Gdańsk: Policyjna wojna domowa

Dorota Abramowicz, Jacek KleinZaktualizowano 
Małgorzata z Julką ukrywają się od połowy grudnia ubiegłego roku
Małgorzata z Julką ukrywają się od połowy grudnia ubiegłego roku Grzegorz Mehring
Kilku policjantów pilnuje, by nie udało się wykonać prawomocnego postanowienia sądu rodzinnego o przymusowym odebraniu dziecka ich koleżance.

O co chodzi w sprawie, w której występują przeciw sobie stróże prawa i pracownicy wymiaru sprawiedliwości?

Pierwszy raz policjantka Małgorzata (24 lata, mężatka, jedno dziecko) została opisana 11 grudnia ubiegłego roku.

Czyste, sprawiające wrażenie dopiero co wydrukowanych kartki w plastikowej koszulce położył na stole w Dziale Łączności z Czytelnikami "Polski Dziennika Bałtyckiego" około 40-letni mężczyzna. Wydruki zawierały dane dotyczące numeru PESEL, adresów, a nawet liczby dni, które na zwolnieniu lekarskim lub urlopie spędzili funkcjonariusze Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku.

- Czytelnik nie chciał rozmawiać, nie przedstawił się, podał tylko, że koszulkę znalazł na śmietniku we Wrzeszczu, i zniknął - wspomina koleżanka, przyjmująca dokumenty.

Policjanci, których zawiadomiliśmy, natychmiast zorientowali się, że papiery pochodzą z wydziału
konwojowego Komendy Wojewódzkiej Policji, gdzie - jeszcze jako pracownik cywilny - pracowała Małgorzata.

Sprawą zajęła się prokuratura. Małgorzata zeznała, że dane na komputerowym pendrive miała przy sobie podczas pobytu w ośrodku szkolenia policji w Złotej Karczmie. Była skoszarowana, pendrive'a nie wynosiła, danych nie drukowała, a tym bardziej nie wyrzucała na śmietnik. Po jednej z wizyt męża (przywoził do ośrodka córkę) zauważyła zniknięcie nośnika. Z mężem jest w konflikcie i podejrzewa, że próbował on w ten sposób zaszkodzić jej w pracy. Zdjęcie męża pokazano pracownikom redakcji.

- Widziałam go wtedy kilkanaście sekund - mówi dziś koleżanka. - Na ulicy bym go nie rozpoznała.
Mąż Adam (43 lata, były dzielnicowy w komisariacie policji w Gniewie, dwukrotnie żonaty, trzy córki) twierdzi, że nie ma z tym nic wspólnego.

- Nie dostarczyłem dokumentów do redakcji, to wierutne kłamstwo - mówi. - Córkę przywiozłem trzy razy do ośrodka w odwiedziny do matki, ale jak mogłem wynieść jakiegoś pendrive'a, skoro nie miałem do niego dostępu.

Ostatecznie w lutym br. prokurator Bożena Kapusta uznała, że "dokumenty ze śmietnika" nie zawierały materiałów poufnych i ze względu na brak znamion czynu zabronionego umorzyła postępowanie. W uzasadnieniu napisała, że choć nie udało się ustalić, kto przyniósł papiery do redakcji, to "niewątpliwie zostały one wydrukowane z nośnika Małgorzaty W., który utraciła w nieznanych okolicznościach i który jest prawdopodobnie w posiadaniu Adama W.".
Pod koniec kwietnia w tymże samym Dziale Łączności z Czytelnikami zadzwonił telefon. Zdesperowany ojciec prosił dziennikarzy o pomoc.

- Od grudnia ubiegłego roku nie wiem, co się dzieje z moją dwuipółletnią córeczką - powiedział Adam. - Dziecko uprowadziła ze żłobka w Gdańsku Osowej żona policjantka. Teraz ukrywa się, a pomagają jej inni policjanci. Przez jednego z nich zostałem nawet pobity podczas próby odebrania dziecka. Doznałem trwałego uszczerbku widzenia w prawym oku. Złożyłem skargę na policji i zawiadomienie do prokuratury.

Adam przedstawił w redakcji dokumenty, potwierdzające, że mówi prawdę. Było to orzeczenie Sądu Rejonowego w Gdańsku z 11 grudnia ub. roku, które stwierdza, że 2,5-letnia Julia powinna mieszkać przy ojcu w domu rodzinnym. I kolejne, z 31 marca br. nakazujące przymusowe odebranie dziecka matce. Prokuratura w Wejherowie potwierdziła, że prowadzi sprawę pobicia Adama W.

- Czy policjantka z racji tego, że nosi mundur, może stać ponad prawem? - pytał ojciec. Pytanie to zadał także komendantowi wojewódzkiemu policji. Ten przekazał sprawę komendantowi miejskiemu gdańskiej policji, gdzie obecnie zatrudniona jest Małgorzata (obecnie na długotrwałym zwolnieniu lekarskim).

