Historia polskiego rock'n'rolla nie jest nudna. Rozmowa z Wojciechem Korzeniewskim

Dariusz Szreter
Wojciech Korzeniewski: Za komuny festiwal sopocki był także festiwalem esbecji. Nagrywali i filmowali wszystko i wszystkich
Wojciech Korzeniewski: Za komuny festiwal sopocki był także festiwalem esbecji. Nagrywali i filmowali wszystko i wszystkich Karolina Misztal
O pokręconych ścieżkach polskiego rock'n'rolla z prezesem fundacji Sopockie Korzenie Wojciechem Korzeniewskim - rozmawia Dariusz Szreter.

Trzydzieści parę lat temu wpłynąłeś na przyszłość polskiego rocka, będąc jednym z animatorów Muzyki Młodej Generacji. Dwadzieścia parę lat temu krótko, ale dość skutecznie udało ci się ożywić formułę sopockiego festiwalu piosenki. A teraz stałeś się kustoszem i archiwistą historii rocka. Czyżbyś zwątpił w sens i przyszłość tej muzyki?
Nigdy nie zwątpiłem, natomiast mam za sobą okres, kiedy trochę się wycofałem z branży. Wiąże się to właśnie z festiwalem sopockim. W czasach przełomu ustrojowego i gospodarczego w Polsce z pełnym entuzjazmem przejąłem, można powiedzieć, w sposób rewolucyjny, tę imprezę. W momencie kiedy żadna z państwowych instytucji nie chciała jej finansować, z kilkoma partnerami sprywatyzowaliśmy ten festiwal, inwestując w to ogromne pieniądze. Podjęliśmy niesamowite ryzyko, ale udało nam się sprawić, że ten festiwal zaistniał na świecie. Przyjechali producenci z Londynu...

Pamiętam festiwal z 1991 roku. Prowadził go słynny wówczas z MTV Paul King, a lista gwiazd była oszałamiająca: Marillion, Jimmy Sommerville, OMD, Alison Moyet, Erasure, Johny Hates Jazz.
Festiwal nigdy nie miał retransmisji telewizyjnych na taką skalę jak wówczas. I wtedy, po trzecim roku, kiedy festiwal zaczął wreszcie przynosić zyski, podczas posiedzenia Rady Miasta, niespodziewanie nam go odebrano. A mieliśmy umowę na 10 lat.

Dlaczego?
Bo czemu niby ma prywaciarz Korzeniewski zarabiać, skoro trzeba pomagać własnej instytucji, czyli Bałtyckiej Agencji Artystycznej? Tyle że BART nie dała rady i po kolejnym roku imprezę przejęła TVP. Dla mnie ta sytuacja to był taki szok, że w ogóle na kilka lat wycofałem się z branży. Dopiero kiedy uświadomiłem sobie, że zbliża się 40-lecie festiwalu, pomyślałem, że warto by wydać album temu poświęcony. Pracowałem przy tym festiwalu, można powiedzieć, od dziecka - od zamiatacza Opery Leśnej począwszy, przez szefa reklamy, rzecznika prasowego, aż do sprywatyzowania i objęcia funkcji prezydenta. Kto więc mógłby zrobić to lepiej? Miałem dość duże własne zbiory pamiątek, ale oczywiście niewystarczające. Zwróciłem się więc do instytucji, które takie materiały powinny posiadać.

Kiedy to było?
W roku 2000. I wtedy przeżyłem kolejny szok, bo okazało się, że archiwa, zarówno warszawskiego Pagartu, jak i sopockiego BART, przepadły. Po prostu w nowych czasach tych instytucji nie stać było na magazynowanie dokumentów i pamiątek. Szczególnie żal było tego, co stało się w Pagarcie. W PRL spełniał on rolę ministerstwa spraw zagranicznych do spraw show-biznesu. Żaden polski artysta nie mógł wyjechać za granicę ani zagraniczny przyjechać do nas bez ich pośrednictwa. Drukowali plakaty, afisze, broszury, zdjęcia... Tymczasem ta niegdyś wszechwładna instytucja, zajmująca trzy piętra, skurczyła się do pięciu pokoików. Z archiwum, jak mi przyznał dyrektor, każdy z pracowników wziął to, na co miał ochotę, do domu, a reszta powędrowała na śmietnik. Żadna instytucja tego od nich nie chciała.

Jest i inna wersja, która głosi, że archiwa zniszczono, żeby ukryć różne ciemne interesy, które się działy na obrzeżach polskiego show-biznesu.
Wiadomo, w jakich warunkach wtedy żyliśmy. Ja sam, podróżując z polskimi artystami, byłem świadkiem przeróżnych dziwnych historii, szczególnie podczas tras po Związku Radzieckim. Do dzisiaj krążą o tym legendy. Ale nie wiem, czy tam były materiały na ten temat. Były za to nasze paszporty, bo to Pagart decydował, kto może pojechać za granicę, a kto nie...
Chyba jednak decydowała o tym inna instytucja.

W Pagarcie były właściwe komórki, a w nich pracownicy tej wiadomej instytucji. Wiedzieliśmy też, kto z nami podróżował, żeby nas pilnować.
Może zatem historię polskiego rocka powinni napisać pracownicy IPN?

Rzeczywiście, oni dysponują najlepszą dokumentacją. Wyszła zresztą taka książka o festiwalu w Jarocinie.
"Jarocin w obiektywie bezpieki".

Sam bym chętnie zobaczył materiały esbeckie dotyczące festiwalu sopockiego. Ta impreza była jak Targi Poznańskie, przyjeżdżali tam ludzie z ponad 30 krajów świata, a ubecja robiła sobie swój festiwal. Miałem kiedyś pecha, że znaleziono przy mnie cztery dolary amerykańskie. Mój pobyt w areszcie komendy w Sopocie uzmysłowił mi metody działania esbecji. Festiwal był podsłuchiwany i nagrywany ze wszystkich stron - na scenie, za sceną, pod sceną, na widowni. Na każdym rogu każdego sektora w Operze Leśnej siedział esbek. Milicja posiadała zdjęcia wszystkich ludzi powiązanych z festiwalem oraz informacje, z kim oni się kontaktują i dlaczego. Pokazywano mi wtedy zdjęcia wręcz szokujące: kto z kim rozmawia, pije, wymienia walutę.

Ale do tej pory żaden z byłych esbeków nie zgłosił chyba swojej pracy na konkurs Wspomnienia Miłośników Rock'n'rolla. Może więc o to zaapelujemy.
Próbowałem namówić kolegów z IPN, żeby poszukali mi trochę tych sopockich rzeczy, ale jakoś nie udało się do tej pory tego wydobyć. Przede wszystkim, jak już się zorientowałem, że tamte archiwa przepadły, ponieważ znałem setki ludzi z branży, zacząłem konsekwentnie do nich wydzwaniać i wypytywać, co oni mają. Powoli zacząłem tę dokumentację gromadzić. Pięć lat temu, razem z Marcinem Jacobsonem i Wieśkiem Śliwińskim, z którymi w latach 70. pracowaliśmy w BART, uświadomiliśmy sobie, że właśnie się zbliża 50-lecie polskiego rocka, że może warto by ludziom pokazać, jak to się stało i jak ważne w tym wszystkim było Wybrzeże. Postanowiliśmy wtedy założyć fundację, żeby ocalić te wszystkie rzeczy.

Już wtedy myśleliście o ogólnopolskim konkursie na wspomnienia?
Ten pomysł podpowiedział nam Tadeusz Podymiak, historyk z Żukowa. W ogóle z okazji pięciolecia fundacji chciałbym podziękować całej rzeszy wolontariuszy, fanów i pasjonatów rocka, którzy nas cały czas wspomagają, a przede wszystkim Marcinowi Jacobsonowi, Wiesławowi Śliwińskiemu, Małgosi Szpak, Michałowi Szulcie i Tadeuszowi Podymiakowi. Właśnie Tadeusz wymyślił, że dzięki konkursowi dotrzemy do ludzi i ich archiwów. To się sprawdziło, zresztą nie tylko w Polsce, bo odezwali się też liczni przedstawiciele Polonii. W latach 60. i 70. mnóstwo polskich muzyków wyjechało czy wręcz uciekło za granicę. Niektórzy nie pojawiali się tu nawet od kilkudziesięciu lat, ale w swoich archiwach mają bardzo interesujące rzeczy.

Na przykład?
Z Norwegii odezwał się pan Sitek, człowiek, który współpracował z Franciszkiem Walickim, organizował pierwsze koncerty zespołu Rhythm and Blues. Przysłał oryginalny plakat, w idealnym stanie, i kilka zdjęć z pierwszego w Polsce rockowego koncertu na wolnym powietrzu, który się odbył w lipcu 1959, na kortach tenisowych w Sopocie. Jednocześnie ze Sztokholmu odezwał się Andrzej Szmilichowski, który brał udział w tym wydarzeniu.

Czyli Andrzej Jordan...

Tak, to był jego pseudonim artystyczny. I on, który opisał historię tego koncertu i gwiazdy, która na nim się niespodziewanie narodziła. Chodzi o Michaja Burano, 15-letniego wówczas chłopaka, z cygańskiej rodziny. Oni byli wtedy na koncercie i w przerwie wdarli się za kulisy i wręcz wymusili na Franku Walickim i zespole, by Michaj, analfabeta, ledwo mówiący po polsku, wszedł na scenę i zaśpiewał. Ten nieplanowany występ, podczas którego on wykonał słynną później "Lucillę", wystarczył, by podbić serca trzytysięcznej widowni. A po koncercie rodzina zaproponowała, że Michaj wejdzie na stałe do zespołu.

Propozycja z gatunku tych "nie do odrzucenia"?
Ale wyobraź sobie, że on z nimi jeździł na własny koszt. Chevroletem, z kierowcą i nianią, która się nim opiekowała! Tak właśnie wyglądały narodziny polskiego rock'n'rolla: 15-letni cygański chłopak, bez żadnej szkoły, w chevrolecie, z własnym kierowcą, a z tyłu w roburze reszta zespołu, z gitarami, perkusją, wzmacniaczami i całą resztą sprzętu "na głowach".

Trochę groteskowe.
Filmowe, ale do tego jeszcze wrócę. W każdym razie Burano, jako jeden z niewielu muzyków z tego kraju, zrobił jakąś tam karierę międzynarodową. Zaistniał potem we Francji, Skandynawii, a w końcu wylądował w Bevery Hills. Miał tam swoją posiadłość i znalazł się obok Franka Sinatry na liście Billboardu. Taki sukces w zasadzie nikomu, poza Basią Trzetrzelewską, się nie przydarzył. Od tamtej pory myślę o tym, żeby znaleźć Michaja Burano i ściągnąć go do Polski. Niestety, on w pewnym momencie "odjechał", kariera się skończyła, przepuścił majątek, odciął się nie tylko od Polski, środowiska muzycznego, ale nawet od rodziny.

Jak kamień w wodę?

Dwa lata temu zadzwonił do mnie jego brat ze Sztokholmu, że Michaj pojawił się tam na chwilę i powiedział, że wyjeżdża do Afryki, a jak się tam ustawi, to się odezwie. I do dziś się nie odezwał. Nikt nie ma z nim kontaktu. Szkoda, bo uważam, że gdyby dziś wrócił do Polski, wszedł na scenę, zaśpiewał te swoje legendarne przeboje, mógłby tu z powodzeniem egzystować. Odcinać kupony, obok takich artystów jak Maryla Rodowicz czy Krzysztof Krawczyk, kontynuować karierę.

Nie wydaje ci się, że historia polskiego rock'n'rolla jest dużo bogatsza i barwniejsza niż się ją zwykło przedstawiać? Kiedy się czyta wspomnienia Keitha Richardsa czy Ozzy'ego Osbourne, to oni nie unikają wspomnień wstydliwych, drastycznych nawet. Natomiast nasi weterani rocka, z nielicznymi wyjątkami, zgrywają ciotki-cnotki i nikt tego nie próbuje podważyć.

To się wiąże z tamtymi czasami, kiedy rock był tematem tabu, podobnie jak prostytucja czy narkomania. Pisano tylko to, co partia dopuszczała. Cała historia z tamtej epoki poszła w zapomnienie. Dzięki naszym konkursom wiele rzeczy wychodzi na jaw, dowiadujemy się o życiu muzyków i tamtych czasach. Nie tylko o obyczajach, ale i o tak banalnych kwestiach jak na przykład zdobycie gitar. Muzycy sami je rzeźbili, kombinowali struny, wyrywali z szafek kuchennych magnesy do przetworników. Dzięki konkursowi powstała praca Johnny'ego Bluesa, czyli Jana Kriegera z Sopotu, który opisał historię polskiej gitary na przykładzie działalności firmy Majonez, gdzie pierwsze instrumenty zamawiali między innymi Skrzek, Niemen czy Czerwone Gitary. Dzięki tym wspomnieniom dowiedzieliśmy się też, że dziadek Donalda Tuska miał przy ulicy Bohaterów Monte Cassino w Sopocie pracownię lutniczą i gwiazdorzy rocka z lat 60. korzystali z jego pomocy przy budowaniu gitar. Pracując z Kombi, widziałem, co wyrabiał Sławek Łosowski, który był prekursorem używania syntezatorów, ale też oświetlenia czy innych efektów scenicznych. Wiele z tego konstruował i wykonywał samodzielnie, na przykład umieszczając różne substancje pirotechniczne w puszkach po mleku kupowanym w NRD. To są rzeczy niewyobrażalne.

Wspominałeś coś o filmie.
Odkąd usłyszałem tę historię o debiucie Burano, chodziło to za mną jako początek przyszłego filmu o historii polskiego rock'n'rolla. Męczyłem tym tematem wielu producentów, aż jeden z nich podjął się tego wyzwania. Jest nawet wyznaczony scenarzysta, który nad tym pracuje. Nie mogę zdradzić szczegółów, ale machina ruszyła i myślę, że jeszcze w tym roku usłyszymy coś więcej na ten temat.

Konkurs i gala w Operze Leśnej

Wyniki V edycji konkursu Wspomnienia Miłośników Rock'n'Rolla ogłoszone zostaną w najbliższy piątek, 20 września. Tego samego dnia, o godz. 19, na gali w sopockiej Operze Leśnej wystąpią Czerwone Gitary ze swoimi największymi przebojami, zespół Żuki, który zaśpiewa największe przeboje The Beatles, a w drugiej odsłonie mocnego uderzenia dokonają zespoły TSA i IRA. Blisko czterogodzinną imprezę poprowadzą Maciek Kraszewski i Krzysztof Skiba.

d.szreter@prasa.gda.pl

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Flesz: Wegańskie ubrania. Made in Poland

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

s
stanisław wojciekian
" O sztuce - przecież wiem, co jest muzyka,
I może lepiej wiem od grającego:
Jeśli mi serce bierze i odmyka,
Jak ktoś do domu wchodzący własnego"
Promethidion – NORWID
Powyższy fragment wiersza Cypriana Norwida służy mi za motto, kiedy słucham Muzyki.
26 X 2013 w Słupsku Natalia NIEMEN zaprezentowała repertuar składający się z utworów Jej Taty a pochodzący z dwóch płyt: Terra Deflorata i Spodchmurykapelusza.
NIEMEN MNIEJ ZNANY to program mający na celu przybliżenie szerszej publiczności utworów Czesława Niemena dla wielu w ogóle nie znanych, widziałem to po reakcjach widzów.Jest to niedoceniona twórczość o czym przypominała Natalia przy okazji omawiania inspirujących zjawisk do tworzenia danego utworu. Natalia Niemen w zależności od utworu przedstawiała jego treści w sposób dość poważny lub ironiczno – sarkastyczny piętnując ludzkie przywary.
Artystka nie siliła się absolutnie na modłę, niektórych „artystów”, naśladownictwa . Ta charyzmatyczna Artystka ma w sobie dar Boski i dar Taty, który wykorzystuje w sposób iście naturalny, wzbogacając go ustawiczną pracą na sobą co daje rewelacyjne efekty.
Natalia Niemen na scenie była sobą i śpiewała całą sobą. Namacalnie widać jak na przestrzeni kilku lat Natalia potrafiła perfekcyjnie opanować warsztat muzyczny. Rock and Roll to muzyka na której się wychowałem, kiedy więc usłyszałem zjawiskowe, rockowe wykonanie Natalii zwyczajnie… wcisnęło mnie w fotel, świat zewnętrzny przestał istnieć i „aby zrozumieć Artystę wszedłem do kraju jego” i tam pozostałem do dziś kiedy klecę te słowa . I tak pozostanie to ze mną do końca…
Natalia przybliżając dzieła Niemena przypomniała nam o „dziwności tego świata” o jego radości, nadziei, bólu, marazmie, miałkości…
Artystka zachęcała do rozpalania …serc, do nieobdzierania naszej Matki Ziemi z kwiatów, cnót…
Występ Natalii odbieram jako Modlitwę do nas i za nas, którzy muszą ‘zmartwychwstać’ jak pisał Norwid, w codziennej pracy w pocie czoła, czyli pracować nad swoimi niedoskonałościami.
Słowo, które również i dla mnie jest bardzo ważne niesione było kolorową , R’n’R – ową paletą dźwięków.
Trudno uciec od słów rewelacyjne, wspaniałe, znakomite , perfekcyjne wykonanie, być może to banały uważam jednak , że Muzyki się powinno słuchać zaś próba zwerbalizowania jej jest skazana na fiasko, wszak dlaczego słuchając „narządem słuchu” dostałem ciar na ciele ?!
Opisywany przeze mnie koncert powinien być nazwany ROCKOPERĄ utworów Czesława Niemena w wykonaniu Jego córki Natali, która wniosła własną inwencje twórczą.
Na przestrzeni dekady, kiedy opuścił nas Czesław Niemen, uważam to za wydarzenie nr 1 a wykonanie na poziomie Galaktycznym. Przy okazji wspomnę tu o Artystce z Bułgarii Pasza Christowa, która była nieprzeciętna wykonawczynią utworu Czesław „Dziwny jest ten świat”. Nie sile się na porównania , gdyż byłoby to niepoważne.
Zachęcam wszystkich do uczestniczenia w tej jakże nieprzeciętnej uczcie SŁOWA, DUCHA, MUZYKI, ABSOLUTU…
PS. Równocześnie były prezentowane nieznane fotografie Czesława w obiektywie Jego żony. Rewelacja.
Projekt NIEMEN MNIEJ ZNANY zasługuje na WYRÓŻNIENIE !!!
Dodaj ogłoszenie