Kryzys pokazuje, że władza alienuje się od społeczeństwa. Polityka w Polsce, a zwłaszcza obozu rządzącego, staje się zupełnie niewiarygodna

Tomasz Chudzyński
Tomasz Chudzyński

Wideo

Zobacz galerię (1 zdjęcie)
Zjednoczonej Prawicy będzie trudno przekonać obywateli, że rząd sprawnie przeprowadzi wybory, skoro nie był w stanie sprawnie zabezpieczyć ochronnych maseczek dla służby zdrowia. Władza staje się niewiarygodna - mówi dr hab. Jarosław Nocoń, politolog z Uniwersytetu Gdańskiego.

Kiedy rozmawialiśmy w ub. roku, po wyborach parlamentarnych, przewidywał pan, że m.in. Porozumienie Jarosława Gowina może w miarę upływu kadencji zyskiwać na znaczeniu w politycznej układance. To się zaczęło sprawdzać, ale ostatnie dni pokazały, że Gowin chyba wychylił się za szybko.
Jarosław Gowin mógł przelicytować. Z drugiej strony jego ruch mógł być obliczony na uzyskanie korzyści w dłuższej perspektywie. Notowania rządu będą spadać, o czym wie każdy zaznajomiony z polityką. Trendy te już się rozwijają i będą się nasilać równolegle z kryzysem gospodarczym, ekonomicznym, wywołanym przez skutki walki z epidemią. To dobry czas, by pokazać swoją odrębność, opozycyjność wobec upartego, źle ocenianego społecznie dążenia do wyborów prezydenckich w maju przez PiS. Jarosław Gowin tak to ocenił.

Jednak partia Jarosława Gowina za nim nie „poszła"...
Jeżeli Gowin jest nadal przywódcą swojej partii, to mógłby jeszcze stać się „panem sytuacji". W czasie głosowania ustawy o wyborach korespondencyjnych, gdy ta już wróci z Senatu, to on mógłby decydować, czy ten projekt przejdzie. To jednak scenariusz mało prawdopodobny. Wydaje się, że Jarosław Gowin faktycznie przywódcą Porozumienia już nie jest. Interesy członków jego partii stały się zbieżne z interesami PiS, głównej partii koalicji rządzącej. W tym kontekście, jeśli Gowin nie ma wpływu na postawy i głosowania członków Porozumienia, to oczywiście przegrał. Ta sytuacja jest zresztą kuriozalna - lider partii wychodzi z rządu, składa dymisję, ale jego partia zostaje i głosuje zgodnie z wolą koalicji rządzącej, co miało miejsce w miniony poniedziałek wieczorem.

Wybory korespondencyjne, które mają się odbyć zgodnie z decyzją Sejmu, są pomysłem nieracjonalnym, zdaniem wielu ekspertów, z uwagi na walkę z epidemią. Są za to racjonalne politycznie dla koalicji rządzącej...
Interes koalicji rządzącej jest właściwie jedynym argumentem za przeprowadzeniem wyborów. Z powodu nastrojów społecznych i spadającego poparcia, o których mówiłem wcześniej, PiS jest zainteresowane głosowaniem w maju, by wykorzystać korzystną jeszcze koniunkturę i wybrać prezydenta, który będzie, tak jak do tej pory, wspierał tę partię, jej politykę. Jarosław Kaczyński podkreśla, że w trudnych czasach reelekcja Andrzeja Dudy zapewniłaby stabilność rządowi, który będzie mógł, bez względu na stanowisko opozycji, nastroje społeczne, forsować swoją wizję polityki. Oczywiście, można dyskutować, czy jest to dobre dla państwa, ogółu społeczeństwa, natomiast z punktu widzenia PiS Kaczyński ma rację. Wybory w maju to fundamentalna kwestia dla koalicji rządzącej, co sprawia, że ten źle oceniany pomysł jest forsowany.

Niedawne sondaże wskazały, że wybory 10 lub 17 maja Andrzej Duda może wygrać ze znaczną przewagą. Czy wobec praktycznie braku kampanii ktoś będzie mógł mu zagrozić?
Scenariuszy jest bardzo wiele. Nie wierzę, by udało się przeprowadzić te wybory w sposób przekonujący. Ani organizacyjnie, ani logistycznie. Trudno jest przewidzieć, co zrobią inni kandydaci. Opozycja, generalnie wszystkie siły będące przeciw PiS będą chciały te wybory zdelegitymizować. Trudno się dziwić, bo wybory w takim kształcie nie są przewidziane dziś przez konstytucję. W tym kontekście jednym z pomysłów mogłoby być zbojkotowanie wyborów, czyli wycofanie się poszczególnych kontrkandydatów Andrzeja Dudy. Wybór byłby wówczas zupełnie fikcyjny, między obecnym prezydentem a zapewne panem Jakubiakiem, o ile ten ostatni również by się nie wycofał. To także ciekawa perspektywa z punktu widzenia strategii politycznej. W rękach Marka Jakubiaka w tej sytuacji znalazłby się los wyborów. Mogłoby się okazać, że z uwagi na realizację swoich interesów politycznych mógłby się on zachować dla PiS nieracjonalnie. Zastanawiam się też nad sferą techniczną wyborów: jak będzie wyglądało liczenie głosów chociażby. Zwróciłbym jednak uwagę na pewną propozycję Porozumienia: przedłużenia kadencji obecnego prezydenta do lat siedmiu i wykluczenia możliwości startu w kolejnych wyborach. Sam ten projekt jest dość kuriozalny, bo wyobraźmy sobie, że za jakiś czas moglibyśmy np. ustawą ustanowić kogoś prezydentem dożywotnio, co zresztą miało miejsce w jednym z krajów byłego Związku Radzieckiego, powołać następców. Jeżeli jesteśmy w stanie zmieniać konstytucję ad hoc, to możemy sobie wprowadzać różne pomysły.

Niebezpieczny precedens...
Projekt Porozumienia ma natomiast, moim zdaniem, jeden ważny ustrojowo element. Należy się zastanowić, czy w przyszłości nie wprowadzić jednokadencyjności prezydenta. Dziś konstytucja przypisuje prezydentowi rolę swego rodzaju kontrolera, mądrego korektora polityki rządowej. To jest, oczywiście, możliwe, ale przy założeniu, że prezydent nie jest zakładnikiem obozu rządowego i ma swój niezależny status polityczny. Tymczasem, proszę zwrócić uwagę, że znakomita większość prezydentów, a niewykluczone, że wszyscy, takimi zakładnikami byli. Całe zaplecze wyborcze organizowały im partie, co powodowało, że prezydenci byli albo totalnie w kontrze, bo ich ugrupowanie macierzyste było w opozycji, albo byli całkowicie zależni od rządzących. Nie inaczej jest z obecnym prezydentem. Druga kadencja, jeśli Andrzej Duda ją wygra, wcale nie musi oznaczać, że będzie ona przebiegała tak łagodnie dla PiS, jak to miało miejsce w czasie pierwszych pięciu lat sprawowania prezydentury. Kolejna kadencja nie byłaby już obciążona perspektywą następnych wyborów, w których jego los zależałby od zaplecza politycznego. Dawałoby to Dudzie wiele więcej swobody. Dlatego pomysł uniezależnienia stanowiska prezydenta od zaplecza partyjnego jest, moim zdaniem, godny rozważenia.

Jak należy ocenić rządy PiS, Zjednoczonej Prawicy z punktu widzenia walki z koronawirusem?
M.in. ten ostatni kryzys rządowy pokazuje, że scena polityczna w Polsce coraz bardziej alienuje się od otoczenia społecznego. Trudno oczekiwać, że w sytuacji światowego zagrożenia pandemią koronawirusa ludzie będą zwracali uwagę na co innego niż zabezpieczenie ich zdrowia i szeroko rozumianego bezpieczeństwa. Tymczasem najgłośniejsze obecnie dyskusje polityczne w Polsce koncentrują się wokół wyborów i czysto partyjnych konfliktów. To jest generalnie kwestia wiarygodności, kluczowego pojęcia dla charakterystyki sceny politycznej. Polityka w Polsce, a zwłaszcza obozu rządzącego, staje się zupełnie niewiarygodna. Trudno przekonywać obywateli, że rząd będzie w stanie sprawnie przeprowadzić wybory, skoro nie był w stanie sprawnie zabezpieczyć np. ochronnych maseczek, czyli dość prostej logistycznie operacji. To samo z brakami w służbie zdrowia. Wyborcy dostrzegą tu nieudolność rządzących. Mamy zresztą cały kontekst oderwania się władzy, która zajmuje się wieloma kwestiami zupełnie niezwiązanymi z zabezpieczeniem interesu społecznego. Przykładem jest chociażby zakaz wstępu do lasu. Nie wierzę, by nagle lasy stały się miejscem masowego organizowania spotkań przy grillu.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie