Gdynia: Musical "Chłopi" w Teatrze Muzycznym to fantastyczne widowisko [RECENZJA, ZDJĘCIA]

Jarosław Zalesiński
Musical "Chłopi" w Teatrze Muzycznym w Gdyni Tomasz Bołt
"Chłopi" nie są tak bezdyskusyjnym sukcesem Wojciecha Kościelniaka, jak jego wyreżyserowana w gdyńskim Teatrze Muzycznym musicalowa adaptacja "Lalki" Bolesława Prusa. Ale pojedyncze mankamenty nie zmieniają tego, że to fantastyczne widowisko.

Powieść Władysława Reymonta, teoretycznie, wydaje się materiałem łatwiejszym do przełożenia na teatr muzyczny niż arcydzieło Prusa. Wesele Boryny o wiele łatwiej przecież zatańczyć i zaśpiewać niż melancholijne zaloty Wokulskiego. Tę szansę, jaką dawała tętniąca muzyką, witalna proza Reymonta, Wojciech Kościelniak wykorzystał w stu procentach. Nieco większą trudnością okazało się poprowadzenie akcji. Największą - zbudowanie na scenie charakterów.

Czym ten spektakl będzie czarował publiczność, staje się widoczne od pierwszych scen. Kościelniak proste zajęcia wiejskiej wspólnoty potrafił pokazać tak widowiskowo, że czasami zapierało dech. Darcie pierza, międlenie lnu, wyrąb lasu, obieranie kapusty - po tych scenach ręce same składały się do oklasków. Wesele Boryny to choreograficzny majstersztyk, w którym widać było najwyraźniej, ile w ten spektakl wniosła kapitalna praca choreograf Eweliny Adamskiej-Porczyk, specjalistki od polskiego tańca ludowego. Dzięki choreografii Adamskiej-Porczyk, za którą krok w tyle, ale w tym samym kierunku idzie autor muzyki, Piotr Dziubek, musicalowi "Chłopi" przypominają o wielkiej urodzie polskiego folkloru.

Nie znaczy to wcale, że Kościelniak stał się w swoich "Chłopach" jakimś Kolbergiem, bo - z drugiej strony - jego przedstawienie ani przez moment nie udaje etnograficznej rekonstrukcji. Owszem, kostiumy autorstwa Katarzyny Paciorek są należycie stylizowane na ludowość, ale już dwojaki i garnki, wiejskie obejścia i "trzoda" to humorystyczne wręcz zaprzeczenie zasady autentyczności. Na pewno nie o odtworzenie dawnej kultury ludowej idzie Kościelniakowi w tym przedstawieniu.

Nawet najbardziej efektownymi choreograficznymi scenami nie udałoby się jednak opowiedzieć całych "Chłopów". Jak streścić na scenie powieściowe wydarzenia? Kościelniak trzyma się metody, polegającej na przeplataniu zbiorowych i kameralnych scen. Wszystko to bardzo szybko i płynnie przechodzi jedno w drugie, między innymi dzięki pomysłowi wjeżdżających na scenę i zjeżdżających z niej chłopskich wozów. Proscenium po jednej i drugiej stronie sceny bardzo sprawnie staje się karczmą albo izbą, w której umiera Kuba, albo gospodarstwem Borynów. Sprawy dzieją się wartko, ale dramaturgii przez to, no właśnie, nie przybywa. Zwłaszcza po przerwie, gdy scena goni scenę, ma się wrażenie raczej natłoku niż narastającego dramatu. Dlaczego?

Tu jestem w dużym kłopocie, bo przed premierą należałem do tych, którzy nie wyobrażali sobie, by rolę starego Boryny zagrał ktoś inny niż Bernard Szyc. Tymczasem Szyc, który niegdyś okazał się idealnym odtwórcą ciepłego i ludzkiego Tewjego w "Skrzypku na dachu", do roli Boryny z tych samych powodów pasuje, przykro powiedzieć, mniej. Chyba nie tylko pamięć kreacji Władysława Hańczy w telewizyjnych "Chłopach" każe mi widzieć w Macieju Borynie postać tragiczną, posągową, odlaną z żelaza. Wymiaru tragedii sięga też w Reymontowskich "Chłopach" konflikt młodego i starego Boryny. W wersji musicalowej nie potrafiłem tego wymiaru zobaczyć i usłyszeć.
Za to znakomicie pokazują się w przedstawieniu charaktery kobiece - tak jakby życie tej zbiorowości było przede wszystkim na kobietach oparte. Taka jest emancypująca się z kopciucha na gospodynię całą gębą Hanka Marioli Kurnickiej czy wydobyta z tła przez Dorotę Kowalewską despotyczna Dominikowa. Przede wszystkim zaś nadzwyczajnie wypada Karolina Trębacz w roli Jagny.

Od pierwszego pojawienia się Trębacz napełnia spektakl intensywną zmysłowością. Potrafi też być zgaszona i pasywna, gdy przygniata ją wspólne życie z kocurowatym staruchem, potrafi być delikatna w miłości do Jaśka, a z wójtem zachowywać się jak pijana dziwka. Jest postacią z krwi i kości, zagraną tak wyraziście, że staje się najważniejszą postacią przedstawienia.
Podejrzewam przy tym, że dzieje się tak nie bez błogosławieństwa reżysera i autora scenariusza Wojciecha Kościelniaka.

Nie jest przypadkiem, że w jego wersji "Chłopów" tacy właśnie bohaterowie, z tych czy innych powodów odmienni, odrzuceni przez zbiorowość, rysują się najciekawiej. Taki poza Jagną jest też Kuba Zbigniewa Sikory, ślepy gawędziarz Tomasza Fogla czy mający ważną rolę do odegrania mały przybłęda Witek. Odrzuceni, pogardzeni, mają nam do przekazania mądrości, na które głucha okazuje się zbiorowość.

Ich los jest zawsze dramatyczny, ich finał tragiczny, tak jak finał życia Jagny. Wyklęta przez wspólnotę, wrzucona do worka po kartoflach i wyniesiona ze sceny, powtarza los takich samych odmieńców, których zbiorowość uprząta ze sceny na samym początku sztuki. Zagadkowy Anioł (obdarzona ciekawym głosem Maja Gadzińska) to, zdaje się, patron tych odmieńców i odrzutków, anioł bezsilny, bo nie może on zmienić tego, że ta sama historia powtarza się w kółko.

Kościelniak zobaczył w "Chłopach" Reymonta jakąś prawdę o naszej polskiej zbiorowości i tę niezbyt miłą prawdę przemyca w barwnych obrazach musicalowego widowiska. W jednej z najbardziej niezwykłych scen przedstawienia, gdy na moment cichnie zgiełk Borynowego wesela, na tle niemego korowodu tancerzy głosy tych odrzucanych ludzi zaczynają być słyszalne. Może taki jest morał "Chłopów" Kościelniaka - żebyśmy uczyli się słyszeć i szanować odmienność?

Niedostatki charakterów czy scenografii nie zmieniają faktu, że gdyński teatr ma od minionego piątku w swoim repertuarze kolejne szczególne przedstawienie. Godne odremontowanej pięknej widowni, która w piątek również miała swoją premierę.

j.zalesinski@prasa.gda.pl

Treści, za które warto zapłacić!
REPORTAŻE, WYWIADY, CIEKAWOSTKI


Zobacz nasze Magazyny: REJSY, HISTORIA, NA WEEKEND

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

K
Kira

Doceniam, że reżyser "jakąś prawdę o naszej polskiej zbiorowości i tę niezbyt miłą prawdę przemyca w barwnych obrazach musicalowego widowiska". Jak zwykle pojawia się jednak jakieś "ale" - nieprawdopodobny hałas muzyki i śpiewów zagłusza to, co warto byłoby usłyszeć. Jestem człowiekiem, który zachował dobry słuch i nie spodziewałam się, że zostanie on poważnie narażony na udręki, w związku z czym wytrzymałam tylko pierwszą część i tej dotyczą moje refleksje. Jagna promieniująca seksapilem jest w porządku, ale gdy wójt z wójtową omawiają pomysł ożenku Boryny, a przy tym czulą się w niewybredny sposób, to już przesada, nie wiem czy usprawiedliwi ją konieczność przyciągnięcia niewybrednego widza. Śmierć Kuby zostaje zagłuszona w tym spektaklu i nie robi wrażenia na widzach, bo akcja nie daje szansy . Myślę, że to trudne, ale można było pokusić się na uszczuplenie treści i ilości osób miotających się po scenie, aby wskazać wyraźnie to, na co należy zwrócić uwagę w celu poszerzenia świadomości widza. No i 15 minutowe przemówienie przed tak długiem spektaklem to kolejna przesada. Opera NOVA w Bydgoszczy 6 maja 2014.

Dodaj ogłoszenie