Pacjent niechciany przez rodzinę to postrach szpitali. Pandemia jest tylko jedną z wymówek

grażyna kuźnik

Wideo

Zobacz galerię (1 zdjęcie)
Rodziny uwięzione w domach podczas pandemii trudno czasem namówić, żeby odebrały ze szpitala krewnych, którzy nie mogą już mieszkać samotnie. Pacjenci tłumaczą, że córka jest zapracowana, ale na pewno po nich przyjedzie. A córka mówi, że jak weźmie sobie na głowę jeszcze matkę, to jej dzieci i mąż w ich mieszkanku powariują. Kończy się tak, że trzeba szukać miejsca w domach opieki.

Rodziny uwięzione w domach podczas pandemii trudno czasem namówić, żeby odebrały ze szpitala krewnych, którzy nie mogą już mieszkać samotnie. Pacjenci tłumaczą, że córka jest zapracowana, ale na pewno po nich przyjedzie. A córka mówi, że jak weźmie sobie na głowę jeszcze matkę, to jej dzieci i mąż w ich mieszkanku powariują. Kończy się tak, że trzeba szukać miejsca w domach opieki.

- W pierwszym okresie pandemii zakłady opiekuńczo-lecznicze i domy pomocy społecznej nie mogły przyjmować pacjentów. Ci którzy zakończyli leczenie w naszym szpitalu, a powinni zostać przekazani do ośrodka, pozostawali na oddziałach – stwierdza Dorota Paździora, koordynatorka ds. spraw socjalnych pacjentów w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Katowicach. - Ta sytuacja była trudna nie tylko dla pacjentów, ale i oddziałów, bo miejsca były zajęte przez osoby, które zakończyły leczenie.
Podczas drugiej fali pandemii ośrodki zaczęły przyjmować pacjentów. Nie trzeba już krewnych błagać na kolanach, żeby zabrali podleczonego, ale wciąż wymagającego stałej opieki pacjenta. Mimo nadal dość skomplikowanej procedury, MOPS-y i ośrodki opieki idą szpitalom na rękę. Czy przez covid pozostawianych w szpitalu seniorów jest więcej? Może, ale to raczej coroczna stała liczba, zmieniły się głównie wymówki.

Kiedy telefony milczą

Typowy pacjent niechciany przez rodzinę ma mało rzeczy albo w ogóle nic. Gdy szpital znajdzie mu miejsce w ośrodku opieki, przygotowuje wyprawkę, bo zakłady liczą na to, że pensjonariusz jakieś zaopatrzenie jednak przywiezie. Tam gdzie trafi, też o wszystko trudno.

- Pacjenci w trudnej sytuacji to tacy, którzy są osamotnieni, czyli nie mają bliskich osób, pacjenci bezdomni bez stałego miejsca zamieszkania, wiele lat żyjący bez adresu oraz tacy, a jest ich najmniej, którzy posiadają rodziny, ale nie mają z nimi kontaktu – dodaje koordynatorka.

W katowickim szpitalu UCK zorganizowano zbiórkę najpotrzebniejszych rzeczy dla takich osób; kosmetyków, artykułów spożywczych, ubrań. Pomagały osoby prywatne i CH 3Stawy. Udało się zaopatrzyć wszystkie oddziały i Izbę Przyjęć.

- Bywa, że rodziny nie są w stanie dowieść potrzebnych rzeczy, bo przebywają na kwarantannie, mieszkają zbyt daleko, jednak problem ten najmocniej dotyka pacjentów osamotnionych lub bezdomnych – mówi Joanna Chłądzyńska, rzecznik prasowy UCK. - Oczywiście, akcję będziemy powtarzać, potrzeby są zawsze stałe, a produkty się wyczerpują. Taki prezent na zakończenie leczenia w naszym szpitalu ma dla nas i pacjentów dużą wartość.

Ośrodki wymagają, żeby pacjent był w miarę sprawny. Określa to tzw. skala Barthel, w której ocenia się dziesięć czynności dnia codziennego. To umiejętność spożywania posiłków, wstawania z łóżka i siedzenie na krześle, czesania się i mycia zębów, korzystania z toalety, kąpieli, chodzenia po powierzchni płaskiej, chodzenia po schodach, ubierania się i rozbierania, kontrolowania moczu i stolca. Nie musi być perfekt, ale jednak pół na pół jest konieczne. Zdarzają się targi i pertraktacje.

- No, mieliśmy taki incydent, że nie mogliśmy nigdzie umieścić wypisanego pacjenta, ale to się wyjaśniło, to było tylko takie nieporozumienie – tłumaczy Jarosław Burzawa, rzecznik Szpitala Specjalistycznego w Chorzowie.

Jeśli w szpitalu znajdzie się bezdomny i okaże się, że absolutnie nie może dalej sam egzystować, to wiadomo, że nikt nie wypisze go na ulicę, gdzie dotąd mieszkał. Już wcześniej szpital zabiega o miejsce w ośrodku opiekuńczym, a choćby w noclegowni, sprawa jest jasna, chociaż bardzo trudna.

Gorzej, kiedy status pacjenta jest niepewny. Niby seniora przywiozła rodzina, niby zostawiła numer telefonu do kontaktów, ale potem zalega milczenie. Nikt nie odbiera telefonów. I nie wiadomo, czy ze strony familii było to już ostatnie pożegnanie czy może tylko podstęp; krewni wyjechali na urlop i zgłoszą się po seniora za dwa tygodnie. Wcześniej nie ma mowy, wiedzą, że zostawili babcię czy dziadka w dobrych rękach.

To jeszcze nie jest najgorzej, bo zdarza się, że krewny w końcu informuje - nie odbierze wypisanego. Nie może tego zrobić, bo jest na kwarantannie, albo i tak męczy się w domu z dziećmi i pracą zdalną, jeszcze mu brakuje kogoś, komu trzeba pieluchy zmieniać albo zapałki chować. Nikt mu więc na siłę wujka, czy nawet rodzica karetką nie przywiezie i nie wciśnie do mieszkania. Krewny zostaje ze swoim sumieniem, a taki pracownik szpitala, jak koordynator do spraw socjalnych, z nowym zadaniem.

Krewny jak dopust boży

- Moim zadaniem jest zapewnienie pacjentowi opieki całodobowej lub doraźnej po hospitalizacji, szczególnie osobom samotnym oraz bezdomnym. Nawiązuję kontakt z rodziną, żeby pomóc jej w opiece nad pacjentem po wypisie ze szpitala – tłumaczy swoją rolę Dorota Paździora.

Z wypisanym nie trzeba koniecznie mieszkać, ale na przykład zapewnić mu dochodzącą opiekę, pomoc pielęgniarski środowiskowej. Przy dobrej woli wszystko da się poukładać. Jeśli jednak rodziny nie udaje się przekonać, szuka się miejsca w ośrodku. Najtrudniej jest z tymi po udarach, pacjent wcześniej był samodzielny, po udarze już nie, to jednak szok dla niego i jego rodziny. Czasem bliscy naprawdę nie mogą się nikim zająć, bo sami ledwo dają sobie radę.

Na przykład małżeństwo po 80., kochające, ale schorowane. On dostał udaru, musiał leżeć, wymagał nagle całkowitej opieki. Żona, słabe chucherko, bardzo chciała go mieć w domu i zajmować się nim, ale nie dawała rady nawet przewrócić go na bok i porządnie zająć się sobą. Musiał zostać w szpitalu, trzeba było znaleźć mężowi miejsce w domu opieki. Z drugiej strony są osoby zamożne, które okazują się jedyną rodziną dalekich krewnych i odmawiają zajęcia się ciotką, z którą nie czują się związani.

Tak już jest, że rodziny uboższe częściej odbierają takiego niesprawnego pacjenta, może ze względu na rentę, może na silniejsze rodzinne uczucia. Albo traktują sytuację jako jeszcze jeden dopust boży, który na nic

Materiał oryginalny: Pacjent niechciany przez rodzinę to postrach szpitali. Pandemia jest tylko jedną z wymówek - Dziennik Zachodni

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie