Kiedyś latarnicy musieli zapewnić, żeby na latarni było paliwo. W czasach elektryczności to już nie jest aż tak ciężka praca

Dariusz Szreter
Młodszy latarnik Czesław Romanowski i 114 stopni schodów ukrytych w zabytkowej latarni w Nowym Porcie
Młodszy latarnik Czesław Romanowski i 114 stopni schodów ukrytych w zabytkowej latarni w Nowym Porcie Fot. Krystyna Romanowska
Z okazji Międzynarodowego Dnia Latarnika rozmawiamy z Czesławem Romanowskim, dziennikarzem, autorem opracowania „Latarnia Morska Gdańsk Nowy Port i kula czasu 1894”, okazjonalnie młodszym latarnikiem w latarni w Nowym Porcie.

Czytałeś w dzieciństwie „Latarnika”?

Pewnie tak, bo był szkolną lekturą, ale pamiętam tyle, co wszyscy. Czyli, że latarnik Skawiński czytał „Pana Tadeusza”, nie zapalił światła, statek zatonął, no i on został za to ukarany.

Bardziej ci było żal Skawińskiego czy tych, co zatonęli?

Skawińskiego. To był człowiek, który po powstaniu listopadowym tułał się po świecie, znalazł swoją przystań w Panamie, ale Polska go dopadła i to w takiej przejmującej formie. To była postać, z którą można się było identyfikować. A o rozbitkach Sienkiewicz chyba w ogóle nic nie wspomina.

Jak zostałeś latarnikiem?

Ustalmy jedną rzecz: nie jestem latarnikiem sensu stricte. Byłem i nadal bywam pracownikiem latarni w Nowym Porcie, gdzie sprzedaję bilety na latarnię, pamiątki, opowiadam o historii. Z prawdziwymi latarnikami łączy mnie to, że zapalam światło w latarni. Tylko, że oni robią to po zachodzie słońca, a ja zapalałem ją w dzień, bo latarnia w Nowym Porcie, jako jedyna na naszym wybrzeżu, nie funkcjonuje jako latarnia czynna, tylko jako zabytek do zwiedzania. Nie może więc świecić w nocy, bo nie jest już punktem orientacyjnym dla statków.

Czy w czasach nawigacji satelitarnej tradycyjne latarnie morskie mają jeszcze rację bytu?

Latarnicy na takie pytanie odpowiadają, że są jeszcze mniejsze jednostki: kutry, żaglówki, które nie zawsze są wyposażone w tego typu urządzenia. Poza tym GPS może się zepsuć i wtedy latarnie są stałym orientacyjnym punktem, który pokazuje wejście do portu albo ostrzega przed mielizną, wyspą czy innym niebezpieczeństwem. Wreszcie z psychologicznego punktu widzenia latarnia jest takim przyjaznym punktem na horyzoncie. Kiedy żeglarze, którzy płyną ileś tam dni wreszcie widzą światło z latarni, wiedzą, że już niedługo będą w domu, albo że jakiś etap ich podróży się kończy. Tak więc jak najbardziej latarnie, mimo tej całej nowoczesności, mają rację bytu.

Latarnia w Nowym Porcie nie ma przed tobą tajemnic. Napisałeś o niej ostatnio książkę. Ale w dziejach gdańskiego portu to nie jest ani pierwszy, ani ostatni tego typu obiekt.

Historia gdańskich latarni ma związek z tym, jak za sprawą piachów niesionych przez Wisłę, przesuwało się wejście do portu. Pierwszą gdańską latarnię można jeszcze zwiedzać, chociaż już od dawna nie pełni tej funkcji. Mam na myśli wieżę w Twierdzy Wisłoujście. Z czasem - w miarę jak powstawało Westerplatte - znalazła się ona zbyt daleko od wejścia do portu. Dlatego w połowie XVIII wieku powstały dwie tak zwane blizy: większa i mniejsza. Z czasem jednak one okazały się za niskie i wówczas w 1893 roku, zbudowano kolejną latarnię. Oddano ją do użytku rok później i funkcjonowała przez równo 90 lat, do czasu uruchomienia latarni w Porcie Północnym.

W ciągu tych 90 lat latarnia w Nowym Porcie przetrwała II wojnę światową.

Mało tego, zapisała się w jej historii. Niemcy umieścili na niej stanowisko karabinu maszynowego i stamtąd padły pierwsze strzały w kierunku Westerplatte. Jeszcze przed ostrzałem z pancernika Schlezwig Holstein. Polscy żołnierze skutecznie unieszkodliwili ten karabin celnym strzałem z działa. Do dziś widać miejsce, gdzie trafili, bo cegły użyte do uzupełnienia muru są jaśniejsze.

W momencie, kiedy latarnia w Nowym Porcie przestała pełnić swoją funkcję, zaczęła popadać w ruinę. W sumie dobrze, że jej nie rozebrano.

Całe szczęście, bo według mnie jest to najpiękniejsza z latarni polskiego wybrzeża, w dodatku z odrestaurowaną kulą czasu, której nie mają nie tylko inne polskie latarnie, ale których na świecie jest obecnie tylko kilka. No i na szczęście znalazł się ktoś taki jak pan Jacek Stefan Michalak, syn jednego z współzałożycieli obecnej Akademii Medycznej w Gdańsku, który po wielu latach spędzonych za granicą, głównie w Kanadzie, powrócił tutaj, zainteresował się opuszczoną latarnią, odkupił ją od miasta i wyremontował na własny koszt. Dzięki niemu gdańszczanie oraz liczni turyści mogą ją zwiedzać i podziwiać piękny widok na Zatokę Gdańską, na Hel i na spory kawałek Trójmiasta.

Co trzeba zrobić, żeby zostać latarnikiem? Nie mówię o twoim przypadku, latarnika - że tak powiem - turystycznego.

(śmiech) O ile się orientuję są jakieś kursy i szkolenia organizowane przez urzędy morskie. W większości są to jednak ludzie, którzy tę służbę pełnią od pokoleń. Dobrym tego przykładem jest latarnia w Stilo i pracująca tam rodzina Łozickich. Senior rodu Stefan Łozicki został latarnikiem w 1948. Potem zatrudnił się jego syn i synowa, a teraz pracuje tam jego wnuk. Właśnie ze względu na rodzinny charakter tego zawodu, wykonuje go zaskakująco dużo kobiet.

Jak brzmi żeńska forma słowa „latarnik”?

Latarniczka.

Ilu jest obecnie zatrudnionych latarników w Polsce?

Czterdziestu kilku, w siedemnastu latarniach.

Jak wygląda praca współczesnego latarnika?

Praca latarnika przez lata oczywiście się zmieniała i to w sposób diametralny. Kiedyś latarnicy musieli zapewnić, żeby na latarni było paliwo: najpierw drewno, potem węgiel, świece czy oliwa. Kiedy przyszedł czas elektryczności, to już przestała być aż tak ciężka praca. Generalnie latarnicy muszą po prostu doglądać latarni i pilnować jej światła. Ale wiele latarni ma już nowoczesną automatykę i kiedy np. żarówka się przepala, następna zapala się samoczynnie, część latarni jest obsługiwana automatycznie, tak że latarnik może siedzieć w domku, który jest powiedzmy pięć kilometrów dalej i stamtąd nią zarządzać. Z tym, że wszystkie latarnie - poza Kikutem i Portem Północnym - w okresie wakacyjnym są udostępniane do zwiedzania i zazwyczaj ci latarnicy, którzy tam pracują sprzedają bilety i opowiadają o latarni. Co nie zmienia faktu, że to nadal bardzo odpowiedzialna funkcja.

Ile zarabia latarnik?

O ile się orientuję niewiele. W okolicach pensji minimalnej. Niektórzy dostają też procent od sprzedaży biletów.

Czy były w Polsce przypadki, że zaniedbanie latarnika doprowadziło do powstania zagrożenia na morzu?

Ja o takich dramatycznych historiach, jak ta ze wspomnianego przez ciebie „Latarnika”, nie słyszałem. Wiem natomiast, że w latach siedemdziesiątych latarnik ze Stilo pomagał w akcji ratowniczej duńskiego statku, który wszedł na mieliznę w okolicach jego latarni. Ale nie w takim sensie, że latarnik ruszył w morze, tylko przez radio nadzorował akcję i przekazywał meldunki. Nasłuchiwanie komunikatów między statkami, żeby orientować się, co dzieje się na okolicznym akwenie, to też część obowiązków latarników.

Czyli w sumie romantyzmu w tej pracy niewiele.

Same latarnie, jako budowle, mają w sobie spory posmak romantyczności. Zdarzają się przypadki oświadczyn na szczycie latarni, choć przy mnie w Nowym Porcie akurat nigdy coś takiego się nie zdarzyło (śmiech). Polskie latarnie nie są położone w jakichś odludnych miejscach, na wyspach, nadbrzeżnych skałach. Wiele - jak w Ustce, Łebie czy Darłowie jest wręcz w centrum. Dlatego moją ulubioną latarnią, poza Nowym Portem, jest Czołpino w Słowińskim Parku Narodowym, do której trzeba dojść dwa kilometry, dość ciężkim podejściem, ale i tam dociera dużo turystów.

Latarnie zdają się przyciągać ludzi, jak magnes.

Tak. I z roku na rok ich popularność rośnie. Jest taka specjalna jest taka specjalna odznaka, która się nazywa Bliza...

Czyli?

Latarnia po kaszubsku. Więc polega to na tym, że zbiera się pieczątki w zwiedzanych latarniach. Pięć pieczątek to Brązowa Bliza, potem jest Srebrna za odwiedzenie wszystkich wymienionych tam polskich latarni, która uprawnia do bezpłatnego wejścia na każdą polską latarnię, oprócz oczywiście wspomnianych dwóch niedostępnych dla postronnych. Jest też odznaka Złota, którą otrzymuje się po zwiedzeniu trzech latarń za granicą. Jako latarnik mam prawo do wydawania Brązowych Bliz i widzę radość, szczególnie najmłodszych, kiedy ją dostają.

O co najczęściej cię pytają zwiedzający latarnię w Nowym Porcie?

Ile schodów ma latarnia.

Ile?

114 - od furtki do samej góry.

Ile czasu ci zajmuje wejście?

Dwie-trzy minuty. Ale niedawno kolega, który bardzo lubi biegać, wbiegł tam w 45 sekund.

Odwiedzający turyści raczej nie biją takich rekordów.

No nie. Ale do pięciu minut im wystarcza. Czasami ludzie mają opory, wątpliwości, szczególnie starsi, ale nie było takich sytuacji, żeby ktoś nie wszedł z powodu braku kondycji. Bywało natomiast, że ludzie testujący swoją podatność na klaustrofobię poddawali się w trakcie wspinaczki i schodzili.

A marynarze, ludzie morza też przychodzą?

Może, ale się z tym nie afiszują. Byli u mnie natomiast górnicy ze Śląska. Pomyślałem sobie, że wreszcie górnicy mogli pójść na górę, a nie na dół (śmiech).

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie