List otwarty do abp. Gądeckiego. „Słowa o ogonie zabolały, to siarczysty policzek wymierzony tym, którzy wykonali gigantyczną pracę"

Agnieszka Kamińska
Agnieszka Kamińska
Arcybiskup Stanisław Gądecki
Arcybiskup Stanisław Gądecki Pawel F. Matysiak
Zygmunt Zmuda-Trzebiatowski, świecki katolik i współorganizator protestów przeciwko abp. Głódziowi, napisał list otwarty do arcybiskupa Stanisław Gądeckiego. Świeckich katolików oburzyły słowa hierarchy wypowiedziane podczas ingresu abp. Tadeusza Wojdy. Chodziło o cytat ze św. Grzegorza, w którym padają słowa o tym, że biskup nie powinien słuchać "ogona, czyli zbuntowanego człowieka świeckiego". W archidiecezji gdańskiej takie słowa są nie na miejscu - uważają świeccy katolicy. Przypominają, że wytykali abp. Głódziowi nieprawidłowości i apelowali o reakcję w Watykanie. Stolica Apostolska zdecydowała o ukaraniu byłego metropolity gdańskiego.

Świeckich katolików zabolały słowa abp Stanisława Gądeckiego podczas ingresu arcybiskupa Tadeusza Wojdy. Hierarcha mówił m.in.: "Nie wypada abyś Ty, biskup, który jesteś głową, na czyjąś zgubę słuchał ogona, czyli zbuntowanego człowieka świeckiego, skoro Ty masz słuchać tylko Boga. Winieneś rządzić podwładnymi, a nie podlegać ich władzy, wszak zgodnie z porządkiem urodzenia, syn nie rządzi ojcem ani uczeń nauczycielem, żołnierz królem ani świecki biskupem (…)."

Zmuda-Trzebiatowski wskazuje w swoim liście, że te słowa padły w diecezji, w której poprzedni arcybiskup – jak pisze - także dzięki odwadze, trosce i odpowiedzialnej postawie świeckich, zakończył swoje „rządy” w obliczu oskarżeń o zaniedbania.

„Słowa te padły w sytuacji, gdy – jestem przekonany – wiele ważnych osób w polskim Kościele wiedziało już o wyniku zakończonego postępowania i decyzji Stolicy Apostolskiej odnośnie uznania winy i ukarania arcybiskupa Głódzia. Ogłoszono ją następnego dnia, jak rozumiem, by nie psuć atmosfery ingresu, natomiast w tym kontekście, w tych realiach, w obliczu potwierdzonych faktów i informacji zgłaszanych konsekwentnie przez świeckich – słowa o „ogonie” zabrzmiały wyjątkowo lekceważąco. Zakładam, że nie taka była intencja, ale informuję o skutkach, o tym, że zabolało to i ubodło wiele osób, które wykonały ciężką pracę, dzięki której Ojciec Święty Franciszek mógł ukarać winnego.” - pisze Zygmunt Zmuda-Trzebiatowski.

Źle, jak uważa Zygmunt Zmuda-Trzebiatowski, zabrzmiały też słowa „szczerych trzeba pouczać, ażeby czasami starali się przemilczeć prawdę”, które wypowiedział abp. Gądecki. Wielu świeckich katolików odebrało to zdanie, jako pochwałę postępowania polegającego na tuszowaniu nieprawidłowości.

„Słowa o „ogonie”, o pouczaniu głupich, o traktowaniu kobiet z przymrużeniem oka i wreszcie o tym, że nie zawsze należy mówić prawdę – wypowiedziane w dzisiejszej rzeczywistości naszej diecezji – zabrzmiały jak donośny, siarczysty policzek wymierzony tym, którzy wykonali gigantyczną pracę, domagając się prawdy, uczciwości i sprawiedliwości w Kościele; ludziom, którzy stawali w obronie poniżanych, skrzywdzonych, poddawanych przemocy i słabych. W tym także mi, który pisał do nuncjusza i który był współautorem listu do papieża Franciszka opublikowanego we włoskiej prasie" - twierdzi w liście Zmuda-Trzebiatowski.

Publikujemy cały list:

Księże arcybiskupie,
gdy słowa padają w przestrzeni publicznej, ich odbiorcą staje się każdy, kto je usłyszał. Gdy słowa, które padły, budzą duże emocje i powodują reakcje, warto podzielić się nimi z tym, kto je wypowiedział, by miał świadomość, jak są odbierane. Gdy słowa te wypowiada biskup, uczciwą postawą jest się do nich odnieść szczerze i z szacunkiem.
To właśnie postanowiłem zrobić po ingresie abp. Tadeusza Wojdy do katedry oliwskiej i słowach, które ksiądz arcybiskup wypowiedział, składając życzenia nowemu metropolicie. Słowa, jak rozumiem, będące średniowiecznym cytatem, odczytywane podobno również choćby na krakowskim ingresie abp. Marka Jędraszewskiego kilka lat wcześniej. Słowa sprzed wieków, które w zależności od miejsca i kontekstu, nie brzmią za każdym razem tak samo: „Nie wypada abyś Ty, biskup, który jesteś głową, na czyjąś zgubę słuchał ogona, czyli zbuntowanego człowieka świeckiego, skoro Ty masz słuchać tylko Boga. Winieneś rządzić podwładnymi, a nie podlegać ich władzy, wszak zgodnie z porządkiem urodzenia, syn nie rządzi ojcem ani uczeń nauczycielem, żołnierz królem ani świecki biskupem”.
Te słowa padły w diecezji, w której poprzedni arcybiskup, także dzięki odwadze, trosce i odpowiedzialnej postawie świeckich, zakończył swoje „rządy” w obliczu oskarżeń o zaniedbania wobec skrzywdzonych przez duchownych Kościoła gdańskiego, w niesławie i pośród kontrowersji.
Słowa te padły w sytuacji, gdy – jestem przekonany – wiele ważnych osób w polskim Kościele wiedziało już o wyniku zakończonego postępowania i decyzji Stolicy Apostolskiej odnośnie uznania winy i ukarania arcybiskupa Głódzia. Ogłoszono ją następnego dnia, jak rozumiem, by nie psuć atmosfery ingresu, natomiast w tym kontekście, w tych realiach, w obliczu potwierdzonych faktów i informacji zgłaszanych konsekwentnie przez świeckich – słowa o „ogonie” zabrzmiały wyjątkowo lekceważąco.
Zakładam, że nie taka była intencja, ale informuję o skutkach, o tym, że zabolało to i ubodło wiele osób, które wykonały ciężką pracę, dzięki której Ojciec Święty Franciszek mógł ukarać winnego.
Czy naprawdę wśród wszystkich słów, które przez wieki historii Kościoła padły na temat biskupów, nie było niczego bardziej adekwatnego? Nie było słów, które mogłyby wzbudzić otuchę, zamiast rozjuszać? Czy przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski ma dla naszej diecezji, poobijanej, rozbitej i doświadczonej boleśnie przez poprzedniego metropolitę, jedynie nieadekwatne słowa ze średniowiecza? Czy słowa św. Grzegorza o „ogonie” padły zamiast słów papieża Franciszka o postulacie synodalności? Czy ważniejsze są dziś słowa o władzy od słów o służbie?
„Szczerych należy chwalić za to, że starają się nie mówić nigdy nieprawdy, ale trzeba ich pouczać, ażeby czasami starali się przemilczeć prawdę” – te słowa wybrzmiały również dla wielu z nas jak policzek, jak pochwała postępowania, które przez ostatnie lata miało miejsce w naszej diecezji, gdy przemilczano i tuszowano wydarzenia i słowa, które nigdy wydarzyć się nie powinny. A milczenie pozwalało na to, by zło działo się nadal.
Po latach, gdy ludzie zastraszani, mobbingowani, zależni odważali się – choć w bardzo małej skali – mówić, zgłaszać, wyrażać swój sprzeciw wobec zła w Kościele, padły w Oliwie słowa, od których zabolało serce, które były nieprawdopodobnie na miejscu. Bo ma znaczenie czas i miejsce, w którym dane słowa padają, nawet jeśli napisano je przed wiekami.
„Inaczej należy pouczać mężczyzn, a inaczej kobiety, bo na mężczyzn trzeba nakładać cięższe, a na kobiety – lżejsze wymagania” – o tym wątku napiszę tylko tyle: zdecydowanie odradzam powtarzanie go. Miałem okazję obserwować reakcje dużej grupy kobiet, ale także mężczyzn – zabrzmiało to wzgardliwie, protekcjonalnie i nie ma obecnie żadnego powodu, by w taki sposób mówić. I to, że ktoś kilkanaście wieków temu uważał to za mądrą radę, nie oznacza z definicji, że po tym czasie nadal ma to tę samą wartość.
Jako mężczyzna, mąż i tata córek apeluję do księdza arcybiskupa o zaniechanie tej praktyki – szerzy ona rozczarowanie, zawód i jest przejawem protekcjonalności. Poza tymi złymi emocjami, nie przynosi niczego dobrego, sprawia tylko przykrość i daje złe świadectwo o mówiącym.
Chciałbym też zwrócić uwagę, że w ogóle passus o „pouczaniu” wybrzmiał w ocenie wielu znanych mi osób jak odwrotność przekazu papieża Franciszka, który sprzeciwia się klerykalizacji i uznaje ją za coś niezwykle szkodliwego dla Kościoła, nazywając „perwersją Kościoła”. Rozumiem, że to my, świeccy, mamy za zadanie opierać się tej klerykalizacji, wypierając ją z Kościoła i nie karmiąc tej rzeczywistości. Jestem przekonany, że wielu z nas wpędza księży, w tym biskupów, w tę pułapkę. Traktując ich momentami niemal jak osoby boskie, a nie jak zwykłych śmiertelników, jesteśmy winni potem skutkom tego pomieszania.
Gorąco zachęcam do większej wrażliwości, do większego starania o to, by nie ranić ludzi, by zwracać uwagę na czas i miejsce, indywidualne i zbiorowe doświadczenia. Słowa o „ogonie”, o pouczaniu głupich, o traktowaniu kobiet z przymrużeniem oka i wreszcie o tym, że nie zawsze należy mówić prawdę – wypowiedziane w dzisiejszej rzeczywistości naszej diecezji – zabrzmiały jak donośny, siarczysty policzek wymierzony tym, którzy wykonali gigantyczną pracę, domagając się prawdy, uczciwości i sprawiedliwości w Kościele; ludziom, którzy stawali w obronie poniżanych, skrzywdzonych, poddawanych przemocy i słabych. W tym także mi, który pisał do nuncjusza i który był współautorem listu do papieża Franciszka opublikowanego we włoskiej prasie.
Jako Kościół jesteśmy wspólnotą i jednym ciałem. Tekst zacytowany podczas ingresu zwie biskupa głową, a świeckich – ogonem. Zastanawiam się zatem, jakie to przedziwne ciało, skoro wyposażone jest w ogon. A także zadaję pytanie, kto w tej metaforze stanowi jego ręce, nogi i wreszcie – serce? Bo to, że głowa bez serca niewiele dobrego zrobi, to oczywiste.
Skoro jesteśmy jednym ciałem, to wszyscy – sumą naszego zaangażowania, talentów, umiejętności, wrażliwości, uruchamianego dobra i wzajemnej troski – jesteśmy sobie potrzebni. Wiedziony tą troską, pozwoliłem sobie napisać i zwrócić uwagę na to, co zauważyłem i dostrzegam. Tak mogę spróbować pomóc, poszerzyć perspektywę, podzielić się obserwacją i odczuciami ludzi, których żywe emocje po ingresie poznałem. Skąd miałby ksiądz biskup o tym wiedzieć, jeśli nie od tych, których to dotknęło i poruszyło?
Rozumiem, że nie musi ksiądz biskup być mistrzem komunikacji, osobą wybitnie empatyczną albo po prostu zanurzoną w realiach naszej diecezji, zapewne uzyskując o niej wiedzę od innych duchownych – dlatego pozwalam sobie na podzielenie się inną perspektywą, z nadzieją, że coś wniesie.
Ten list będzie dostępny jako list otwarty i tak proszę go traktować, a to dlatego, że chciałbym, aby osoby, które poczuły się złe, zawiedzione i dotknięte słowami, które padły, miały świadomość, że piszę to również w ich imieniu, że rolą katolików nie jest bierność i zgoda na sytuacje przykre i dotykające, ale właśnie – reakcja, także wówczas, gdy źródłem tej przykrości staje się osoba duchowna.
Zygmunt Zmuda-Trzebiatowski
Gdynia, 30 marca 2021 r.

Zygmunt Zmuda-Trzebiatowski jest świeckim katolikiem, należy do Ekip Notre Dame, mieszkaniec Gdyni, współautor listu do papieża Franciszka „Odbuduj nasz Kościół” we włoskiej prasie.

Uwaga nad Polskę nadciągają upały

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
Alis321

Czy Kościół to wojsko z dowódcami i podwładnymi, którzy bez szemrania i krytyki mają wykonywać rozkazy, czy wspólnota? Abp Gądecki myśli kategoriami z poprzednich wieków - ale nie z początków chrześcijaństwa. Niech sobie przypomni, jaka była wówczas rola biskupów i stosunki we wspólnocie.

Dodaj ogłoszenie