Ladies' Jazz Festival 2011 zakończony

Tomasz Rozwadowski
Wulkan pozytywnej energii, Brenda Boykin z zespołu Club des Belugas
Wulkan pozytywnej energii, Brenda Boykin z zespołu Club des Belugas Grzegorz Mehring
Udostępnij:
Cały miniony weekend w Teatrze Muzycznym w Gdyni należał do Ladies' Jazz Festivalu. Tegoroczna, siódma z kolei edycja tej popularnej imprezy składała się z czterech koncertów - po jednym w piątek i sobotę, dwóch w niedzielę, wszystkie przy pełnej sali.

Ladies' Jazz zbudował sobie dużą grupę fanów odwiedzających go corocznie, uzupełnianą przez publiczność chcącą się pobawić przy muzyce odległej od powszechnych gustów, a przecież atrakcyjnej, przebojowej i w pełni rozrywkowej.

Z tego można wnioskować bez większego ryzyka, iż perspektywy festiwalu w najbliższych latach są stabilne. Powstała muzyczna oferta, która została zaakceptowana na rynku koncertowym, Ladies' Jazz to wyrazista i rozpoznawalna marka na tle innych imprez jazzowych w kraju i w całej Europie. A o tym, że formuła prezentowania muzyki rozrywkowej zainspirowanej jazzem i wykonywanej głównie przez wokalistki wcale się nie zużywa, przekonuje wyjątkowo równy poziom zakończonej właśnie edycji.

W przeszłości zdarzały się, rzadko, to fakt, ewidentne wpadki artystyczne, w tym roku takich nie było. Każdy z koncertów podobał się słuchaczom, a i w krytycznym odbiorze wszystkie propozycje bronią się bez problemu. Organizatorzy, z Piotrem Łyszkiewiczem na czele, zbudowali sobie rozwiniętą sieć kontaktów ułatwiających tworzenie programu na wysokim poziomie. Kapitałem nie do pogardzenia są też dobre wrażenia wywożone co roku z Gdyni przez gwiazdy LJF. Tegoroczny program wyróżnił się równowagą - dwa koncerty były dynamiczne i taneczne, dwa łagodniejsze i balladowe. Po pierwszej stronie mieszczą się występy piątkowy i sobotni, czyli zespół Incognito oraz Brenda Boykin z formacją Club des Belugas, a po drugiej niedzielne koncerty Grażyny Auguścik z Paulinho Garcią i Fredriki Stahl z zespołem.

To był bardzo sprytny pomysł i sprawdził się w stu procentach. Trafiał do słuchaczy o różnych gustach i temperamentach, pozwalał też pokazać szerokie spektrum stylistyczne, od komercyjnej odmiany jazzu fusion w wykonaniu Incognito, poprzez bluesowo-funkowo-jazzowy melanż Club des Belugas, bossa novę Auguścik i Garcii, aż do nowoczesnego, eleganckiego popu Fredriki Stahl. Nie było jazzu w klasycznym rozumieniu tego terminu, lecz to akurat nie spędzało większości kupujących bilety snu z powiek.

Aż głupio powiedzieć, ale festiwal miał swojego czarnego konia - afroamerykańską wokalistkę Brendę Boykin. W nagraniach Club des Belugas, z których najbardziej jest znana nie tylko w Polsce, ale i na świecie, jej głos jest ważnym elementem całości, ale nie wychodzi do tego stopnia na pierwszy plan, jak to się stało na gdyńskim koncercie. Głos Boykin, modelowo jazzowy, czarny alt, pełny, soczysty i dynamiczny, został poparty nie mniej charyzmatyczną i buzującą energią osobowością sceniczną śpiewaczki. Sam zespół zaliczany jest do nu-jazzu i lounge, czyli kierunków dużo zawdzięczających elektronice i obróbce studyjnej dźwięku, ale okazał składać się ze znakomitych muzyków i showmanów z krwi i kości. Brzmienie było o niebo bardziej tradycyjne w porównaniu z płytami - królowały tradycyjne rhythm'n blues, soul i funk. W repertuarze było wiele standardów z lat 50. i 60., a nawet wcześniejszych, natomiast wykonanie pełne pasji i bardzo dobre od strony muzycznego rzemiosła przenosiło dawną muzykę we współczesność i niezwykle się podobało słuchaczom. Były tańce na widowni i na scenie, muzycy wychodzili na widownię, zabawa na full.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Takie chwile pamięta się długo i chyba ten koncert będzie najcieplej wspominany przez fanów. Warto wspomnieć jeszcze postać perkusisty - Michael Neher-Warkocz, świetnie śpiewający bębniarz, obdarzony niepospolitym komicznym talentem, doskonale się uzupełniał z Boykin, która w swoim scenicznym stylu bycia nie unika także efektów komicznych. Ten koncert niósł radość, bezpretensjonalną rozrywkę, choć był świetny także od strony artystycznej.

Największe oczekiwania fanów wzbudzał niewątpliwie zespół Incognito, pionierski skład brytyjskiego ruchu acid-jazzowego, prowadzony nieprzerwanie od 1979 roku przez gitarzystę, kompozytora i producenta Jean-Paula Maunicka. Podobnie jak w przypadku Club des Belugas, i tu wykonanie znacząco odbiegało do wersji płytowych - efekty studyjne zostały zastąpione przez energię grania i efektowny show. Tu wokalistów było aż czterech - panie Lorraine Cato i Vanessa Haynes oraz panowie Christopher Ballin i Moritz Bernhardt - każde z nich równie znakomite w efektownych solach jak i śpiewaniu harmonicznym. Piątym głosem był lider, gitarzysta świetny i wszechstronny, a do tego przemiły gawędziarz. Jeśli dodać trzyosobową sekcję dętą, której członkowie również nie stronili od popisów tanecznych, i niezwykle precyzyjną sekcję rytmiczną, mamy świetnie wyregulowaną koncertową maszynę, która mogłaby grać bez końca, a odegrała w Gdyni uczciwe dwie godziny. Warto było.

Po dwóch szalonych pierwszych dniach przyszedł wyciszony dzień trzeci. Grażyna Auguścik i Paulinho Garcia, dwa głosy i jedna gitara. Polska śpiewaczka jazzowa i brazylijski śpiewający gitarzysta mieszkają od lat w USA, grają w duecie od co najmniej 10 lat i z wyraźną przyjemnością wykonują tradycyjny brazylijski repertuar oraz evergreeny zachodniej muzyki rozrywkowej. W Gdyni promowali swoją najnowszą płytę z repertuarem The Beatles, choć nie zabrakło też piosenek Jobima i innych mistrzów z Brazylii. Ich recital bronił się sam, ale zaczynanie trzygodzinnego wieczoru w teatrze od aranżacji brzmiących jak kołysanki nie było najfortunniejszym pomysłem.

Festiwal zakończyła Fredrika Stahl. Młoda Szwedka mieszkająca w Paryżu należy do popularnego od kilku lat nurtu śpiewających autorów piosenek. Koncert w Gdyni potwierdził, że jest to artystka z dużym potencjałem, ale na razie mało indywidualna. Jest w pół drogi pomiędzy Norah Jones i Reginą Spektor, jeśli kiedyś się stanie sobą, a jestem tego prawie pewny, będziemy dumni, że widzieliśmy ją na wczesnym etapie kariery.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

a
aaa
"Nie było jazzu w klasycznym rozumieniu tego terminu, lecz to akurat nie spędzało większości kupujących bilety snu z powiek." - to chyba nadużycie.
Muzyka i rozrywka była generalnie ujmując niezła, ale jazzu było mało. Dlaczego nie trzymano się, chociażby w imię pospolitej uczciwości, tytułu cyklu koncertów, a miał być nim jazz? Organizatorzy poszli na łatwiznę i tyle.
Przejdź na stronę główną Dziennik Bałtycki
Dodaj ogłoszenie