"Koniec wielkiej wojny" Teatru Dada von Bzdülöw. By trochę umrzeć. Od wojny do wojny [recenzja]

Gabriela Pewińska
Gabriela Pewińska
Zaktualizowano 
Dominik Werner/ materiały prasowe
„Koniec wielkiej wojny”, najnowsza produkcja Teatru Dada von Bzdülöw zaprasza widzów - jak zapowiadali przed premierą - na pole bitewne współczesnego świata.

Każdy ich spektakl to prowokacja. Jakby podrzucali rebusy do rozwiązania. W myśl zasady: ciekawe, czy zgadniecie o czym wam dzisiaj opowiemy. Nie muszę tłumaczyć, jak zatem ekscytujące jest oczekiwanie na kolejną premierę, choć interpretacje wygłaszane „po” różnią się. Czasem do tego stopnia, że wzbudzają wątpliwość, czy aby na pewno wszyscy byliśmy na tym samym przedstawieniu.

Ale może to właśnie jest siłą tego teatru. Tajemnica, którą nie każdy może odkryć, bo wynika z indywidualności charyzmatycznych twórców. Z intymności widzenia świata. Widzowie Dady są więc trochę jak ci robotnicy z teatralnej anegdoty, których wielki reżyser zaprosił na równie wielki spektakl. Po przedstawieniu poprosił przybyłych o opinię. Usłyszał: „Niczego nie zrozumieliśmy, ale nam się podobało”.

Pole bitwy

„Koniec wielkiej wojny”, najnowsza produkcja Teatru Dada von Bzdülöw zaprasza widzów - jak zapowiadali przed premierą - na pole bitewne współczesnego świata. Publiczność na wstępie dostaje ostrzeżenie: „poprzednia wojna nigdy się nie skończyła, tak jak nie skończyła się ta, która ją poprzedzała. Wojna numer 287 wybuchnie, nim obecna, o numerze 286, się zakończy. Oczywistym zatem jest fakt, że prędzej, czy też później znajdziemy się niespodziewanie na kolejnym froncie”.

By ująć rzecz w krótkich, żołnierskich słowach - końca wielkiej wojny nie ma i - co gorsza - nigdy nie będzie. Z prostego powodu, każdy z nas nosi w sobie swoją własną, prywatną wojnę, a to ów prywatny konflikt jest początkiem wszystkich innych mniej lub bardziej spektakularnych jatek. „Kiedy jesteśmy w zgodzie ze sobą, bez znaczenia jest jaka flaga powiewa nad naszą głową, do kogo co należy, czy mówimy po angielsku czy hotentocku” - pisał w „Kolosie z Maroussi”, który dzieje się we wrześniu 1939 roku w Grecji Henry Miller.

Każdego własna mała wojenka jest przyczyną wielkich wojen. A te prywatne starcia nigdy się nie kończą. Wojna zatem była, jest i będzie.

Mamy batalie widowiskowe, które zapisały się w historii świata, i te podwórkowe, o których wielka historia się nie zająknie.

Najbardziej jednak groźne są te nasze małe wojenki rozgrywane w cichości serc, a zwłaszcza głów. Głowa, to, co w niej siedzi, to odbezpieczony granat.

Żyjemy w stanie wojny nieustającej, zdają się wołać ze sceny artyści. Jeśli przestajemy walczyć to tylko ze zmęczenia. Ale wystarczy, że trochę odpoczniemy, natychmiast zrzucimy wygodne kapcie i ruszamy w bój. „Żeby” - trawestując poetę - „trochę umrzeć/Od wojny do wojny/To taka zabawna mała gra”.

Nie ma ratunku

Twórcy spektaklu sięgają po inne cytaty. Na przykład ten Clausa Filipa von Clausewitza, XIX-wiecznego filozofa wojny, który napisał: „Nawet najbardziej cywilizowane ludy mogą zapałać najgorętszą, wzajemną nienawiścią. Powtarzam tedy: wojna jest aktem przemocy, a przy stosowaniu jej nie ma granic. Obaj przeciwnicy próbują uchwycić inicjatywę w swoje ręce, powstaje wzajemne oddziaływanie, które z natury rzeczy musi prowadzić do ostateczności.”

Tak skonstruowany jest człowiek, nie ma więc ratunku.

Oto piątka bohaterów tej scenicznej nawalanki. Pogubieni w swych paranojach ludzie (w efektownych rolach i układach: Katarzyna Chmielewska, Katarzyna Ustowska, Leszek Bzdyl, Piotr Stanek) i Bóg (niekonwencjonalny Wojan Trocki), który skądinąd niewielki ma wpływ na to, co się w kwartecie dzieje. Każdy tu pławi się we własnych dziwactwach. Każdy ma tu swoją miłość i swoją nienawiść, do „siebie lub ciebie”. Ani się obejrzymy, a zostajemy wciągnięci w regularną połajankę. Trzeba przyznać, pole bitwy to nadzwyczaj atrakcyjne, sporo się dzieje: walka na frustracje, jatka na słowa, rzeź obelg, ofensywa przekleństw, batalia pychy i bój nienawiści, a jeszcze nawałnica arogancji, szarża agresji czy zwyczajnego ludzkiego chamstwa. Piekło, które wszyscy dobrze znamy.

Szaleństwo zdaje się nie mieć końca. Nikt nawet nie zauważył, że w tym zamieszaniu Bóg nieoczekiwanie sturlał się ze sceny. Zniknął. Zwyczajnie wypadł z gry.

Słowo jak granatnik

Na równi walczą tu ze sobą słowa, gesty i przyśpiewki. Manifestacja to naszych prywatnych wojen bolesna, ale i wciągająca. Na scenie jak na froncie. Każdy gest to odbezpieczony pancerfaust. Każde słowo niczym seria z kałasznikowa. Słowa zdają się ranić najbardziej. Od nich wszystko się zaczyna. Rany, które nigdy się nie goją. Nie podniesiesz się.

„Nie będzie już dobrze, nie będzie wesoło” - rozbrzmiewa chórem w finale. Bez względu na właściwą teatrowi mnogość interpretacji, zawikłane rebusy i indywidualność przekazu - nic nigdy nie było tu powiedziane bardziej dobitnie. „Nie będzie już dobrze, nie będzie wesoło”. Ano nie będzie.

***

Teatr Dada von Bzdülöw
"Koniec wielkiej wojny"

Reżyseria i choreografia: Leszek Bzdyl i Katarzyna Chmielewska. Muzyka: Mikołaj Trzaska i Nagrobki (Maciek Salamon, Adam Witkowski). Kostiumy: Milena Czarnik.

Premiera na scenie Stara Apteka Teatru Wybrzeże: 23 sierpnia 2019.

polecane: MuzoTok: Szymon Wydra & Carpe Diem

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie