"Jeszcze przez dwie dekady ryzyko wystąpienia takiej zimy jest wcale nie mniejsze, niż było 20-30 lat temu". A co dalej?

Dorota Abramowicz
Dorota Abramowicz
Miało być coraz cieplej. Przez ostatnie cztery lata śnieg oglądaliśmy głownie w telewizji i na starych zdjęciach. Aż tu nagle sypnęło i zmroziło. Czy to, co dzieje się za oknami nie jest zaprzeczeniem tezy o globalnym ociepleniu? - pytają sceptycy. Naukowcy odpowiadają, że... to raczej tezy potwierdzenie. I że warto jeszcze przez następne lata korzystać z uroków zimy, by mieć później o czym opowiadać wnukom.

Granica Kociewia i Kaszub, poniedziałek rano. Temperatura spadła poniżej - 14 stopni. Zaczyna sypać śnieg. Zamarzają jeziora. W "Biedronce" w Starej Kiszewie klienci nakładają do wózków palety towaru. Wszystkiego więcej, na zapas, bo może jeszcze drogę zasypać.

- Wytrzymamy, byleby prąd był - mówi Bogusław Bona z Okoninek.

Takiej zimy na Pomorzu dawno nie było

Gotować można na gazie, napalić w piecu, lodówkę zastąpi nieogrzewana weranda. Najgorzej, że bez prądu nie ma internetu. A tu dzieci, prócz najmłodszych, muszą się zdalnie uczyć, a część dorosłych także pracuje zdalnie.

Przez otoczone lasami Okoninki co najmniej raz dziennie przejeżdża mniejszy pług. Oczyszcza też wjazdy do prywatnych posesji. Bywa, że mija się na wąskiej drodze z większą odśnieżarką.

Zima na Pomorzu nie odpuszcza. 8-9.02.2021 r. Śnieg i mróz s...

Ponad dwadzieścia kilometrów dalej, Lubań koło Nowej Karczmy. Mimo sypiącego śniegu Miriam Gołębiewska, trenerka i hodowca psów, wyrusza we wtorkowe popołudnie samochodem z oddalonego od głównej szosy gospodarstwa, by odebrać dziecko z przedszkola. W tym samym czasie z radia płyną komunikaty o zablokowanej obwodnicy Trójmiasta. - Mam odśnieżoną drogę pod sam dom, to zadanie gminy - mówi. - U nas nie ma z tym problemu, nawet przy zamieciach i opadach śniegu. W domu też nie marzniemy, mamy ogrzewanie podłogowe, palimy ekologicznym paliwem - pelletem.

Dla synów Miriam jest to pierwsza, prawdziwa zima w ich życiu. Śnieg wprawdzie widzieli, ale nie w takiej ilości.
Pochodzili więc na sanki, pozjeżdżali, zrobili bałwana. I już - prawdę mówiąc - mają dość. Bo co jeszcze można na śniegu robić?

Kulig i zalety śniegu

- Jak to co? - powtarza pytanie pani Kasia, od kilkudziesięciu lat właścicielka domu w lesie niedaleko Starej Kiszewy. - W sobotę zabrałam rodzinę na kulig po drogach leśnych w okolicach Wygonina, Bartoszego Lasu, Konarzyn. Było słonecznie, mroźno, niesamowite wrażenia. Niektórzy ze dwadzieścia lat na saniach nie siedzieli.

Wszystko odbyło się jak najzupełniej legalnie. W czasach pandemicznych ograniczeń kuligi wymknęły się restrykcjom, gdyż - jak zauważyli organizatorzy tego typu imprez z południa Polski - zostały zaliczone jako tak zwany "transport gdzie indziej niesklasyfikowany". Wystarczy więc, że będą konie, sanie i kilka doczepionych do nich sanek, a trasa przejazdu nie będzie wiodła drogą publiczną i nikt nie może mieć zastrzeżeń.

- Zainteresowanie jest bardzo duże - mówi organizatorka kuligów ze Starej Kiszewy. - A i nasze konie mają wreszcie szansę dobrze się wybiegać.

Tak wyglądają w tym roku kuligi na Kaszubach! Zimowa zabawa ...

Lucyna Neugebauer z pobliskich Dunajek prowadzi hodowlę trzynastu koni. - Chętnych do jazdy konnej nie brakuje, nawet przy tej pogodzie - twierdzi. - Dobrze się jeździ w śniegu. Jednak kuligi w naszym przypadku nie wchodzą w rachubę, bo nie mamy koni do pociągnięcia. U nas trzeba usiąść w siodle.

Kłopoty związane z zimą? - W mieście byłby to problem, u nas ludzie bardziej do takiej pogody przyzwyczajeni - uważa. - Zimno jest, ale wszystko zależy od ubioru. Przyznam jednak, że tak długo leżącego śniegu już nie pamiętam. Wprawdzie ze cztery, pięć lat temu też posypało, mam zdjęcia jak dziewczyny w śniegu jeździły, ale to nie to samo.

Im ktoś młodszy, tym w większym szoku. A już dzieci to szaleją na sankach i w śniegu. Ale jeszcze kilkadziesiąt, kilkanaście lat temu było tak, jak teraz. Jak zima to zima. Zaczynała się w grudniu, kończyła na wiosnę.

Śnieg pomógł złapać złodzieja

Lucyna śmieje się, że śnieg nie jest taki zły. Kiedyś pomógł im w wytropieniu złodzieja. Handlowali wówczas brykietem do kominków, złożonym na zewnątrz na palecie, pod oknem. Nie zwracali uwagi, czy go nie ubywa. Leżał, to leżał. Pewnego ranka, a była to piękna zima, zauważyli ślady stóp na śniegu, prowadzące pod ich zabudowania. Stopy krążyły wokół palety. Wtedy dopiero zorientowali się, że ktoś im systematycznie wynosił brykiet!

Złodzieja zidentyfikowano. - Pochodził z sąsiedniej wsi, a do nas do kościoła jeździł i do komunii chodził - mówi Lucyna. - Konsekwencje? Uniknął ich ze względu na znikomą szkodliwość czynu. Brykietu nawet nie oddał.

- U nas też ślady na śniegu doprowadziły do złodzieja - dodaje pani Kasia. - Przy okazji uratowały mu życie. Wiele lat temu zasypało nas tak, jak i dziś. Dom na zimę stał pusty. Jeden z okolicznych złodziei, znany zresztą bardzo dobrze policji, upodobał sobie nasze mienie. Zachodził a to po ubrania, a to po sprzęty gospodarstwa domowego, a to po pozostałości zapasów w barku. Pewnego dnia sąsiad zauważył ślady na śniegu. Zawiadomił policje, która ruszyła tropem złodzieja. Daleko nie musieli szukać, mężczyzna zasnął pijany z resztą łupów za oborą w zaspie. Gdyby nie akcja sąsiada i policji, pewnie by zamarzł.

A miało być ciepło

W ostatnią niedzielę około godziny 6 rano przez wioskę Okoninki przejechały na sygnale wozy Straży Pożarnej. Tędy wiedzie najkrótsza droga przez las do byłej leśniczówki nad jeziorem Wygonin. Paliło się poddasze budynku, przyczyną było prawdopodobnie zwarcie instalacji elektrycznej.

Już kilka godzin później we wsi zatrzymał się samochód czerwony samochód wypełniony młodymi ludźmi. - Wiecie jak dojechać do leśniczówki? - zapytali. - Jedziemy pomóc posprzątać po pożarze.

Tego samego dnia przed północą strażacy z OSP w Starej Kiszewie byli wzywani do pożaru komina i poszycia dachu na budynku gospodarczym w miejscowości Kobyle. Na szczęście dzięki szybkiemu zauważeniu pożaru przez właściciela udało się szybko ugasić ogień.

- Mamy od ostatniego weekendu przynajmniej jeden pożar dziennie - mówi mł. bryg. Łukasz Płusa, rzecznik prasowy Komendy Wojewódzkiej PSP w Gdańsku. - Jest zimniej, ludzie się dogrzewają. Wiem, że ostatnio zima przechodziła łagodnie, ale teraz mamy skutki braku wcześniejszych przeglądów kominowych i wentylacyjnych i traktowania kominiarza po macoszemu. Do tego dochodzą zwarcia instalacji elektrycznej, zwłaszcza w starszych obiektach, która nie nadąża za rozwojem technologicznym. Coraz więcej mamy telefonów, urządzeń elektrycznych, stosujemy przedłużacze. I skutki widać.

Skutki widać także na drogach. Strażacy mówią, że część wypadków i stłuczek to efekt, po pierwsze, braku umiejętności jazdy zimą, a po drugie braku wyobraźni. Kierowcy wsiadają do samochodów na letnich oponach. Niektórzy nawet uważają, że winę za ich problemy na drodze ponoszą eksperci, przestrzegający przed ociepleniem klimatu.

Stok na Łysej Górze zamknięty, ale chętnych do zjeżdżania na...

Tegoroczna zima potwierdza tezę o globalnym ociepleniu

Czy to, co dzieje się za oknami nie jest zaprzeczeniem tezy o globalnym ociepleniu? - Wręcz przeciwnie, jest to potwierdzenie tej tezy - tłumaczy prof. Mirosław Miętus, zastępca dyrektora Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej.

- Jeżeli nad obszar chłodny, np. lodowiec, napływa ciepłe powietrze, ulega ono transformacji. Efektem transformacji są większe i częstsze opady śniegu. Narasta pokrywa śnieżna. Później, kiedy różnica między temperaturą podłoża a napływającym powietrzem zmniejszy się, opad zaczyna przyjmować postać deszczu, który jako cieplejszy od podłoża zaczyna degradować pokrywę śnieżna, a lód zaczyna się topić. Mówiąc krótko - globalne ocieplenie w wysokich szerokościach geograficznych nie oznacza początkowo topienia lodu i pokrywy śnieżnej, a wręcz przeciwnie - kumulację opadów śniegu.

Według prof. Miętusa drugą sprawą jest mechanizm związany z dużo wolniejszą reakcją oceanu na zmiany. - Zwłaszcza w rejonie północnego Atlantyku mamy proces zwany południkową cyrkulacją wymienną - wyjaśnia były dyrektor Instytutu Geografii Uniwersytetu Gdańskiego. - Ciepłe prądy płyną ku Arktyce, początkowo na powierzchni oceanu, później zapadając się, zawracają i płyną jako prąd głębinowy. Ten mechanizm utrzymuje się dzięki różnicy temperatur i różnicy zasolenia. Kiedy zaczyna spadać gradient zasolenia i temperatury, proces ten zaczyna słabnąć. Coraz więcej słodkiej wody z pokrywy lodowej dostaje się do oceanu, więc spada gradient zasolenia, cieplejsza woda obniża gradient temperatury. W odpowiedzi na to przebudowuje się system cyrkulacji atmosfery i powietrze Arktyki zaczyna docierać do nas innymi, rzadszymi niż dotychczas kanałami. Przyzwyczailiśmy się, że powietrze ze wschodu i północnego wschodu dociera do nas w związku z bardzo rozbudowanymi ośrodkami wyżowymi. Teraz są to także niże, ściągając do nas chłodne powietrze z Arktyki. Weszliśmy więc w fazę, w której występuje zmiana sprzężeń w systemie klimatycznym, która może doprowadzić do jego przebudowy lub całkowitego zniszczenia. Mogą pojawiać się różnego rodzaju anomalie, czasem bardzo gwałtowne.

Odmrożone nogi śniegiem nacierać

Doniesienia o gwałtownych anomaliach i nadciągającej "Bestii ze wschodu" nie robią wrażenia na 85-letniej Teresie Osiak z Płociczna. Zima jej niestraszna. Mówi, że ma wszystkie wygody, łącznie z centralnym ogrzewaniem, a z domu wychodzić nie musi. Zresztą, nie ona jedna. Teraz, kiedy jest koronawirus, wielu ludzi może siedzieć w domach, bo do pracy i szkół nie jeżdżą.

- Na lepsze się zmieniło w porównaniu z czasami mojej młodości - przyznaje pani Teresa. - Kiedyś nie było tak ocieplanych domów, nasz był z cegły budowany, bez tynku i styropianu. Każdy pokój miał swój piec kaflowy, trzeba było palić. Jak się wyszło w korytarz, to już zimno było. I co? I nic. Nie chorowali, bo choć mrozy były większe niż dziś, to ludzie jakby twardsi. Na łące wydobywali torf do pieca. W kuchni palili drzewem, węgla się tylko trochę dosypało. Mimo mrozu ludzie pracy w lesie chodzili.Gdy drzewo było grube, zakładali paski na rączki od piły, stawali po dwóch z każdej strony i drzewo spuszczali. Kiedy nie mogli przejść przez zaspy, odrzucali śnieg. Na zrębie ogniska się paliło i było już trochę lepiej. Gdyby młodych wziąć dziś do takiej roboty, to żaden by nie poszedł. Bardzo ciężkie czasy były - wspomina pani Teresa.

Zdarzała się taka zima, że nie można było wyjechać z wioski. Wówczas ludzie z całej wsi zbierali się przy kościele i ręcznie odśnieżali drogę, aby było dojście do domów. Kopało się tunele w śniegu.

To była biała apokalipsa! Zima stulecia rozpoczęła się w Syl...

- Kiedy nadeszła zima stulecia, w gdzieś Polsce były nawet 42 stopnie mrozu, a u nas w Płocicznie minus trzydzieści to już na pewno - opowiada Teresa Osiak. - Na szczęście nikt od nas nie zamarzł, ale byli tacy, co sobie nogi poodmrażali. Trzeba było je szybko śniegiem nacierać. Dziwi się pani? To jedyna szansa na ratunek, bo gdyby pani wsadziła do ciepłej wody, byłoby po nogach. A tak ten mróz przez śnieg wyszedł.

Do sklepu nie musieli jeździć. Mieli własne jedzenie. Piekło się chleb, chowało krowy, świnie też. Kury, kaczki, indyczki. Masło, mięso i jajka mieli swoje. W piekarniku upiekło się pięć dużych bochenków, owinęło, by nie zeschły, wystarczyły na cały tydzień.
Młodsze dzieci chodziły do szkoły w pobliskiej Cieciorce. Starsze klasy musiały jednak dotrzeć do oddalonych o 5-6 kilometrów Kalisk. - Zima, nie zima, swoimi nogami się szło - przyznaje pani Teresa. Kiedy były drogi przejezdne, ten kto miał rower - jechał, reszta na piechotę szła, nawet gdy był silny mróz.

Tak więc kiedy pani Teresa słyszy narzekania na zimę, wzrusza tylko ramionami. Uważa, że jej nie wypada narzekać.

Co było, nie wróci?

Niektórzy rodzice, wyciągając pociechy na sanki, tłumaczą, że być może to jedna z ostatnich szans na doświadczenie prawdziwej zimy, takiej jaka była doświadczeniem rodziców i dziadków. To co, nacieszmy nią, bo może być już ostatnią? Czy spełnią się słowa z tytułu nominowanego do Oskara polskiego filmu - śniegu już nie będzie?

- Myślę, że jeszcze przez dwie dekady ryzyko wystąpienia takiej zimy, jak obecna, jest wcale nie mniejsze, niż było 20-30 lat temu - uważa prof. Miętus. - Prawdopodobieństwo wystąpienia niskich temperatur niewiele się zmniejszyło. Wiedza ta niestety nie dotarła m.in. do 7 milionów Polaków, którzy jeżdżą bez opon zimowych. Dlaczego? Bo nie było potrzeby przez parę zim. Również opady śniegu wcale nie są mniejsze niż przed laty. W 2014 r. w południowo-wschodniej Polsce zasypało drogi do wysokości znaków drogowych. Czy my o tym pamiętamy? Raczej nie, w pamięci pozostały nam ostatnie, łagodne zimy. Dlatego w wielu miejscowościach z 20 pługów śnieżnych pozostało pięć. Miało być taniej, miały być oszczędności. I teraz nikt nie liczy kosztów sytuacji na drogach, gdy te pięć pługów nie da rady odśnieżyć tras przejazdowych. To samo jest z infrastrukturą ciepłowniczą, po co je było sprawdzać? Dziś małe usterki zaczynają być problemem. Ludzie marzną, chorują, trzeba przekopać drogi. Koszty ponosi społeczeństwo, czyli nikt. Niedługo może się okazać, że brakuje nam lodołamaczy. Czy porównano koszty ich utrzymania z kosztami, jakie poniesiemy w przypadku powstania dużego zatoru?

I tak naprawdę już nie wiadomo, czy jest się z czego cieszyć. Ale jakby co, warto jeszcze wybrać się na kulig.

Gdzie najtaniej na wakacje?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie