Marek Zuber: Inflacja? Ten dziwny czas trzeba po prostu przeczekać

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Marek Zuber, ekonomista, analityk rynków finansowych, ekspert i doradca finansowy
Marek Zuber, ekonomista, analityk rynków finansowych, ekspert i doradca finansowy Materiały prasowe
Myślę, że w najbliższych miesiącach przekroczymy 5 procent inflacji. Biorąc pod uwagę stabilność gospodarki, najważniejsze będzie to, czy Polacy przestraszą się wzrostu cen. To znaczy, czy zaczną zachowywać się tak, jakby w przyszłości ceny miały rosnąć jeszcze bardziej – mówi Marek Zuber, ekonomista.

Inflacja. Jest się czego bać?

Oto jest pytanie! Czy w tej chwili mamy już się czego bać, jeżeli chodzi o wzrost cen w Polsce, czy też jeszcze nie? Myślę, że w najbliższych miesiącach przekroczymy 5 procent inflacji. Biorąc pod uwagę stabilność gospodarki, najważniejsze będzie to, czy Polacy przestraszą się wzrostu cen. To znaczy, czy zaczną zachowywać się tak, jakby w przyszłości ceny miały rosnąć jeszcze bardziej.

Przecież one już rosną.

Rosną, ale czy my już się zachowujemy tak, jakby miały wzrosnąć jeszcze bardziej?

Czyli jak? Nie da się kupić marchewki na zapas, a akurat ceny warzyw bardzo poszły w górę.

Marchewki na zapas nie kupimy; pytanie jest raczej o to, czy zaczniemy uciekać z pieniędzmi, kupując wszystko, co się do tego nadaje. Taką sytuację mamy teraz w przypadku rynku mieszkań - ale to dotyczy tych bardziej zamożnych Polaków. Część popytu na mieszkania, jaki dziś obserwujemy, a co za tym idzie - wzrost cen- wynika właśnie z tego, że Polacy, w związku z bardzo niskim oprocentowaniem lokat, ale też właśnie obawą przed inflacją, uciekają z pieniędzmi. Jeżeli zacznie to być powszechne, będzie dotyczyło innych dóbr, to doprowadzi to do jeszcze większego wzrostu cen. Jednocześnie pojawi się jeszcze większy nacisk na jeszcze większy wzrost wynagrodzeń; no, bo skoro wszystko drożeje? A to już może doprowadzić do tak zwanego efektu drugiej rundy, a potem do spirali inflacyjnej i wówczas faktycznie inflacja może się wymknąć spod kontroli. A koszty opanowania sytuacji będą bardzo wysokie. Ile kosztuje walka z inflacją mogliśmy się przekonać na początku XX wieku. Między innymi dlatego, choć nie była to oczywiście jedyna przyczyna, przekroczyliśmy wtedy 20% bezrobocia. Ale do tego procesu w Polsce jest jeszcze daleka droga.

Czy to, w jaki sposób inflacja będzie się kształtować, zależy od samego społeczeństwa, od jego zachowania?

To, co stało się w tej chwili, ten wzrost cen, który obserwujemy obecnie, nie wynika z tego, że Polacy zaczęli więcej kupować. Wynika z bardzo wielu innych czynników. Do strukturalnych, które obserwujemy już od 3-4 lat należy wzrost wynagrodzeń i wzrost cen energii. Wzrost wynagrodzeń po części związany jest ze wzrostem minimalnego wynagrodzenia; chodzi szczególnie o ten ostatni okres półtora roku, kiedy rząd zdecydował o jeszcze bardziej skokowym jego wzroście. Ale przede wszystkim wzrost wynagrodzeń wynikał z bardzo dobrej koniunktury, którą obserwowaliśmy od 2014 roku. Nie tylko w Polsce. W całej Europie wschodniej. Ten wzrost z jednej strony jest powodem do cieszenia się, bo więcej zarabiamy, ale z drugiej strony dla przedsiębiorców oznacza koszty. Wzrost kosztów pracy doprowadził na przykład do tego, że bardzo wzrosły ceny usług; dotyczy to i fryzjera, i gastronomii, i np. usług medycznych. Oczywiście usługi medyczne dodatkowo drożeją ze względu na pandemię. Ale dobrym przykładem tego procesu jest także rynek żywności. Czereśnie już nigdy nie będą w Polsce po trzy złote za kilogram, chyba, że sami je sobie nazbieramy. Bo koszt zbierania czereśni w przeciągu 3-4 lat podrożał trzykrotnie. Do tych czynników strukturalnych dochodzą różnego rodzaju inne czynniki, czasem jednorazowe, jak nałożenie jakiegoś podatku, takiego jak opłata cukrowa.

Która sprawiła, że woda mineralna również podrożała. Dlaczego?

Wzrost cen wody mineralnej, który szacujemy na mniej więcej 8 procent w stosunku do zeszłego roku, wynika z tego, że wielu producentów ma cały wachlarz produktów - napoje wysokosłodzone, napoje słodzone słodzikiem, które też podlegają opłacie cukrowej i wody mineralne. I teraz, żeby nie przekładać całej opłaty cukrowej na napoje wysokosłodzone, część opłaty przenosi się niejako na wodę mineralną. W ten sposób napój wysokosłodzony drożeje mniej, ale za to drożeje także woda mineralna. To dobry przykład, kiedy mamy jakiś instrument, teoretycznie mający oddziaływać na cenę określonej grupy dóbr, a tak naprawdę przekłada się na znacznie większe spektrum. Proszę zobaczyć na ceny energii: prąd podrożał dla gospodarstw domowych i małych firm teoretycznie dopiero od 1 stycznia tego roku; wcześniej mieliśmy rożne programy osłonowe. Ale większe i duże firmy już wcześniej musiały więcej płacić. Droższy prąd to znowu jest coś, co rozlewa się na całą gospodarkę, bo to jest wzrost kosztów praktycznie wszędzie. Podobnie jest z paliwami, które zresztą też w ciągu ostatniego roku mocno podrożały. Przerzuca się to na ceny różnego rodzaju innych dóbr i usług. A zatem jak z tego wynika, niektóre czynniki działają od dłuższego czasu. To co jest nadzwyczajne w tym roku to na przykład wzrost cen żywności.

Tylko, że ludzie nie rozumieją, dlaczego jak wcześniej robili zakupy, to płacili 40 złotych, a dziś za te same produkty płacą 120 złotych. Co takiego się stało?

O tym właśnie zacząłem mówić: mamy różne grupy czynników, które pchają te ceny. Wzrost na który Pani wskazuje po części wynika to z tego, o czym już powiedziałem. Dajmy na to, sklep prowadzi swoją działalność, ma zamrażarki, klimatyzację, oświetlenie, czyli zużywa prąd. W związku z tym rosną koszty tego sklepu. Pracownicy coraz więcej zarabiają. Cieszymy się z tego, ale z drugiej strony to są dodatkowe koszty dla sklepu, no więc sklep podnosi ceny. A do tego dochodzą te różne inne czynniki często jednorazowe. No i właśnie wracając do cen żywności - w tym roku mamy spóźniony sezon, więc wszystkie nowalijki, także np. truskawki są dużo droższe, niż były o tej porze w ubiegłym roku. Nie dotyczy to tylko polskich warzyw i owoców; mieliśmy na przykład potężny wzrost cen papryki, kilogram przekroczył cenę czterdziestu złotych. To wynikało z fatalnej pogody w lutym w Hiszpanii, to zniszczyło uprawy i stąd ten wzrost cen. Dopiero, kiedy zaczął się sezon w Holandii i na Węgrzech, to jej ceny spadły. Kolejny problem, czyli zboża - one generalnie na świecie drożeją, po części wynika to z sytuacji pogodowej, ale także na przykład z tego, że bardzo mocno wzrósł popyt na zboża ze strony Chińczyków. Mamy zatem z jednej strony mniej zboża, z drugiej większy popyt. No i ceny rosną. To z kolei przekłada się na wzrost cen chleba i ten chleb w Polsce podrożał znowu o kilkanaście procent. Choć tu także wynika to ze wzrostu cen prądu i kosztów pracy. Ropa - w zeszłym roku o tej porze była wyraźnie tańsza, a to się znowu przekłada na ceny benzyny, oleju napędowego, to z kolei na ceny transportu i za ten transport płacimy już i w innych rzeczach. Nastąpił duży wzrost opłat za wywóz śmieci - średnio o 35 procent w stosunku do zeszłego roku. Tu sytuacja zresztą jest trochę bardziej skomplikowana, bo rzeczywiście mamy niewystarczającą konkurencję i to ona także prowadzi do tego, że wywóz śmieci tak bardzo w niektórych miastach drożeje. Zatem tych czynników jest wiele. A na to może nałożyć się jeszcze jeden czynnik, który na razie nie oddziałuje jakoś bardzo, ale on jest niebezpieczny w kontekście tego, o czym zacząłem mówić, czyli tych oczekiwań inflacyjnych, oczekiwań, że inflacja będzie rosła. Mam tu na myśli zwiększanie podaży pieniądza, czyli kolokwialnie mówiąc drukowanie pieniędzy, z którym mieliśmy do czynienia w zeszłym roku w związku z pandemią. Dziś mamy na rynku masę dodrukowanych pieniędzy, choć one na razie nie wpływają na wzrost cen.

Jak to nie?

Polacy nie ruszyli jeszcze do sklepów. Czyli niejako nie wykorzystując tych pieniędzy. Ale jeżeli ruszą, jeżeli - o czym powiedziałem już na początku - uwierzą w to, że ceny będą rosły, to wzrośnie inflacja. Nie wiem, czy pani pamięta, ale myśmy w lutym ubiegłego roku mieli już prawie 5 procent inflacji. Ona potem wyhamowała, głównie dlatego, że nastąpiła pandemia. W pandemii ograniczyliśmy zakupy, z jednej strony dlatego, że nie mieliśmy gdzie kupować - dotyczy to np. odzieży i obuwia, bo były zamknięte galerie handlowe, z drugiej, bo baliśmy się tego, co nadchodzi.

Wzrosła sprzedaż internetowa.

Ale sprzedaż internetowa nie zastąpiła całości sprzedaży w tradycyjnym kanale. A do tego dołożyły się jeszcze obawy przed utratą pracy, obawa przed kryzysem, więc hamowaliśmy wydatki, no bo nie wiedzieliśmy, czy nam np. pensji nie obniżą.

I obniżyli w różnych branżach. Na przykład w medialnej.

Właśnie. Jeżeli w tym roku ludzie uwierzą, że rzeczywiście wygraliśmy z pandemią, a ci, którzy wcześniej odczuli pogorszenie sytuacji, zaczną bardziej optymistycznie patrzeć w przyszłość, będzie np. u nich szansa na podwyżki płac, a przynajmniej nie będzie obawy o utratę pracy, bo znowu będzie jej więcej, to dojdzie do zwiększonego „kupowania”. Jeśli spojrzymy na dane o sprzedaży detalicznej, to ona zaczyna wracać do dynamiki, którą obserwowaliśmy przed pandemią. Ale dzieje się o dopiero teraz. Jeśli ten czynnik będzie działał, to biorąc pod uwagę tę zwiększoną podaż pieniądza, czyli ten wydrukowany pieniądz oraz obawy przed wzrostem cen, czyli jeśli ludzie zaczną myśleć, że faktycznie inflacja może być jeszcze wyższa i zaczną kupować na zapas to może być niebezpieczne i może to doprowadzić do wystrzału inflacji, który w konsekwencji trzeba będzie tłumić bardzo mocnymi podwyżkami stóp procentowych, a to nam zahamuje wzrost gospodarczy. To nie jest dzisiaj najbardziej prawdopodobny scenariusz, ale moim zdaniem powinniśmy go już poważniej brać pod uwagę i Rada Polityki Pieniężnej powinna zareagować, podwyższając stopy procentowe.

O Radę Polityki Pieniężnej zaraz zapytam, ale wrócę jeszcze do drukowania pieniędzy. Ekonomiści mówią: „Cały świat drukuje pieniądze”. Czy to znaczy, że nie ma się czym przejmować? A z drugiej strony zwracają uwagę na rządowy program Polski ład, który może te inflację wzmocnić…Czyli przyspieszyć.

Czyli przyspieszyć. No tak. Jeśli chodzi o drukowanie pieniądza, to trzeba parę rzeczy oddzielić. To co się działo w zeszłym roku, czyli wielki wzrost długów państw, czyli mówiąc wprost pożyczanie pieniędzy przez państwa i drukowanie pieniędzy przez banki centralne było absolutną koniecznością. Nikt się na to nie obrażał, że takiego sformułowania użyję. Nie mieliśmy innego pomysłu na to, jak walczyć z pandemią. Trzeba pamiętać o tym, że kryzys, jaki został wywołany przez pandemię, to nie był kryzys wynikający z cyklu koniunkturalnego, z czynników ekonomicznych. Nie było innego pomysłu na walkę z nim, nikt więc nie kwestionował tego, że w tym kierunku trzeba iść. Oczywiście drukowanie pieniądza obserwowaliśmy wcześniej, na przykład w Stanach Zjednoczonych, czy w strefie euro, tylko trzeba rozróżnić charakter tego procesu wtedy i teraz.

To znaczy?

Wcześniej, na przykład w USA było to zrobione w taki sposób, że ten pieniądz de facto nie trafiał bezpośrednio do konsumentów. Trafiał on - użyłbym takiego sformułowania - na rynki finansowe. Ten mechanizm polegał na tym, że jeżeli zapadały, czyli kończyły się obligacje emitowane w przeszłości przez państwo, emitowane ze względu na konieczność sfinansowania deficytu, czyli znowu kolokwialnie mówiąc po to, żeby zapchać dziurę w budżecie, to bank centralny kupował te obligacje. To było to „drukowanie pieniędzy”, zwiększenie jego podaży. Ten „nowy” pieniądz trafiał do posiadaczy tych obligacji. Najczęściej były to fundusze emerytalne, banki, fundusze inwestycyjne niskiego ryzyka i te pieniądze z powrotem były inwestowane na przykład przez kupowanie nowych obligacji skarbowych. Taki był mechanizm. Zatem ten pieniądz, można powiedzieć, nie trafiał na ten rzeczywisty rynek; nie trafiał bezpośrednio od razu do konsumentów, a zatem nie powodował w wielkim stopniu bezpośredniego zwiększenia konsumpcji. Natomiast teraz było i jest inaczej. Weźmy znowu przykład Stanów Zjednoczonych. To także właśnie dzięki tym „drukowanym” pieniądzom rząd amerykański wypłacał tzw. dodatek koronawirusowy, czyli drugi zasiłek tym, którzy stracili pracę. W Polsce, po części dzięki tym wydrukowanym pieniądzom utrzymano poziom bezrobocia, mam tu na myśli tarcze finansową 1.0, ale także realizowano różnego rodzaju inne, mniejsze transfery, które trafiały choćby do prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą. Jeśli ten pieniądz dziś rzeczywiście „ruszy”, jeśli przyczyni się do mocnego zwiększenia konsumpcji i inwestycji, to będzie dodatkowy impuls inflacji. Sytuacja jest więc zupełnie inna niż drukowanie pieniądza po kryzysie 2008-2009 roku, albo po kryzysie strefy euro w latach 2012-2013. Zresztą ta dyskusja o inflacji ma miejsce nie tylko w Polsce; ona się toczy w wielu miejscach na świecie. Także we wspomnianych USA. Dzisiaj wśród amerykańskich ekonomistów jest spór dotyczący tego, czy rzeczywiście nie dojdzie do wybuchu inflacji w Stanach Zjednoczonych. W Niemczech np. też jest relatywnie wysoka inflacja; oczywiście dużo niższa niż w Polsce, ale jej przyrost w ostatnich miesiącach jest bardzo widoczny. Nie tylko więc w naszym kraju mamy ten problem; on jest dziś w wielu miejscach na świecie, głównie w związku z taką a nie inną reakcją na kryzys pandemiczny. Ale w Polsce dodatkowo mamy jeszcze parę innych elementów, jak właśnie wzrost cen energii, wzrost kosztów pracy, jak podatki, które się pojawiają i kolejne będą się pojawiać, a które - i co do tego nie ma żadnych wątpliwości - będą przerzucane na konsumentów. Myśli Pani, że inny sposób liczenia składki zdrowotnej nie wpłynie na wzrost cen? Oczywiście że wpłynie. Pytanie tylko gdzie i jak bardzo.

Wrócę do Rady Polityki Pieniężnej - jaka jest jej rola, jeśli chodzi o inflację? Wygląda na to, że niechętnie chce podwyższać stopy procentowe. Dlaczego?

Patrząc na Radę Polityki Pieniężnej, na wypowiedzi członków Rady, to właściwie w Radzie są tylko dwie osoby, które chciałyby, aby ten organ zmienił podejście. Ja się zresztą z tymi dwiema osobami zgadzam. Rada jest w trudnej sytuacji, to nie ulega żadnej wątpliwości, dlatego, że z jednej strony niskie stopy procentowe, tani kredyt to jest coś, co pomaga gospodarce. A przecież mieliśmy potężny kryzys, mieliśmy zapaść gospodarczą, szczególnie w II kwartale ubiegłego roku. Oczywiście, Rada robiła wszystko, żeby gospodarce pomóc. Stąd bardzo niskie stopy procentowe. Ale moim zdaniem, te stopy zostały obniżone za bardzo; ta ostatnia obniżka w zeszłym roku w maju była niepotrzebna. Wręcz była błędem.

Dlaczego?

Dlatego, że ona np. wymusiła bardzo mocną podwyżkę kosztów sektora finansowego, szczególnie banków. Jak popatrzy pani na poszczególne elementy koszyka inflacyjnego, to najbardziej ze wszystkich rzeczy podrożały nie wywóz śmieci, nie usługi stomatologiczne, nie preparaty higieniczne, tylko usługi finansowe. Ten wzrost cen w stosunku do zeszłego roku wynosi 50 procent. To dlatego, że banki odbijały sobie te prawie zerowe stopy procentowe podnosząc prowizje, opłaty, marże. W istocie, jeśli dzisiaj ktoś bierze nowy kredyt, to pomimo najniższych w historii stóp procentowych, jego koszt wcale nie będzie niższy niż półtora roku temu. WIBOR jest dużo niższy, ale marża będzie zapewne wyższa. Jak ktoś wcześniej wziął kredyt, przed tymi obniżkami stóp, to faktycznie płaci dziś mniej. Ale nowe kredyty wcale tańsze nie są. Tak czy inaczej, Rada zrobiła to po to, żeby pomagać gospodarce, także, żeby pomagać państwu, dlatego, że stopy procentowe wpływają też na koszt pożyczania pieniędzy przez państwo. Stopy są prawie zerowe, to też nigdy w historii państwo nie pożyczało tak tanio pieniędzy; dzisiaj ten poziom wynosi mniej niż dwa procent. Czyli pożyczenie dzisiaj stu miliardów złotych kosztuje nie więcej niż dwa miliardy złotych rocznie. W zeszłym roku było nawet taniej. Tak niskiego poziomu nigdy nie obserwowaliśmy. Ale z drugiej strony podstawowy cel działania Rady Polityki Pieniężnej to jest kontrola inflacji, kontrola wartości pieniądza. I teraz zaczyna się problem. Do tego NBP od trzech lat mówi, że inflacja będzie spadać, że jest pod kontrolą i te prognozy się nie sprawdzają. Mamy tu dysonans dotyczący przewidywań między Narodowym Bankiem Polskim a sporą częścią ekonomistów, do których ja również się zaliczam. My się znacznie bardziej boimy potencjalnego wzrostu cen. Może być tak, że gospodarka mocno ruszy, ale temu wzrostowi będzie towarzyszyła wysoka inflacja. W tej chwili gospodarka dopiero zaczyna się podnosić, rozumiem, że są oczekiwania, żeby tego wzrostu nie hamować, ale z drugiej strony mamy wysoką inflację. Co zrobić?

O to właśnie pytam - co?

Moim zdaniem, Rada Polityki Pieniężnej powinna podnieść stopy; nieznacznie. Nie chodzi o to, żeby teraz stopa referencyjna wzrosła z 0,1 na 5 procent. Chodzi o to, żeby dokonać nieznacznej podwyżki; może o 0,2 punktu procentowego, może troszkę więcej. Po to, żeby dać sygnał obywatelom: „Kochani, jak inflacja dalej będzie rosła, to my podniesiemy stopy. Widzimy co się dzieję i reagujemy. A możemy reagować jeszcze bardziej.” To jest pewnie potrzebne także przedsiębiorcom, aby wskazać, że jest ktoś, kto patrzy także na kwestie związane z inflacją, bo jeżeli ona rzeczywiście wymknie się spod kontroli, to koszty jej hamowania będą zwielokrotnione. Będzie trzeba wtedy podnieść te stopy procentowe faktycznie do 5 albo 7 procent. Dzisiaj trudno jest nawet wyrokować do jakiego poziomu. A to będzie oznaczało ogromny wzrost kosztów finansowania i będzie to rzeczywiście czynnik hamujący wzrost gospodarczy. Dlatego, moim zdaniem, Rada taki nieznaczny ruch powinna dzisiaj wykonać.

W takim razie, jak w tym niepewnym czasie żyć? Jak normalny obywatel ma dzisiaj przetrwać?

Przede wszystkim mam nadzieję, że pandemia ustąpi, że już nie będziemy mieli kłopotów z tym związanych. To podstawa. Jeśli popatrzymy na wskaźniki optymizmu konsumentów, a mamy np. liczony przez GUS wskaźnik ich nastrojów, to w dalszym ciągu, nawet jeszcze w maju, był on na sporym minusie. A wcześniej pomimo poprawy w gospodarce ten minus był na prawdę znaczący. Interpretujemy to obawami przed pandemią; nie chodziło nawet o ekonomiczne konsekwencje pandemii, ale o obawę przed zachorowaniem czy śmiercią. Dlatego uważam, że najważniejsze jest, aby zachować spokój, aby zachować umiar. Co tak naprawdę jest nowego w ekonomicznej sytuacji przeciętnego Kowalskiego? Myślę, że w perspektywie kilku najbliższych kwartałów znikną obawy na przykład o utratę pracy, bo one jeszcze cały czas w kilku branżach są. Faktem jest, że bezrobocie nie wzrosło istotnie w czasie tej pandemii. Ale stało się tak dlatego, że w pewnym sensie kupiliśmy sobie za te ponad 60 miliardów złotych z pierwszej tarczy finansowej ustabilizowanie sytuacji na rynku pracy. Skoro przedsiębiorcy dostawali pożyczki z możliwością ich umorzenia w sporej części przy utrzymaniu zatrudnienia, to nie zwalniali pracowników. Teraz zaczyna się okres rozliczenia tych pożyczek. Część pracowników mogła się obawiać, że straci pracę. Myślę, że te obawy w najbliższych miesiącach się rozwieją, bo jednak sytuacja jest na tyle dobra, że nie spodziewamy się nagłego wzrostu bezrobocia. A w związku z tym, moim zdaniem, powoli będziemy wracali do normalności w kontekście nastrojów społecznych. Ale jest jedna rzecz, z którą większość z nas ma problem. Po raz pierwszy od momenty zmian ustrojowych, czyli od 30 lat, oprocentowanie lokat jest wyraźnie niższe niż inflacja. Czyli tracimy na trzymaniu pieniędzy w bankach. To jest ta nowość.

Co można z tym zrobić?

Nie bardzo mamy alternatywę. Jedynie lokaty i obligacje skarbowe, to są te możliwości inwestowania, które uważamy za bezpieczne. W pierwszym przypadku mamy realna stratę. W drugim mamy np. opcje zakupu obligacji indeksowanych do inflacji, ale trzeba pamiętać o tym, że zysk z nich jest pewny tylko wtedy, gdy trzymamy je do wykupu. Jeśli będzie trzeba je wcześniej sprzedać może się nawet zdarzyć tak, że na nich stracimy. Tego nie wiemy na sto procent. Każda inna formuła trzymania pieniędzy oznacza większe ryzyko. Czyli potencjalnie możemy gdzieś więcej zarobić, być może dużo więcej niż wynosi inflacja, ale ryzyko takiej inwestycji polega na tym, że możemy nie zarobić, albo możemy wręcz stracić. Niestety, jedyne, co w takiej sytuacji można powiedzieć, to: zaciśnij zęby, uzbrój się w cierpliwość.
Podsumowując: mam nadzieję, że w ciągu kilku najbliższych miesięcy, najdalej dwóch kwartałów wrócimy do dobrej sytuacji na rynku pracy, jaką obserwowaliśmy przed pandemią. A potem - mam nadzieję - w perspektywie kolejnego roku uda się z jednej strony opanować inflację, a z drugiej strony stopy procentowe zaczną rosnąć i wrócimy do normalnych czasów, w których na bezpiecznych formach oszczędzania będziemy mogli być do przodu.

Może opłacałoby się te nasze zaoszczędzone złotówki zamienić na euro albo dolary?

To się wiąże z ryzykiem. Zamiana na euro, na dolary, kupno złota - to wszystko są bardziej ryzykowne opcje. Złoto może podrożeć, ale może też potanieć, nikt nam gwarancji nie da. Jeszcze gorzej jest z walutami. W Polsce mieliśmy drukowanie złotych, to jest teoretycznie czynnik osłabiający polska walutę, ale drukowane było i jest także np. euro. Złoty z tego tytułu nie musi się zatem w stosunku do niego osłabić. Mało tego - gdyby nie działalność NBP pod koniec ubiegłego roku, czyli sprzedaż złotego, drukowanie złotego, to prawdopodobnie dzisiaj bylibyśmy poniżej poziomu 4,40 za euro. Mamy bardzo dobry eksport i potężną nadwyżkę handlową, którą w zeszłym roku udało się wygenerować, mamy dobrą perspektywę szybkiego wychodzenia z pandemii, ewidentnie mamy dzisiaj raczej przewagę czynników, które wskazują na wzrost wartości złotego. No chyba, że NBP znowu będzie interweniował, ale tego nie wiemy. A zatem zachowałbym spokój. Ten dziwny czas po prostu trzeba przeczekać.

Polska w amfetaminowej czołówce

Wideo

Materiał oryginalny: Marek Zuber: Inflacja? Ten dziwny czas trzeba po prostu przeczekać - Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie