Paweł Majewski: ceny nie zależą od nas, ale gazu nam nie zabraknie

Maciej Badowski
Maciej Badowski

Wideo

Udostępnij:
Rozmowa z Pawłem Majewskim, prezesem zarządu PGNiG SA.

Dlaczego w ostatnim czasie drożeje gaz, na którym gotujemy, podgrzewamy wodę i którym ogrzewamy nasze domy? Wielu konsumentom tym trudniej to pojąć, że przez ostatnie pięć lat ceny gazu raczej spadały.

Paweł Majewski: Rzeczywiście, na przestrzeni ostatnich pięciu lat mieliśmy do czynienia głównie ze spadkami cen gazu, co przekładało się także na obniżki dla gospodarstw domowych. W tym roku, na europejskich rynkach, ale również globalnie, na bezprecedensowy wzrost cen wpływa kilka czynników. Po pierwsze mieliśmy w Europie dosyć długą i ostrą zimę, która spowodowała duży popyt na gaz i jego zużycie ponad spodziewane poziomy.

Magazyny gazu zostały wykorzystane w znacznie większym stopniu niż zwykle i w zasadzie opróżnione. Do tego doszło jeszcze kilka innych powodów. Jednym z nich jest pobudzenie gospodarek na całym świecie po okresie pandemicznych ograniczeń, np. Chiny i Brazylia zaczęły kupować ogromne ilości gazu skroplonego LNG, który do tej pory płynął do europejskich portów. Państwo Środka jest gotowe płacić za gaz niemal każdą cenę, co sprawia, że eksporterom LNG opłaca się bardziej sprzedawać surowiec właśnie do Azji niż do Europy.

Wreszcie mieliśmy w Europie stosunkowo bezwietrzną końcówkę lata. Odnawialne źródła energii, przede wszystkim wiatrowe, produkowały przez to zdecydowanie mniej energii niż zaplanowano. W związku z tym znów trzeba było sięgnąć po gaz, by te niedobory energii uzyskiwanej z wiatru uzupełnić. Na te zjawiska nałożyła się polityka rosyjskiego dostawcy – Gazpromu. My od dawna zwracaliśmy na to uwagę, co obecnie potwierdzają europejscy analitycy, że Gazprom, aby wymusić administracyjne zgody na uruchomienie nowego gazociągu Nord Stream 2, postanowił ograniczyć dostawy gazu do Europy. Co prawda realizował swoje stałe, wieloletnie kontrakty, ale poza tym nie sprzedał nic więcej, a dodatkowe ilości gazu na europejskim rynku mogłyby wpłynąć na uspokojenie cen. Sytuacja ta spowodowała kolejne zwyżki na giełdach, również na polskiej Towarowej Giełdzie Energii, gdzie handluje się gazem.

Do tego dochodzi jeszcze jeden istotny element: właścicielem sporej części infrastruktury gazowej w krajach Europy Zachodniej jest pośrednio lub bezpośrednio właśnie Gazprom. To np. magazyny gazu w Niemczech, w Austrii i w Holandii, które przed sezonem zimowym po prostu zostały z tego gazu opróżnione. Obecnie ich średni poziom zapełnienia jest dużo niższy, niż np. w Polsce, gdzie mamy je wypełnione w ok. 96 procentach.

To są obiektywne przyczyny, niezależne od nas. W kraju jednak wszystkim gaz kojarzy się z PGNiG, które automatycznie wskazywane jest zarówno jako winowajca, jak i główny beneficjent wysokich cen gazu. Tak zdecydowanie nie jest. Cena gazu w Polsce jest pochodną rynkowej ceny gazu w Europie. Proszę nie zapominać, że mamy wspólny rynek i ceny błękitnego paliwa na giełdach to jest gra popytu i podaży. W sytuacji, w której zapotrzebowanie na gaz jest dużo wyższe niż jego dostępność, to ceny naturalnie rosną, a - jak już wspomniałem - ta dostępność jest sztucznie ograniczana przez jednego z uczestników rynku – Gazprom.

Czyli musimy się przyzwyczaić do wyższych cen gazu?

Przyszłość w tym zakresie jest trudna do przewidzenia, ponieważ nikt się nie spodziewał takich gwałtownych wzrostów, z jakimi mamy obecnie do czynienia. Przypomnę, że w listopadzie ubiegłego roku gaz na giełdach kosztował 15 euro za jedną megawatogodzinę, w tej chwili kosztuje ponad 70 euro, a w ubiegłym miesiącu kosztował ponad 100 euro.

Trudno w takich warunkach prognozować i planować. Nie wiemy, jak zachowają się ceny gazu w trakcie najbliższej zimy. Widać natomiast, że rynek gazu jest dosyć rozchwiany, magazyny w Europie Zachodniej wciąż nie są zapełnione, stąd też ceny utrzymują się nadal na wysokim poziomie. Analitycy mówią o możliwym spadku cen na wiosnę, kiedy kończy się szczytowe zapotrzebowanie na gaz.

W jaki sposób ustala się cenę gazu?

Cena gazu w Polsce jest ustalana na dwa sposoby. Dla przedsiębiorstw, podmiotów kupujących większe ilości gazu, jego cena jest bezpośrednio pochodną ceny rynkowej. Z kolei dla odbiorców indywidualnych, czyli gospodarstw domowych, cena jest regulowana. To znaczy, że firma sprzedająca gaz przed każdą zmianą ceny dla odbiorców musi uzyskać zgodę Prezesa Urzędu Regulacji Energetyki.

Oczywiście i ta cena jest pochodną tego, co dzieje się na rynkach, w związku z czym ceny dla gospodarstw domowych w Polsce zachowują się tak samo, jak w Europie. URE musi brać pod uwagę jednak zarówno interes sprzedawców, jak i klientów.

Przy okazji tematu Gazpromu, PGNiG wygrało cenowy arbitraż i otrzymało zwrot 6 mld zł nadpłaconej ceny za gaz. Co się stało z tymi pieniędzmi?

Twierdzenie, że te pieniądze należy rozliczyć z klientami za rzekomo nadpłacone przez nich rachunki, jest klasycznym fake newsem. To nie jest tak, że Polacy zapłacili te 6 mld zł w swoich rachunkach. Rzeczywiście była to nadzwyczajnie wysoka cena, którą PGNiG płaciło za kupowany od Gazpromu gaz z kontraktu jamalskiego. Nadzwyczajnie wysoka w porównaniu do ceny płaconej przez kraje zachodnie w podobnych, długoletnich kontraktach.

W latach 2014-2020 PGNiG srogo przepłacało Gazpromowi, ale nasi klienci płacili za gaz niższą cenę niż ta, jaką musielibyśmy im zaproponować, by wyrównać różnicę wynikającą z zawyżonych cen w kontrakcie z Gazpromem. Udało się, dzięki wygranemu arbitrażowi w Sztokholmie, tę cenę zbliżyć do poziomów rynkowych. Skutkiem urynkowienia ceny był zwrot przez Gazprom blisko 6 mld zł na konto PGNiG. Chcę jasno powiedzieć, że to nie jest tak, że to Polacy przez lata dopłacali do rosyjskiego gazu w swoich rachunkach. Nie było takiej możliwości, właśnie ze względu na rynkowość tych cen stosowanych w obrocie i konieczność zatwierdzania ich przez Prezesa URE. Wysokie ceny zakupu gazu z Rosji PGNiG brało na siebie, co odbijało się na naszych wynikach finansowych. Rekompensowaliśmy to z przychodów osiąganych w innych obszarach działalności.

W pewnym sensie jednak zwrócona kwota pracuje na rzecz Polaków. PGNiG zapłaciło np. najwyższy w historii podatek CIT – zaliczka wpłacona do budżetu państwa w lipcu 2020 roku wyniosła ponad 1,1 mld zł. W związku z tym spora część tej kwoty zasiliła budżet państwa. Reszta środków jest m.in. sukcesywnie inwestowana w wydobycie gazu w Polsce, wzmocnienie bezpieczeństwa energetycznego naszego kraju choćby poprzez zakup złóż w Norwegii, z których w 2023 roku gaz popłynie do Polski poprzez Baltic Pipe. Można powiedzieć, że pieniądze zwrócone przez dostawcę ze Wschodu przeznaczamy na to, by się od niego uniezależnić. Inwestujemy też w prace związane z odnawialnymi źródłami energii: fotowoltaikę i farmy wiatrowe, a wreszcie „zielonymi” gazami, czyli wykorzystaniem biometanu czy wodoru.

Przy obecnej sytuacji rozważane jest zwiększenie krajowego wydobycia gazu ziemnego?

Wydobycie można zwiększać, ale w Polsce zasoby gazu są ograniczone. Kiedy w jednym miejscu odkrywamy nowe złoża, w innym są już one bliskie wyczerpania. Chcąc je jak najlepiej wykorzystać, sięgamy po najnowsze technologie cyfrowe, które nam w tym pomagają. Krajowe wydobycie gazu od lat oscyluje na stabilnym poziomie około 4 mld m sześc. rocznie, a jego utrzymanie wymaga sporych, systematycznych inwestycji. To oznacza, że PGNiG z własnego wydobycia pokrywa około jedną piątą zapotrzebowania krajowego, dlatego znakomitą większość gazu musi kupić za granicą. Przy zużyciu gazu przekraczającym 20 mld m sześc. rocznie, około 16 mld m sześc. musimy zatem importować, płacąc za ten gaz cenę wynikającą z tego, co dzieje się na rynku. PGNiG nie posiada tylu własnych zasobów gazu ziemnego, by móc realnie wpływać na ceny rynkowe tego paliwa na rynku europejskim.

A co ze skroplonym gazem z USA?

Gaz ze Stanów Zjednoczonych płynie do nas na bieżąco, zgodnie z zawartymi umowami. Tylko w umowach z firmami z USA mamy zakontraktowane ponad 9 mld m sześc. gazu rocznie. W miarę jak rozbudowuje się infrastruktura gazoportu w Świnoujściu, tego gazu płynąć do nas może więcej. Nasze możliwości poszerzy też zaplanowany, drugi, pływający terminal w Zatoce Gdańskiej.

Do czego potrzebujemy gazu? Przecież nie tylko do ogrzewania mieszkań i gotowania na kuchenkach gazowych. Gdzie jest największe zapotrzebowanie?

Największe zużycie odnotowuje przemysł nawozowy, petrochemiczny oraz w coraz większym stopniu energetyka. W Polsce działają już elektrownie gazowe, a budują się kolejne, którymi zastępowane są i będą sukcesywnie zastępowane źródła węglowe. Gaz wspiera także rozwój sektora odnawialnych źródeł energii, stabilizując system energetyczny, gdy nie ma słońca
i wieje słabszy wiatr. Ponadto jest niezbędny między innymi w hutnictwie stali i szkła.

Obecnie w najbardziej widocznym stopniu ceny błękitnego paliwa przekładają się na ceny nawozów sztucznych, w produkcji których cena gazu stanowi 60-70 proc. kosztu. Cena nawozów wpływa na cenę żywności, te z kolei na poziom inflacji. I choć nasi krajowi producenci Azoty i Anwil wciąż sobie radzą, utrzymywanie niepewności na rynku, gwałtowne i irracjonalne wzrosty cen gazu nie służą stabilnemu prowadzeniu biznesu w wielu dziedzinach, od przemysłu chemicznego po rolnictwo.

Czy może się zdarzyć tak, że w którymś momencie tego gazu nam po prostu zabraknie? Czy można spodziewać się wyłączeń lub reglamentowania gazu dla firm?

Musimy odróżnić dwie rzeczy: jedna to cena gazu, a druga to pewność dostaw. Chcę podkreślić, że dostawy są zabezpieczone. Nie ma takiego ryzyka, żebyśmy zaprzestali dostarczać gaz na polski rynek. Owszem, widzimy, co dzieje się w niektórych europejskich krajach – tam z powodu wysokich kosztów gazu fabryki ograniczają bądź zatrzymują pracę. Ale ma to związek z wysokimi cenami gazu, a nie z jego brakiem w ogóle.

W naszym przypadku wszystkie kontrakty, na bazie których importujemy gaz, są obecnie planowo realizowane, tak samo jak bez przeszkód realizowane są dostawy gazu od PGNiG dla naszych hurtowych klientów, czyli m.in. dużych zakładów przemysłowych.

Co czeka gaz w przyszłości? Podaż gazu ze strony dostawców na tyle się zwiększy, że można będzie negocjować niższe ceny? Czy rosnący popyt na gaz sprawi, że jego ceny będą rosły?

Rozwój OZE paradoksalnie zwiększy zapotrzebowanie na gaz. Odnawialne źródła energii mają to do siebie, że są uzależnione od sił przyrody. W związku z tym wymagana jest pewna elastyczność w rezerwowaniu potrzebnej mocy, ponieważ zużycie energii elektrycznej jest niezależne od czynników pogodowych. Trzeba mieć coś w zapasie, co będzie można uruchomić, żeby wytworzyć potrzebną energię, wtedy kiedy warunki atmosferyczne nie są zbyt sprzyjające do wytwarzania i akumulowania energii. Swoisty stabilizator.

Takimi elastycznymi źródłami, którymi będzie można uzupełnić braki mocy w systemie, z całą pewnością są źródła gazowe. Prognozuje się, że zapotrzebowanie na gaz, w miarę powstawania nowych elektrowni i elektrociepłowni gazowych, może się zwiększyć nawet o 50 proc. w ciągu najbliższej dekady.

Chcę jednak jasno powiedzieć, że w przyszłości gazu nam nie zabraknie. Tak jak mówiłem, trwają prace przy Baltic Pipe, rozbudowywany jest gazoport w Świnoujściu, są zaawansowane plany budowy pływającego terminala LNG w Zatoce Gdańskiej, do tego rozwijane są połączenia międzysystemowe z sąsiednimi krajami. Infrastruktura pozwala dostarczać do Polski niezbędne wolumeny gazu. Jak wspomniałem, z firmami amerykańskimi mamy umowy na ponad 9 mld m sześc. rocznie, do tego kontrakt katarski na kolejne 3 mld m sześc. Przez Baltic Pipe do Polski może przypłynąć w ciągu każdego roku blisko 10 mld m sześc. Własne wydobycie to 4 mld m sześc., a rozwijana wspólnie z Orlen Południe produkcja biometanu może w ciągu dekady przynieść kilka miliardów m sześc. ekologicznego surowca.

Nawet najbardziej przezorne działania w skali jednego państwa nie mogą jednak powstrzymać wzrostu cen gazu na wspólnym, europejskim rynku. Dopóki Unia Europejska nie zacznie mówić jednym głosem i nie będzie prowadzić ujednoliconej polityki, dotyczącej zakupów i magazynowania błękitnego paliwa, nadal będziemy narażeni na huśtawkę cen, która uderza po kieszeni zarówno firmy, jak i zwykłych ludzi.

W ostatnim czasie dużo mówi się o tworzeniu koncernu multienergetycznego na bazie fuzji PKN ORLEN z Grupą Lotos i PGNiG. To na pewno dobre rozwiązanie?

Jest takie znane powiedzenie: duży może więcej. Ma ono swoje uzasadnienie w praktyce. Powstanie tak potężnej grupy energetycznej, która będzie w sobie skupiać bardzo długi łańcuch wartości, od wydobycia, importu węglowodorów po przetwarzanie, produkcję, magazynowanie, logistykę, wreszcie sprzedaż, znacząco poprawi i ustabilizuje sytuację przychodową oraz wynikową takiego koncernu.

W związku z tym jest to korzystne, także dla poszczególnych uczestników tego multienergetycznego projektu. Zapewniając większą stabilność finansową, narodowy koncern będzie pozwalał rozwijać się poszczególnym spółkom wchodzącym w jego skład.

Statystyczny Kowalski na tym skorzysta?

Na pewno. Funkcjonowanie tak dużego koncernu ułatwi konkurencję na rynkach międzynarodowych, ale też pozytywnie wpłynie na biznes w Polsce. Firma ta będzie kontrolowana przez Skarb Państwa, a musimy pamiętać, że kapitał zdecydowanie ma narodowość. Można więc powiedzieć, że to będzie dobro wspólne nas wszystkich, także owego Kowalskiego.

Materiał oryginalny: Paweł Majewski: ceny nie zależą od nas, ale gazu nam nie zabraknie - Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie