Pierwszy wtorek tygodnia. I komu to przeszkadzało?

Dariusz Szreter, szef magazynu
"Don't follow leaders, watch the parking meters", czyli zamiast podążać za przywódcami obserwujcie liczniki parkometrów - śpiewał w 1965 roku Bob Dylan. Było to wezwanie do słuchaczy, by zamiast słuchać zaklęć polityków, zwracali baczniejszą uwagę na drobne zmiany, które kształtują ich codzienny byt. Wspominam o tym nie po to, by wytykać prezydentowi Adamowiczowi i jego ekipie podwyżki taryf w strefach płatnego parkowania.

Cytat ów przypomniał mi się z zupełnie innego powodu. Otóż podczas niedawnej przechadzki po dzielnicy zauważyłem zniknięcie okolicznego pubu. W jego miejsce pojawił się lokal w bardzo popularnym ostatnio stylu przekąski-zakąski, wypitki-popitki, seta-do-kotleta. Czyli zamiast angielskiej flegmy i elegancji - szybko, tanio i przaśnie.

Mało tego, do wstąpienia do owego przybytku zachęcał szyld ze zgoła socrealistycznym rysunkiem przedstawiającym dziarskiego robola. Czyżbyśmy zatem mieli do czynienia z jeszcze jednym tryumfem nostalgii za PRL nad kosmopolitycznym importem ze zgniłego Zachodu?

Fenomen rozkwitu mody na PRL, blisko ćwierć wieku po obaleniu komunizmu, niewątpliwie domaga się wnikliwych studiów socjologicznych. Gdyby ta peerelmania ograniczała się tylko do pokolenia emerytów, rzecz byłaby oczywista. Szczególnie że w naszych niespokojnych ekonomicznie czasach umów śmieciowych, bezrobocia wśród młodzieży i nadciągającej katastrofy demograficznej to oni, ze stabilnymi, choć niewielkimi dochodami stali się de facto prawdziwą klasą średnią epoki późnego Tuska.

A więc są realnym mainstreamem i ich potrzeby w dużym stopniu kształtują ofertę sektora usługowego. Jak jednak wytłumaczyć retrociągotki trzydziestolatków, którzy nigdy nie mieli na nogach butów relax, bądź też studentów, będących już w całości produktem pookrągłostołowym?

Nasuwa to podejrzenie, że jednak nie tyle o nostalgię tu chodzi, a coś głębszego. Makrobiotyka głosi, że najzdrowsza bywa dla nas strawa lokalna. Gdyby rozszerzyć tę zasadę także na wymiar duchowy - mogłoby to wiele wyjaśnić, również w odniesieniu do przywołanego tu przykładu.

Instytucja pubu w Polsce jest większą ekstrawagancją niż pasjonowanie się losami royal baby czy próby zrozumienia reguł gry w krykieta. Te ostatnie przynajmniej zapewniają jakiś rodzaj wiedzy, może mało przydatnej, ale konkretnej. Tymczasem polskie puby są pubami tylko z nazwy i wystroju. Brak im tego, co jest istotą "pubowatości", owego ducha wspólnoty lokalnej, rytuału spotkań, pogawędek, gry w strzałki, a czasem wręcz posiadania swojego kufla czy kija bilardowego, od którego wara innym klientom. Pub obcy jest tęsknotom duszy, której głównym marzeniem jest się tanio i szybko nałykać, we własnym gronie, bez potrzeby integracji, chyba że zajdzie potrzeba sprzedania komuś z sąsiedniego stolika fangi w nos, bo się krzywo patrzy lub głupio śmieje.

Idąc dalej tym tropem, można spytać, czy przypadkiem ten pogardzany i wyszydzany PRL nie był państwem w znacznym stopniu skrojonym na miarę polskiej duszy. Może niekoniecznie w wymiarze politycznym, ale w jakimś tam stopniu społecznym, a już na pewno estetycznym. W ramach narzuconego porządku ideologicznego nasi przodkowie sami zorganizowali sobie światek na miarę swoich potrzeb i możliwości.

I ta peerelowska swojskość wychodzi sobie w różnych niespodziewanych miejscach, wzbogacona o elementy nowej świeckiej tradycji, wypracowanej w latach 1944-89. Choćby w zapiekłym sporze między zwolennikami Platformy i PiS, który można uznać w jakimś stopniu za powielenie pęknięcia na "nas" i "ich" z czasów minionego systemu. Choć oczywiście każda ze stron twierdzi, że to ci drudzy stoją tam, gdzie kiedyś stało ZOMO.

Jeszcze w latach 90. któryś z rozczarowanych działaczy dawnej opozycji powiedział, że gdyby komuniści w swoim czasie dali Polakom telewizję Polsat i umieli zapewnić stałą dostawę piwa do sklepów, Solidarność nigdy by nie wygrała. Dziś do tej listy trzeba by dopisać dyskonty czynne w niedziele, karkówkę na grilla, płyty z disco polo, "Szkło kontaktowe", portal wPolityce i tanie wakacje w Hurghadzie. Poza tym jednak coraz więcej osób spostrzega (ostatnio nawet na tych łamach Wojciech Młynarski), że w PRL-u pod wieloma względami było nawet fajniej i - jak mawia mój kolega emeryt - komu to przeszkadzało?

Treści, za które warto zapłacić!
REPORTAŻE, WYWIADY, CIEKAWOSTKI


Zobacz nasze Magazyny: REJSY, HISTORIA, NA WEEKEND

Flesz: Wegańskie ubrania. Made in Poland

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

J
JAŚ

Panie D...Sąsiad UB-k ciągle się śmieje: czy jeszcze pracuje, co za ustrój wybrałem, że szybko w tym XIX kapitalizmie zdechnę, na raka????????? Wzruszam ramionami, bo zjem grzybową zupkę (chyba nie umrę).

A
AJB

Autor, zapewne przez wrodzoną skromność zapomniał do tej swojej listy felietonów Pani Szczepuły czy swoich własnych doliczyć. Oj, skromniś z Pana Nadredaktora, czy to tylko taka kokieteria? Bo PRyLem zapachniało że aż w nosie kręci. I barem VI kat. "Zacisze", gdzie kufle fruwały gęsto, a dyżurny serek na zakąskę cuchnął niczym onuce szeregowca piechoty na poligonie. "I komu to przeszkadzało"? Pytanie jest retoryczne, tak jak to o ten felieton: "I komu on jest potrzebny?"

Dodaj ogłoszenie