Paweł Zarzeczny o meczu Polska - Irlandia: Wielkość od śmieszności dzieli słupek [FELIETON]

Paweł Zarzeczny
Fot. Andrzej Wiktor / Polskapresse
Najpierw adrenalina, potem endorfina albo kpina. Tak sobie dumam przed meczem z Irlandią, czyli derbami dwóch Zielonych Wysp, z których jedna zielona jednak okaże się bardziej. A ja tak dumam - na cholerę mi takie nerwy?

Biorę dziennie ze trzy różne tabletki na serce - rococoro... encocoro… i zocoro… Nawet nie wiem, po co, ale wiem. z czego się to wzięło. Otóż nigdy w życiu nie miałem powodu, by się czymkolwiek zdenerwować. Spokój, obłędny. Luzik. Zero wysiłku, poza wstawaniem z łóżka. Ale... - tu analiza godna Sherlocka Holmesa - sport!

To tam męczyłem ten mięsień, tam tłoczyłem kilka litrów powietrza więcej niż potrzeba i tam znajdowałem złudne szczęście. Lecz nie byłoby to najgorsze, robiłem to na rozkaz nauczycieli. Natomiast coś robiłem wyłącznie zgodnie z modą. Mianowicie zacząłem kibicować. I zawsze patałachom.

I zacząłem marznąć, moknąć, i myśleć, jak możemy przegrywać, mając najlepszych piłkarzy świata („Lewego” w kadrze, Dudę w Legii, ja w to wierzę jak głupi chłopiec, który nigdy nie jest za duży).

I zacząłem się denerwować, przejmować, jedyny postęp - przestałem płakać. Ale nieustannie się dręczyć. Na przykład, jak to piszę, jest niedzielne popołudnie i znów idę na mecz. W 90 min jedno kopnięcie może spowodować, że cała Polska jest nic niewarta. I Nawałka, i Lewandowski albo jedno kopnięcie wstawi ich na styropianowe pomniki - i wszyscy przyklaśniemy, zgodnie, każdej z tej opcji. Bo od wielkości do śmieszności jest tylko grubość słupka od bramki.

A skutkiem bezpośrednim moja choroba serca. Bo ja nie mogę pójść na mecz, będąc spokojnym - ja się muszę wkurzać non stop. Bo wiecie doskonale - nawet jak wygramy 2:0 (na co stawiam, Bóg istnieje), uznam, że nasi nie tak doskonali jak trzeba. I jak to możliwe, że po Szkocji pół składu kontuzjowanych - ja bym z urwaną nogą zagrał, zresztą chodzę z dwoma urwanymi nogami od lat, można. Cieniasy, i tyle.

Takich jak ja są miliony, znam księży którzy się modlą, kibiców składających przyrzeczenia i śluby, ale życie pokazuje - bez nadziei. Beznadziejna jest zresztą nasza ludzka dola, gdy pokładamy swoje szczęście w jednym kopnięciu piłki, jakby… było nam jednak czegoś potrzeba. Zagadki, niepewności, jakbyśmy byli wciąż dziećmi walczącymi z Voldemortem. Czyli - pokrótce - idiotami wierzącymi w bajki.

Piszę sobie w południe, wyniku nie znam, ale jakikolwiek padnie - nasza piłka nie jest najdoskonalsza, zresztą nie jest niż taka i brazylijska od czasu 1:7 z Niemcami. A nasza duma nie jest tak wspaniała, mimo wygranej z Niemcami, bo wygrywają z nimi i Irlandczycy. Stanowczo ten futbol daje tak wiele fałszywych przesłanek, że idąc na mecz, spodziewać się możemy i euforii, i skopania po dupie.

To chyba jak Hollywood. Kiedyś dawał happy end, zawsze, ale potem wymyślono czeską szkołę filmową i obraz, wojenny zresztą, mocno antyczeski, zatytułowany „Nikt nic nie wie”.

No więc jako kibice jesteśmy w czeskim kinie. Śmieszni aktorzy, śmieszni widzowie, śmieszne sytuacje.

Parodia życia.

Paweł Zarzeczny

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie