reklama

Ostatni "Thriller" Jacksona

Marcin Mindykowski
Film "This Is It", opowiadający o kulisach przygotowań do pożegnalnej, londyńskiej trasy koncertowej Michaela Jacksona, można oglądać w kinach jeszcze przez dwa tygodnie
Film "This Is It", opowiadający o kulisach przygotowań do pożegnalnej, londyńskiej trasy koncertowej Michaela Jacksona, można oglądać w kinach jeszcze przez dwa tygodnie Fot. Materiał promocyjny SONY/Pictures
Kiedy media obiegły pierwsze wyniki sekcji zwłok Michaela Jacksona, świat zamarł. Okazało się, że król popu tuż przed śmiercią był chorobliwie chudy (ważył niespełna 50 kg), łysy (od dawna nosił perukę), w żołądku miał jedynie tabletki przeciwbólowe, a jego ciało było pokryte śladami nakłuć po igłach, którymi gwiazdorowi podawano silne środki znieczulające.

Jakież było więc zdziwienie większości sympatyków artysty, gdy niedługo potem serwisy informacyjne wyemitowały dwuminutowy fragment z prób, które zakończyły się zaledwie kilka dni przed jego śmiercią. Na upublicznionym zapisie utworu "They Don't Care About Us" Jackson, ubrany w szarą marynarkę i czerwoną koszulę, energicznie tańczył i śpiewał pełnym głosem. Wkrótce okazało się, że takiego zakulisowego materiału jest dużo więcej - ponad 100 godzin. Z nich właśnie powstał dokumentalno-muzyczny film "This Is It" w reżyserii Kenny'ego Ortegi, który wczoraj wszedł na ekrany kin na całym świecie. Obraz odsłania kulisy przygotowań do pożegnalnej trasy Michaela Jacksona. Na jej program złożyło się 50 występów, które gwiazdor miał zagrać w lodyńskiej hali koncertowej O2 Arena między lipcem 2009 a marcem 2010 roku.

Oczywiście o żadnym w pełni bezinteresownym hołdzie nie może być mowy. Włodarze wytwórni Jacksona, firmy Sony, potrafią dodać dwa do dwóch. Wiedzą, że przez dwa miesiące po śmierci króla popu sprzedało się więcej jego płyt niż przez ostatnie 10 lat. Mają świadomość, że publiczną uroczystość żałobną, której prawa do emisji rodzina zmarłego odstąpiła bezpłatnie wszystkim stacjom telewizyjnym, obejrzało 31 mln widzów na świecie. Nie powinna zatem dziwić dokładnie przemyślana strategia promocyjna - podsycanie napięcia przez upublicznianie kolejnych fragmentów filmu na oficjalnej stronie artysty, a także towarzyszące obrazowi "odkrycie" - "premierowy", tytułowy utwór, który, gwoli ścisłości, pochodzi tak naprawdę z 1983 roku i jest owocem współpracy Jacksona i Paula Anki.

W podobnych kategoriach należy rozpatrywać skierowanie biletów do sprzedaży na miesiąc przed premierą, a także nieustanne podkreślanie faktu, że film zniknie z kinowych ekranów już po dwóch tygodniach. Oczywiście nie oznacza to, że ten, kto nie zdąży się wybrać do kina w najbliższym czasie, nie będzie miał okazji w ogóle zobaczyć filmu - wytwórnia już szykuje bowiem jego ekskluzywne wydanie na DVD. Za pięknymi słowami o oddaniu hołdu wielkiemu artyście i udostępnieniu fanom unikatowych materiałów z udziałem ich idola bez wątpienia stoi więc silny imperatyw biznesowy. Powszechnie przecież wiadomo, że na niczym nie zarabia się w show-biznesie tak dobrze jak na śmierci. Trzeba więc kuć żelazo póki gorące.

Warto wspomnieć tu także o akcji pod hasłem "This Is Not It", którą część fanów protestuje przeciw treści dokumentu Ortegi. Twierdzą oni, że film jest zmanipulowany i przedstawia tylko część prawdy. Zbierają relacje świadków, którzy rozmawiali z Jacksonem w ostatnich dniach jego życia. Artysta miał im się skarżyć, że jest wykończony, nie ma sił na próby i żałuje, że zgodził się na zwiększenie pierwotnie ustalonej liczby 10 koncertów do 50. Podobno narzekał też na swoich najbliższych współpracowników, u których nie może liczyć na zrozumienie i którym chęć zysku z trasy przesłania wszystko. Zdaniem przeciwników filmu, celowo pominięto w obrazie sceny, w których Jackson słania się na nogach, myli teksty własnych piosenek, potrzebuje pomocy, żeby wejść na scenę, ubiera po trzy koszule, żeby zamaskować swoją szczupłość, a nawet wymaga karmienia przez Ortegę.

Takie rewelacje należy oczywiście traktować z rezerwą, ale nie będzie przesady w stwierdzeniu, że "This Is It" to film z tezą. Już na etapie ogłaszania kontraktu wytwórnia zastrzegła, że w materiale nie znajdą się żadne fragmenty pokazujące Jacksona w negatywnym świetle. Adresatami filmu są w końcu - czego nie kryje zresztą Ortega - oddani fani Jacksona, dla których film ma być substytutem trasy koncertowej, która nigdy się nie odbyła.

Trudno jednak uwierzyć, że wśród 100 godzin materiału nie znalazły się zdjęcia przedstawiające Jacksona podenerwowanego, zmęczonego (w ostatnich dniach próby trwały nawet po 10 godzin) czy po prostu mylącego się. Być może więc, kiedy za parę lat wytwórnia Sony uzna, że warto trochę odbrązowić legendę, ponownie nieźle przy tym zarabiając, z tego samego materiału wyjściowego otrzymamy inny film. Tym razem dostaliśmy jednak wersję mocno hagiograficzną, ugruntowującą wizerunek Jacksona jako króla popu. Ostatni, pomnikowy kadr filmu, z takim właśnie podpisem i sentencją "Miłość trwa wiecznie", przekonuje o tym dobitnie.

Jak więc traktować to, co zobaczymy w filmie "This Is It"? Najlepiej jako część - ale jednak - prawdy. Nie ulega wątpliwości, że trasa, którą król popu zamierzał pożegnać się z widownią, należała do wyjątkowych. O jej rozmachu stanowiły pirotechniczne efekty, żywe, doskonałe aranżacje znanych przebojów, taneczne, idealnie zsynchronizowane popisy, a także wizualne atrakcje (gangsterska etiuda wprowadzająca "Smooth Criminal", symulacja marszu tysięcznej armii w "They Don't Care About Us" czy animacje 3D towarzyszące "Thrillerowi"). W repertuarze też nie było miejsca na przypadki - podczas ostatniej trasy zabrzmiałyby wszystkie największe hity Jacksona, z "Beat It", "Earth Song", "Black or White" i "Billy Jean" na czele. I choć nie był to teatr jednego aktora - artystę wspomagali liczni tancerze i wokaliści - najważniejszy był ten jeden. Gdyby więc Jackson na koncertach był w co najmniej tak dobrej formie jak na próbach (gdzie, jak sam wielokrotnie powtarzał, wolał się oszczędzać), przekonałby ostatnich niedowiarków, że tytuł króla popu należy mu się dożywotnio.

Na ekranie widzimy Jacksona w świetnej formie, jako ciepłego, pełnego humoru człowieka, doskonale tańczącego, czysto śpiewającego. Ten obraz nie ma nic wspólnego z wizerunkiem oderwanej od rzeczywistości, bezwolnej ofiary, jaki od dawna kreowały media. Artysta wielokrotnie przekonuje współpracowników do swojej wizji muzyczno-tanecznej, a ci bez szemrania dostosowują się do jego zaleceń. I nie ma to wymiaru spełniania życzeń rozkapryszonej gwiazdy. Zawodowo Jackson nadal twardo stąpa po ziemi. Do końca trzyma pieczę nad artystycznymi aspektami przedstawienia. Jest niekwestionowanym mistrzem ceremonii. W słowach Kenny'ego Ortegi "On był architektem, my tylko budowniczymi" nie ma więc cienia przesady.

Trudno też znaleźć powody, by na podstawie przedstawionego materiału twierdzić, że otoczenie wykorzystuje bądź zmusza artystę do nadludzkiego wysiłku. To on podejmuje bowiem decyzje o tym, żeby próbować bez końca, aż do osiągnięcia ideału. Nie mamy wątpliwości, że jest perfekcjonistą, który chce dopiąć swój show na ostatni guzik. I udowodnić całemu światu, że wciąż potrafi wejść na szczyt.

Oglądając film, warto jednak pamiętać, że ten perfekcjonizm, a w konsekwencji przemęczenie organizmu, był jedną z bezpośrednich przyczyn jego śmierci.

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie