaje się, że nawet z obecnością tych okrętów, które odeszły do Anglii, to położenie byłoby właściwie samobójcze.

Agresywne wilki powinny polować
Po wyeliminowaniu jednostek nawodnych cyplowa bateria dział im. Heliodora Laskowskiego prowadziła we wrześniu 1939 r. skuteczne pojedynki artyleryjskie z niemieckimi pancernikami okrętami liniowymi Schleswig-Holstein, i Schlesien (25 i 27 września), bateria brzegowa Canet na Kępie Oksywskiej odpędzała skutecznie mniejsze okręty niemieckie. Uszkodzone zostały dwa niszczyciele - Leberecht Mass i Wolfgang Zenker (bitwa o poranku 3 września - kmdr de Walden wspominał, że jeden z okrętów niemieckich tonął, co jednak później zweryfikował. Idąc do niewoli, miał okazję zobaczyć w porcie w Pilawie poostrzelane m.in. przez artylerię jego okrętu niszczyciele niemieckie). Obrona przeciwlotnicza z okrętów i lądu zestrzeliła wg obecnych szacunków od 30 do 40 samolotów niemieckich, choć według dr. Kardasa, być może trzeba je będzie zweryfikować na własną niekorzyść, po trwających na źródłach niemieckich badaniach prof. Andrzeja Olejki, historyka lotnictwa wojskowego. 2 października po wybuchu polskiej miny zatonął niemiecki trałowiec M 85.

Straty polskiej floty były bardziej poważne. Zatonęły OORP Gryf i Wicher, niemal wszystkie „ptaszki” i okręty pomocnicze. Zginęło kilkudziesięciu marynarzy. Okręty podwodne OORP Ryś, Żbik i Sęp po utracie baz na wybrzeżu przeszły do Szwecji, gdzie zostały internowane. OORP Wilk i Orzeł wyrwały się z Bałtyku do Wielkiej Brytanii i kontynuowały walkę.

Pytanie, czy w tych warunkach Polacy mogli „ugrać” na bałtyckich wodach we wrześniu 1939 r. coś więcej? Odpowiedź historyków jest jednoznaczna. Raczej nie.

- Potrzebne były np. samoloty myśliwskie. Być może pomogłoby nawet kilka starych „trupów” P-7, wyciągających ledwie 320 km/h, a które byłyby w stanie odpędzić niemieckie bombowce nurkujące Ju-87 Stuka atakujące polskie okręty. Pytanie tylko, na jaki czas? Jeden dzień, dwa, może trzy? Byliśmy w bardzo trudnym położeniu.

Kmdr de Walden z ORP Wicher pisał w swoich wspomnieniach, że w nocy z 1 na 2 września 1939 r., gdy niepotrzebnie osłaniał odwołaną operację „Rurka”, miał okazję „ustrzelić” niemieckie okręty. - Była realna szansa na zadanie strat marynarce niemieckiej. Wicher miał jednak inne zadanie, musiał zachowywać ciszę, by teoretycznie chronić minującego Gryfa - podkreśla historyk.
Dr Kardas zaznacza, że największe szanse, by napsuć krwi Niemcom miały polskie okręty podwodne. 2 września, ORP Sęp, jako pierwszy polski okręt podwodny w historii dokonał ataku torpedowego (nieudanego) na niemiecki niszczyciel „Friedrich Ihn”.

- Plan użycia polskich okrętów podwodnych pod kryptonimem „Worek” (trzeci przygotowany przez polskie dowództwo Marynarki Wojennej) oceniam negatywnie - mówi historyk. - Rozmieszczenie dużych jednostek takich jak Orzeł, Sęp, Wilk, Ryś i Żbik w płytkich wodach Zatoki Gdańskiej to był błąd. Okręty podwodne to są wilki, agresorzy. Trzeba było skierować je głębiej w morze i realizować odrzucony wcześniej plan „Burza” - przeciąć niemieckie linie zaopatrzeniowe do Prus Wschodnich, wysłać je pod porty niemieckie. Polskie dowództwo tak zresztą zrobiło, choć w drugiej dekadzie września, gdy skuteczność takiej operacji, zaskoczenie Niemców znacznie zmalało. Uważam, że najbardziej polskie okręty podwodne mogły zaszkodzić Niemcom w pierwszych dnach września.

Na morskim i lądowym teatrach obrony wybrzeża we wrześniu i w pierwszych dniach października 1939 r. zginęło około 2 tysięcy ludzi. To niemal 1000 więcej niż pod Monte Cassino.

- Morską i lądową obronę Wybrzeża można oceniać w różny sposób, także m.in. pod kątem błędów polskiego dowództwa. Nie można jej jednak dezawuować. Polacy w bohaterskiej obronie Wybrzeża, pokazując nierozerwalną więź Polski z morzem, dali wszystko, co mogli dać, przede wszystkim własną krew - podkreśla Mariusz Kardas.

Korzystałem z:
Stefan de Walden, Krystyna de Walden-Gałuszko, Władysław Szarski - ORP Wicher i jego dowódca
Edmund Kosiarz - Bitwy na Bałtyku
Ryszard Kaczkowski - Lotnictwo w działaniach na morzu
Krzysztof Janowicz - Marynarz z ORP „Gryf”

Teleporada w jeden dzień?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie