Janusz Trupinda: Gedaniści to ludzie, którzy wpadli w czarną dziurę historii

Adam Mauks
Adam Mauks
Gedania (po lewej) przed meczem w Wilnie z WKS Śmigły, maj 1933 Narodowe Archiwum Cyfrowe
O dramatycznych warunkach w jakich działał kiedyś klub, wystawie z okazji 100-lecia i Gedanii swoich marzeń - mówi prof. Janusz Trupinda, autor książki "KS Gedania - klub gdańskich Polaków (1922-1953)

W styczniu podczas podpisania umowy o partnerstwie między Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku i Gedanią 1922 ujawniono fakt przygotowywania wystawy z okazji 100-lecia Gedanii. Czy może Pan o niej coś dziś powiedzieć?
O konkretach jeszcze nie rozmawialiśmy. Dziś mogę powiedzieć tylko, że muzeum będzie przygotowywać tę wystawę, ja mam być jej kuratorem, napisać jej scenariusz. Wystawa ma dotyczyć stulecia klubu, ze szczególnym uwzględnieniem wątków związanych z profilem Muzeum II Wojny Światowej, czyli 20-lecia międzywojennego, czasu wojny i okresu tuż po niej. Ma to być wystawa prezentowana w muzeum i na placu przed nim. Będzie ogólnodostępna. Planowana jest na lato 2022 roku.

Czytając Pana książkę "KS Gedania - klub gdańskich Polaków 1922-1953" można odnieść wrażenie, że ówcześni gedaniści byli w jakimś sensie zawieszeni w przestrzeni społecznej i politycznej. Zarówno jeśli chodzi o relacje z II Rzeczpospolitą, hitlerowskim żywiołem w czasach Wolnego Miasta Gdańska, a potem z komunistyczną Polską. Jak odnajdywali się w tej rzeczywistości?

Oni wpadli niejako w czarną dziurę historii. W Gdańsku próbowali reprezentować Polskę, bardzo mocno podkreślając swoją odrębność narodową. Centralnie byli jednak dość słabo zauważani, wręcz ignorowani. Dopiero na początku lat 30. polskie władze dostrzegły w nich siłę. Zaczęto ich wspierać, ale bardziej jako siłę instrumentalną, którą można by wykorzystać w razie puczu hitlerowskiego w Gdańsku. Gedania, jako klub sportowy, zdaniem polskich władz, mógł wtedy posłużyć jako baza działań dywersyjnych wobec hitlerowców. Stąd słynne "piątki", które przybierały formę klubów sportowych, bo stosunkowo łatwo można było je zakamuflować. Z drugiej strony, patrząc choćby na ówczesne media, można było odnieść wrażenie, że one bardzo wspierały Gedanię, publikując wiele artykułów apelujących o pomoc dla tego klubu. Wiele polskich klubów z terenu II Rzeczpospolitej pozytywnie odpowiadało na te apele, zapraszając Gedanię np: do Warszawy, Wilna czy Lwowa i promując jej działalność. Ale jednak także wtedy dawało się wyczuć pewien dystans wobec Gedanii, powątpiewając w to, co może ona znaczyć w Wolnym Mieście Gdańsku. To poczucie wyższości było widoczne bardzo wyraźnie w igrzyskach Polaków zza granicy w 1934 roku w Warszawie, gdzie zaproszono Polonię z całego świata, także gdańskich Polaków. Oni jednak nie chcieli wystartować, bo uważali, że nie są Polonią. Uważali, że Gdańsk jest, po prostu, polski. To nie było jasne dla organizatorów. Były długie negocjacje, które zakończyły się tym, że imprezę nazwano "Igrzyskami Polaków zza granicy i Wolnego Miasta Gdańska". To było dla gdańszczan satysfakcjonujące, a Wolne Miasto Gdańsk wystawiło wtedy najliczniejszą reprezentację sportową. Komentarze medialne z tych zawodów dotyczące gdańskich Polaków były raczej dalekie od entuzjastycznych. "Polacy z Gdańska są, zdobywają dużo punktów, ale pewnie dlatego, że są najliczniejszą ekipą. Niektórzy topią się w basenie, no ale najważniejszy jest udział, itd, itp..." Oni nie do końca byli traktowani poważnie, co ich bardzo bolało. To było też widoczne na meczach bokserskich, bo sekcja pięściarska Gedanii była wybijającą się ponad przeciętność. Bokserzy świetnie radzili sobie w drużynowych i indywidualnych zmaganiach o mistrzostwo Polski.. Kiedy czyta się sprawozdania z tych meczów w polskiej prasie, to pięściarze Gedanii byli bardzo dumni z tego, że są Polakami odnoszącymi sukcesy, nie tylko w Wolnym Mieście Gdańsku, ale i w Polsce. Poczucie niedoceniania było widoczne. Jak się jednak popatrzy na opracowania dotyczące polskiego sportu np. z czasów wojny, to gedanistów w nich nie ma. Z drugiej strony piłkarze Gedanii, którzy bardzo mocno dawali się we znaki ligowym drużynom z Wolnego Miasta Gdańska i Prus Wschodnich, są w odnotowywani w zestawieniach niemieckich, ale próżno szukać jakiegoś szerszego omówienia. Po wojnie nowa władza ludowa tolerowała Gedanię przez rok, a później przyszedł czas na innych, bardziej słusznych. To był klimat, który gedaniści znali sprzed wojny, czyli podejrzliwość i ciągłe pytanie: "Czy w Gdańsku mogło być coś polskiego?"

W Pana książce jednym z wybijających się wątków była wielosekcyjność Gedanii. Myśli Pan, że dziś jest realny powrót do tamtej idei?
Dziś już chyba nie bardzo. Mogą o tym myśleć kluby, które mają bardzo stabilne podstawy organizacyjne i zaplecze finansowe. Myślę, że większość klubów bardzo by chciała mieć wiele sekcji, bo to pozwala na zbudowanie dużo lepszej oferty, mocnego zaplecza społecznego, podstaw działania związanych z większą frekwencją, identyfikacją ludzi z klubem, wspieraniem przez kibiców. Po wojnie w Polsce nie wrócono do tego, co było powszechne przed wojną, czyli systemu obowiązującego także w Gedanii tzn. członków czynnych i biernych. Nie musiałeś być zawodnikiem, by wspierać klub i płacić składki. To była baza do działania. Przecież Gedania po wojnie mogła być klubem wielosekcyjnym tylko dlatego, że miała oparcie w PKP. Kiedy to się skończyło, zaczęły się kłopoty.

Jaka jest Gedania Pana marzeń? Jaki klub chciałby Pan w najbliższej przyszłości widzieć, z jakim chciałby się Pan utożsamiać?
Rozumiem, że mogę puścić wodze fantazji? Jeśli tak, to widziałbym Gedanię podobną do tej sprzed wojny pod względem wartości. I nie chodzi mi nawet o ten wątek narodowy, czy patriotyczny, tylko o budowanie pewnej wspólnoty i prowadzenie szeroko zakrojonej akcji wychowawczej, obywatelskiej. Na pewno widziałbym Gedanię jako klub wielosekcyjny, może nie tak rozbudowany jak przed wojną. Na pewno powinny być tam sekcje: piłkarska i bokserska. To jest dziedzictwo często zapominane, a przecież do dziś żyją kibice, którzy chodzili po wojnie na Gedanię i dobrze pamiętają gdańską szkołę boksu. Widziałbym ją jako klub nie stricte komercyjny czy zawodowy. Gedania takim nigdy nie była. I tu w odróżnieniu choćby od Lechii, która w tym zawodowstwie i komercji się zamknęła, zapominając trochę o swoich podstawach społecznych, Gedania powinna być klubem rodzinnym, społecznym, kreującym pewne wartości wśród sportowców jak i kibiców. Myślę, że dobrym przykładem z naszego polskiego podwórka jest działający w Warszawie Alternatywny Klub Sportowy Zły. To grupa ludzi, którzy budują sport w oparciu o wartości. Jakieś wyniki już osiągają, ale też intensywnie pracują nad otoczką kibicowską. Tam nie ma przemocy, wulgaryzmów, tego co jest codziennością w dzisiejszej piłce nożnej. Świetnie opakowanej, dobrze się oglądającej, ale w warstwie kulturalnej, po prostu, nie do zaakceptowania dla średnio wrażliwego człowieka. Chciałbym, by Gedania była klubem łączącym ludzi. Takim, który wróciłby do swoich źródeł, czyli działał za sprawą grupy zapaleńców, którzy zapalali tą ideą następnych i dzięki temu tak to się przez lata pięknie toczyło.

Rozmawiał Adam Mauks

UEFA przygotowała ściągę dla komentatorów

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie