reklama

Gdańsk: Suzanne Vega zagrała koncert w filharmonii

Marcin MindykowskiZaktualizowano 
Vega stworzyła na koncercie otwartą, kameralną atmosferę
Vega stworzyła na koncercie otwartą, kameralną atmosferę Grzegorz Mehring
Składankę swoich największych przebojów Suzanne Vega zatytułowała "Tried & True" ("Wypróbowane i prawdziwe"). I choć album ukazał się ponad 10 lat temu, równie dobrze pod tym samym hasłem mógłby się odbyć środowy koncert artystki w Filharmonii Bałtyckiej.

Tych, którzy nie znają ostatniej, w całości poświęconej jej ukochanemu Nowemu Jorkowi płyty "Beaty & Crime", występ z pewnością przekonał, że etap taneczno-industrialnych eksperymentów z lat 90. Vega ma już dawno za sobą. W Gdańsku artystka uraczyła publiczność tym, za co ta ją pokochała - nastrojową mieszanką folkowo-rockowych, poetyckich ballad.

Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że koncert był przez to monotonny i przewidywalny. Udało się tego uniknąć dzięki ujmującej osobowości wokalistki, która, zachowując klasę i duże poczucie humoru, ubarwiła koncert powtórką podstawowych polskich zwrotów, a także odsłanianiem historii, które kryją się za jej utworami.

Vega sięgnęła po nowe piosenki, ale bazowała głównie na repertuarze ze swoich pierwszych płyt. Koncert rozpoczął się tak, jak zaczęła się światowa kariera artystki - od "Marlene on the Wall". Od początku jej ciepły wokal i delikatny podkład nie pozostawiły złudzeń, że zarówno z repertuarem, jak i głosem Amerykanki czas obszedł się bardzo łaskawie.

Choć Vedze towarzyszyło zaledwie dwóch muzyków, nie miało się poczucia, że od strony instrumentalnej koncert był ubogi. Duża w tym zasługa gitarzysty Gerry'ego Leonarda, który ciekawie różnicował swoją grę. Kiedy było to konieczne, wprowadzał mroczny niepokój ("Blood Makes Noise"), ale potrafił też zagrać wysokie, śpiewne, niemal fortepianowe dźwięki. Swoje robiły też oszczędne, choć "gęste" partie basisty Mike'a Visceglii, w które najlepiej mieliśmy się szansę wsłuchać w "Left of Center", wykonanym zresztą tylko przy jego akompaniamencie.

Mimo że występ odbywał się w Gdańsku, bez wątpienia unosił się nad nim nowojorski klimat. Usłyszeliśmy m.in. "Frank and Ava" (opowieść o słynnym związku Franka Sinatry i Avy Gardner) oraz "New York is a Woman". Ten ostatni utwór Vega poprzedziła porównaniem swojego rodzinnego miasta do kobiety - pięknej, ale często pijanej, "nieświeżej" i interesownej. Na pytanie, jak scharakteryzować Gdańsk, publiczność stwierdziła, że to mężczyzna. I raczej w starszym wieku.

Koncert zwieńczyły największe przeboje artystki: "Luka" i zagrane w instrumentalnej, pełnej wersji "Tom's Diner". Ktoś z publiczności zażyczył sobie, by na bis zabrzmiało "Solitude Standing". Zespół nie był na to przygotowany, ale Vega spełniła prośbę fana, akompaniując sobie na gitarze akustycznej.

Jedynym mankamentem wieczoru, choć bynajmniej nie artystycznym, okazała się niezadowalająca frekwencja. Być może jest to konsekwencja nasyconej w ostatnim czasie trójmiejskiej oferty kulturalnej. A być może wysokich cen biletów. Z pewnością jednak ci, którzy zdecydowali się je kupić, nie czuli się zawiedzeni.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie