18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Wyszukiwarka wyborcza

Wybory Parlamentarne

Sprawdź wyniki wyborów w Twoim okręgu

Narcyz naszych czasów w malignie. O spektaklu "Tak powiedział Michael J."

Jarosław Zalesiński
Tomasz Bołt
W pierwszym zdaniu należy wyjaśnić, że sztuka "Tak powiedział Michael J.", która w piątek miała swoją prapremierę na sopockiej Scenie Kameralnej teatru Wybrzeże, nie jest sztuką o Michaelu Jacksonie.

Owszem, grający Michaela Piotr Biedroń (niewątpliwie najlepsza rola w tym przedstawieniu i najlepsza rola Biedronia w teatrze Wybrzeże) ćwiczy nawet w jednej ze scen przed lustrem charakterystyczną jacksonową choreografię, łącznie z "księżycowym chodem", owszem, mamy prawo domyślać się w postaciach ojca, siostry i doktora odpowiedników osób z życia Jacksona, mamy też niezdrową fascynację dziećmi, słyszymy o tworzeniu Neverlandu - ale stanowczo nie jest to sztuka o Michaelu Jacksonie.

W drugim zdaniu należałoby zatem wyjaśnić, o czym ona jest. Ale to zadanie o wiele trudniejsze do wykonania.
Kłopot zaczyna się już od tekstu napisanego przez Jolantę Janiczak. Janiczak, jeśli dobrze to zrozumiałem, odczytała postać Michaela Jacksona bardzo po swojemu i - przyznać trzeba - bardzo ciekawie. Król popu w wersji Janiczak to jakby "narcystyczna osobowość naszych czasów", człowiek, który uwierzył, że stać go na każdy rodzaj kreacji. W końcu Jackson komponował nie tylko piosenki, "komponował" także własny wygląd, ciało. Występował nie tylko na estradzie, całe życie było dla niego nieprzerwanym występem. Kiedy w pierwszej scenie przedstawienia widzimy, granego przez Biedronia, Michaela leżącego na łóżku, całego obwiniętego zużytą taśmą filmową, jest w tej jednej scenie pokazany sposób życia tego człowieka.

Pomysł Janiczak łatwo da się uogólnić. Nie tylko Michael Jackson żył w poczuciu, że "wszystko jest dozwolone". To w ogóle pomysł współczesnego człowieka na samego siebie. To samo zresztą mówili niektórzy bohaterowie Dostojewskiego, ale dziś polega to już nie na metafizycznym buncie, tylko na jednym wielkim show. "Wszystko jest dozwolone dla zabawy" - tak by raczej brzmiało motto współczesnego Narcyza, tak jak pokazuje go Janiczak, wykorzystując w tym celu postać Michaela Jacksona.

Do tego jednak, by zmienić wszystko w zabawę, trzeba przekroczyć wiele norm i ograniczeń. Jedne z nich, ograniczenia kultury, są tu - jeśli dobrze rzecz rozumiem - uosobione przez postać ojca (Marek Tynda), przez demonicznego doktora zaś (Jacek Labijak) - ograniczenia naszej natury, przede wszystkim ciała, które czego byśmy z nim, dzisiaj dzięki inżynierii genetycznej, technice i medycynie nie wyczyniali, i tak umrze.

Czy to właśnie mają nam powiedzieć te dwie, towarzyszące Michaelowi postacie - tego bym już jednak nie zaprzysiągł. Może to, a może wcale nie... Tekst Janiczak w swoim tytule nawiązuje do słynnego dzieła Nietzschego "Tako rzecze Zaratustra". Podobnie jak pierwowzór, stara się być filozoficzną przypowiastką, w której bohater, przynoszący ludziom jakąś nową objawioną naukę, dla jej wyłożenia wdaje się w rozmowy z napotkanymi postaciami. Cóż, skoro Janiczak mierzyła tak wysoko, to trzeba powiedzieć, że jej upadek z wysokiego konia jest bolesny... Od precyzji myśli niemieckiego filozofa dzielą Janiczak lata świetlne. Mam wrażenie, że zasadę, iż wszystko może być przedmiotem nieskrępowanej kreacji, Janiczak zastosowała także do samej siebie. Nawet okoliczność, że przedstawiane sceny rozgrywają się w ciągu kilku ostatnich godzin życia Jacksona, coś w rodzaju maligny, nie tłumaczy takiego, przepraszam, myślotoku.

Reżyserujący sztukę Wiktor Rubin postanowił tę właściwość tekstu Janiczak jeszcze wzmocnić. Również on uznał, że przedstawienie to przedmiot nieskrępowanej kreacji. I myślotok dopełnił scenotokiem - łańcuszkiem co bardziej ekscentrycznych pomysłów. Nie dziwię się, że na premierowym przedstawieniu publiczność pod koniec na ten potop słów i efektów zaczęła reagować nerwowym chichotem (w czym specjalna zasługa wyjątkowo fałszywie grającej postać Matki i Kobiety Wandy Skorny).

"Tak powiedział Michael J." zostało pokazane w ramach Aneksu do Festiwalu Wybrzeże Sztuki, wspólnie z "Danutą W.". Nic tych dwóch przedstawień ze sobą nie łączy, ale dzieło Janiczak i Rubina przypomniało mi za to pokazany na Aneksie dwa lata temu spektakl "Oczyszczeni" Sarah Kane w reżyserii Warlikowskiego. Warlikowski z zawiłego tekstu Kane wydobył klarowne i przejmujące przesłanie. Janiczak i Rubin wspólnie utopili ciekawe przesłanie w swoim dziele. Cieszy, że teatr Wybrzeże wprowadza na afisz tak ostre i eksperymentalne przedstawienie. Ale na tle "Oczyszczonych" "Tak powiedział Michael J." wydał mi się jedynie produktem awangardopodobnym.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie