Piłkarze Lechii Gdańsk nie byli artystami, a rzemieślnikami. Klub spełnia sen o PGE Narodowym

Paweł StankiewiczZaktualizowano 
Na zdjęciu: piłkarze Lechii Gdańsk i Rakowa Częstochowa
Na zdjęciu: piłkarze Lechii Gdańsk i Rakowa Częstochowa Janusz Strzelczyk
Piłkarze Lechii spełniają marzenia swoje i kibiców. Wygrali półfinał z Rakowem Częstochowa i zmierzą się 2 maja z Jagiellonią Białystok w finale Totolotka Pucharu Polski na Stadionie Narodowym w Warszawie.

Blisko tysiąc fanów biało-zielonych przyjechało do Częstochowy wspierać piłkarzy w walce o upragniony finał. Pod Jasną Górę dostali się specjalnym pociągiem oraz prywatnymi samochodami. Stadion w Częstochowie ma swoje ograniczenia i zapewne na trybunach nie mogłoby zasiąść aż tylu kibiców Lechii gdyby nie ich dobre relacje z sympatykami Rakowa. Atmosfera była świetna, nie zabrakło fajerwerków, kibice z piłkarzami świętowali awans i skandowali „Puchar jest nasz”. Po meczu w Częstochowie mobilizacja w Gdańsku musi być znacznie większa, bo przed kibicami Lechii wyjazd na Stadion Narodowy do Warszawy. Dusan Kuciak, bramkarz gdańskiego zespołu, miał po meczu powiedzieć fanom, że oczekuje 30 tysięcy kibiców z Gdańska na wielkim finale.

CZYTAJ TAKŻE: Co ze zdrowiem Artura Sobiecha? Piotr Stokowiec, trener Lechii Gdańsk: Niektórym pokrzyżujemy plany na majówkę

- Na tym etapie rozgrywek najważniejsze jest, aby wygrywać i awansować dalej. To osiągnęliśmy. Absolutnie nie wstydzę się ani stylu, ani grania mojej drużyny. Jeśli nie stać nas na artyzm, to trzeba postawić na rzemiosło. Jestem dumny z mojej drużyny. Myślę, że zasłużyliśmy na ten finał. Dedykujemy go kibicom, żeby fajnie spędzili w Warszawie majówkę. Niektórym być może pokrzyżujemy plany, ale uważam że ten zespół zasłużył, by zagrać na Stadionie Narodowym. Z drużyn ekstraklasy tylko Lechia mogła utrzeć nosa Rakowowi. W pierwszej połowie meczu, gdy graliśmy pod wiatr, grało się trudnej. Nie ma co się oszukiwać. Jeśli chodzi o płynność, to nie mieliśmy tego pod kontrolą, tak jakbyśmy chcieli. Ta gra była raczej szarpana, ale graliśmy w sposób, do którego przyzwyczailiśmy naszych kibiców, czyli skutecznie, konsekwentnie i wyrachowanie - powiedział Piotr Stokowiec, trener biało-zielonych.

Szkoleniowiec gdańskiego zespołu miał po meczu dobry humor i trudno się temu dziwić.

- Awansować do finału to nie jest byle co. Cieszymy się, ale przed nami praca do wykonania w finale. Nie można mówić o spełnieniu. To dopiero będziemy mogli zrobić po sezonie. Mamy prawo się cieszyć, ale nie za długo. To, że ja tutaj na pokaz się nie cieszę, nie oznacza, że nie mam wewnętrznej satysfakcji. Z Rakowem nie jest łatwo grać - powiedział.

Martwił się tylko urazem bohatera z Częstochowy, czyli Artura Sobiecha, który strzelił zwycięskiego gola, ale po pół godzinie musiał opuścić boisko z urazem głowy. Zresztą od razu został przewieziony do szpitala. Sobiech boisko opuszczał chwiejnym krokiem, a w szatni miał problem, aby utrzymać się na nogach. Koledzy z drużyny przyznawali, że napastnik Lechii na boisku nie stracił przytomności, ale widać było, że nie czuje się najlepiej.

CZYTAJ TAKŻE: Seksistowski skandal w Hiszpanii. Szokujące wymagania dla kobiet do pracy przy wyścigach samochodowych? [wideo]

- Obawiam się o Artura Sobiecha. Pojechał do szpitala na badania, a wstępne objawy wskazują na wstrząśnienie mózgu. Urazy nas trochę dziesiątkują. Do tego lekko kontuzjowany jest Patryk Lipski, a teraz niewiadomą jest stan zdrowia Artura - mówił Stokowiec.

Na szczęście, ze zdrowiem Artura wszystko jest dobrze. Napastnik przeszedł szczegółowe badania w szpitalu w Częstochowie, w tym tomograf komputerowy. Piłkarz nie doznał wstrząśnienia mózgu i wrócił klubowym autokarem do Gdańska. Jego głowa jednak w tym meczu mocno ucierpiała, było też konieczne zszywanie. Sobiech raczej dostanie wolne w najbliższy weekend, ale na pierwszą kolejkę fazy mistrzowskiej będzie gotowy do gry.

Lechia jest już w finale Pucharu Polski, ale piłkarze nie traktują tego, jak wielki sukces. Cieszą się, ale podkreślają, że będą chcieli zdobyć to trofeum. W historii klubu to trzeci finał Pucharu Polski. W 1955 roku biało-zieloni przegrali w finale z Legią Warszawa, ale w 1983 roku sięgnęli po trofeum ogrywając Piasta Gliwice. Lechia może też zostać trzecim klubem w historii Pucharu Polski, który zdobędzie trofeum nie grając ani jednego meczu u siebie.

- Jest sukces, ale przed nami finał. Pojedziemy do Warszawy po to, aby go wygrać. To jest właśnie następny krok. Będziemy chcieli koniecznie zwyciężyć i na tym się skoncentrujemy - przyznał Flavio Paixao, kapitan Lechii.

- Cieszymy się z awansu do finału, ale już zapominamy o Pucharze Polski, bo przed nami ważny i bardzo trudny mecz ligowy z Cracovią - nie ukrywa Lukas Haraslin, po którego dośrodkowaniu padł zwycięski gol dla biało-zielonych. - Postanowiliśmy sobie, że chcemy zagrać na Stadionie Narodowym, bo to jest marzenie każdego zawodnika i właśnie to osiągnęliśmy. Mecz w Częstochowie był bardzo trudny i chyba nie zgrałem jeszcze meczu tak fizycznego i w którym byłoby tyle walki.

Haraslin przyznał, że Stadion Narodowy widział tylko z okien pociągu i cieszy się, że drużyna Lechii na tym obiekcie w Warszawie powalczy o Puchar Polski. Po meczu lekko utykał, ale szybko uspokoił w kwestii swojego stanu zdrowia.

- Wszystko jest dobrze. Zostałem tylko nadepnięty na palec i trochę zmienił kolor, ale jeden dzień i ból minie - powiedział słowacki skrzydłowy.

Piłkarze Lechii spełnią swój sen o Stadionie Narodowym, bo tylko nieliczni z gdańskiej drużyny mieli okazję na nim zagrać. W takiej sytuacji są chociażby Daniel Łukasik czy Sobiech. Pozostali będą mieli szansę spełnić swoje marzenie i pierwszy raz wystąpić na tym stadionie.

- Widziałem Stadion Narodowy tylko z zewnątrz, przejeżdżając obok niego. Nigdy na nim nie grałem, nie byłem nawet jako kibic - zdradza Patryk Lipski, pomocnik Lechii. - Został nam jeszcze jeden krok, żeby Puchar Polski po wielu latach wrócił do Gdańska. Jeszcze nie spełniłem marzenia, bo wiele drużyn grało w finale, a nikt o nich nie pamięta. Chcemy wygrać ten finał. Stadion Narodowy działa na wyobraźnię, a zagrać na nim to przyjemność i zaszczyt.

Patryk mógł mieć zły nastrój, bowiem w 70 minucie wszedł na boisko, a już 12 minut później zastąpił go Steven Vitoria.

- Nie zdarza się zbyt często, żeby były tak szybkie zmiany. Taka była decyzja trenera i widocznie tego potrzebowała drużyna. Najważniejsze, że cel został osiągnięty. Pierwszy raz mi się zdarzyło, że po wejściu na boisko, zszedłem z niego przed końcem meczu. Jestem profesjonalistą i nie mam zamiaru obrażać się na trenera. Może właśnie dzięki temu wygraliśmy, bo wszedł Steven Vitoria, który jest wyższy, gra lepiej głową ode mnie, w Raków w końcówce meczu przesunął wysokich obrońców w nasze pole karne. Myślę, że była to dobra decyzja taktyczna trenera - przyznał „Lipa”.

- Zmiany były taktyczne. Nie były spowodowane tym, że zawodnicy grali słabo. Trzeba to było tak przebudować skład w danym momencie. Nie mam do nikogo pretensji. Tak ten mecz widziałem taktycznie i biorę to absolutnie na siebie. Znam tę drużynę i wiem, kiedy mogę jej pomóc - zakończył Stokowiec.

Seksistowski skandal w Hiszpanii. Wymagania do pracy przy wyścigach samochodowych? Duży biust

RUPTLY / x-news

Wideo

Materiał oryginalny: Piłkarze Lechii Gdańsk nie byli artystami, a rzemieślnikami. Klub spełnia sen o PGE Narodowym - Dziennik Bałtycki

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3