- Komendant już przeprowadził z panią Małgorzatą rozmowę i dostarczył jej kopię postanowienia sądu rodzinnego - mówi asp. Magdalena Michalewska z Komendy Miejskiej Policji w Gdańsku. - Nic więcej nie można zrobić - to sprawa prywatna, rodzinna, która nie ma nic wspólnego ze służbą. My ze swej strony zapewniliśmy asystę policjantów podczas próby odebrania dziecka przez kuratora sądowego.

Kurator zastał zamknięte drzwi.

- Ojciec skarży się, że pani Małgorzacie pomagają inni policjanci.
- Jeśli tak się dzieje, to robią to jako osoby prywatne - odpowiada rzecznik KMP.
Do żony, mimo wielu prób, nie udało się nam przed napisaniem tekstu dotrzeć. Ukrywała się skutecznie.

Za to mąż był dostępny. Kolejny artykuł o policjantce, działającej ponad prawem, wywołał duże poruszenie. Sprawą zainteresowały się inne media.

Psycholog przychodzi do redakcji

- Tego nie można tak zostawić - mówi Krzysztof Sarzała, psycholog, szef Centrum Interwencji Kryzysowej w Gdańsku, pomagający od lat ofiarom przemocy domowej. Sarzała osobiście 15 maja przyszedł do redakcji i zaproponował pośrednictwo w spotkaniu z Małgorzatą oraz pomagającymi jej policjantami.

- Panią Małgorzatę spotkałem w grudniu ubiegłego roku - wspomina psycholog. - Wcześniej przyszło do mnie troje policjantów - kobieta i dwóch mężczyzn. Nie służbowo. To byli po prostu koledzy z pracy, którzy stwierdzili, że nie mogą już dłużej godzić się na znęcanie się fizyczne, psychiczne i przemoc seksualną wobec koleżanki. Załatwili jej najpierw pomoc psychologa policyjnego. Poradzili, by założyła "Niebieską kartę". A gdy okazało się, że jest bezradna wobec metod stosowanych przez męża, zapewnili jej ochronę. Komenda Miejska Policji w Gdańsku powiadomiła Centrum Interwencji Kryzysowej o dramacie młodej kobiety. Potem mnie do niej zawieźli. Zobaczyłem pobite dwuletnie dziecko i pobitą matkę. Przeprowadziłem wywiad terapeutyczny.

Przypadek, zdaniem psychologa, jest charakterystyczny dla ofiar przemocy w rodzinie. Małgorzata, choć od początku trwania związku była "karcona" przez męża (bita pięściami, kopana, popychana), wcześniej nie skarżyła się nikomu.

- Kobiety wstydzą się nawet przed bliskimi - twierdzi Sarzała.
Badania Małgorzaty i jej dziecka zaowocowały pismem, wysłanym 29 grudnia 2008 r. do Wydziału Rodzinnego i Nieletnich Sądu Rejonowego w Gdańsku. CIK pisze m.in., że dziecko ma bardzo dobry kontakt z matką. Relacje Małgorzaty ocenia jako "bardzo wiarygodne", a ona sama znalazła się w bardzo niebezpiecznej dla siebie sytuacji. I dalej pisze: "Zachowania męża, których doświadcza, noszą znamiona zachowań psychopatycznych, można je traktować jako głęboko zaburzone i utrwalone długoletnią pracą w zawodzie policjanta (...). Wydaje się, że wszelkie zachowania pana Adama dotyczące dziecka są swoistą "grą", sposobem na "ukaranie" żony za "nieposłuszeństwo" w związku".

Na końcu CIK poprosił sąd o podjęcie działań chroniących Małgorzatę, bowiem działania męża "będą coraz bardziej agresywne", a sytuacja może zagrażać zdrowiu, a nawet życiu kobiety i dziecka.

- Nie jestem psychopatą - mówi Adam. - Dlaczego nikt z CIK ze mną nie rozmawiał? Opinia opiera się wyłącznie na tym, co powiedziała żona, jej matka i siostra. Proszę sobie obejrzeć nagrania wideo z naszych wspólnych wakacji, z Wieliczki, Gubałówki. Śmiejemy się, wysyłamy sobie całusy, bawimy się z Julką, jak to w kochającej się rodzinie. Skoro, jak twierdzi żona, jestem łajdakiem, przez wiele lat ją maltretowałem, biłem ją i córeczkę, to dlaczego zdecydowała się na pójście do szkółki policyjnej, gdzie została skoszarowana i zostawiła dziecko w domu pod moją opieką. Proszę się zastanowić. Nie chciała nawet przyjechać do nas 26 października, na drugie urodziny Julki.
Powiedziała, że ma to gdzieś. Są świadkowie rozmowy telefonicznej i nagranie.
Według niego, wszystko zaczęło się, kiedy żona poznała bliżej kolegę policjanta. Wtedy postanowiła odejść i odebrać dziecko. Za wszelką cenę, po trupach.

- Ze zdziwieniem usłyszałem, że sąd zlekceważył nasze pismo i nakazał przymusowo odebrać matce dziecko - mówi Krzysztof Sarzała. - Rozumiem też działania kolegów, mające na celu chronienie jej przed mężem.

Prywatni policjanci

Policjanci chcą pozostać anonimowi. Spotykają się z nami prywatnie, po godzinach pracy.
- Nie występujemy w tej sprawie jako policjanci, ale jak zwykli ludzie, którzy nie mogą patrzeć na krzywdę - mówi policjant pierwszy (doświadczony funkcjonariusz z KMP). I zaznacza: Nic mnie z Małgorzatą prywatnie nie wiąże, mam swoje życie.

Policjant drugi: Za Małgosię tak naprawdę wszyscy trzymają kciuki.
Policjant pierwszy zetknął się z Małgorzatą, gdy pracowała jako sekretarka w wydziale konwojowym KWP. W kwietniu przełożeni skierowali ją do szkoły policyjnej w Złotej Karczmie. Na szkolenie przywoził ją mąż, potem odbierał o 15.30. Widać było, że ma kłopoty.

- Zwierzyła się koleżance i jakoś to do mnie dotarło - twierdzi policjant. - Na początku myślałem, że sama da radę. W końcu są procedury, mające na celu pomoc takim kobietom jak ona. W sierpniu powiedziała mężowi, że zamierza odejść. Wzięła adwokata, złożyła pozew. Po kolejnym pobiciu założyła "Niebieską kartę". Sprawa wydawała się prosta. Po następnym akcie przemocy poradziliśmy jej złożenie zawiadomienia o przestępstwie. Zrobiło się jednak zbyt niebezpiecznie. Mogę mieszkać z rodzicami, więc zaproponowałem jej, by na jakiś czas wprowadziła się z dzieckiem do mojego mieszkania. On jednak nie pozwolił zabrać jej dziecka. Wyrzucił ją z domu, będącego jej własnością, zmienił zamki. Zaczął ukrywać Julkę. W prywatnym przedszkolu zapowiedział, żeby nie wydawać dziecka matce. Skłamał przed sądem, iż Małgorzata opuściła dom i nie interesuje się dzieckiem.

Kurator sądowy nie zastał w mieszkaniu Małgorzaty. Sporządził opinię jedynie na podstawie rozmowy z Adamem.

- Kurator, który na wniosek sądu odwiedził miejsce zamieszkania państwa W., stwierdził, że kontakty dziecka z ojcem są bardzo dobre - wyjaśnia sędzia Rafał Terlecki, rzecznik Sądu Okręgowego w Gdańsku. - Na podstawie rozmów z panem W. i sąsiadami sformułował wniosek, że matka wyjechała i od wielu miesięcy przebywa poza domem. Mąż rzeczywiście zmienił zamki, ale zeznał, że nowe klucze przekazał żonie za pośrednictwem kuzynki. Stwierdził też, że nie zamierza w żaden sposób ograniczać kontaktów żony z córką.
Sąd na posiedzeniu niejawnym nakazał 11 grudnia ub. r., by Julia pozostała "w domu rodzinnym" w Sobowidzu.

- Ani Małgorzata, ani żaden z policjantów nie znał tego postanowienia - przyznaje funkcjonariusz. - Zresztą nie odebrało jej ono praw do dziecka. Poszła wreszcie do przedszkola i zabrała Julkę. Mała była zaniedbana, brudna i chora.

Ojciec przedstawia argumenty w postaci postanowień prokuratury o umorzeniu spraw o znęcanie się wniesionych przez żonę.

- Nie było żadnych podstaw do oskarżenia mnie - mówi. - Zawsze będę na straconej pozycji, ich jest czterech, z żoną zmówili się, żeby mnie oczernić i odebrać mi dziecko. To są takie kłamstwa, że aż się w głowie nie mieści. Pracownice przedszkola mogą poświadczyć, że córeczka była czysta i zdrowa. Był grudzień, mróz, a ona wyniosła ją tylko w cienkiej koszulce. Mała, jeśli już, to rozchorowała się pod jej opieką!

Dziecku krew z ust leciała

Następnego dnia wieczorem, 17 grudnia Małgorzata kładzie spać Julkę. Dziecko ma zapalenie oskrzeli, dostaje antybiotyk.

Od tej pory wersje wydarzeń różnią się między sobą.
Policjant: Sąsiad z dołu zadzwonił, że ktoś kręci się przy moim samochodzie. Potem okazało się, że specjalnie odciągnął mnie brat Adama, też były policjant. Kiedy wyszedłem, do mieszkania wkradł się Adam W. Zamknął drzwi od środka. Przystawił Małgorzacie nóż do szyi, ciągnął ją za włosy po schodach do pokoju, w którym spało dziecko. Zaczęła krzyczeć.

Sąsiad, pan Jarosław z naprzeciwka (40 lat, specjalista od ochrony przemysłowej, niekarany, mieszka w bloku od dwóch lat i policjanta znał do tej pory tylko z widzenia): Usłyszałem krzyk kobiety. Sąsiad policjant i ten z dołu próbowali wyważyć drzwi. Pobiegłem w kapciach, zawołałem syna. Kiedy weszliśmy, kobieta leżała na podłodze, trzymała dziecko. Mężczyzna ciągnął za śpioszki tak, że zadzierzgnęły się wokół szyi dziewczynki. Mała była sina, krew jej z ust leciała. Jeden chwycił go za jedną rękę, drugi za drugą, ja za nogę. A on trzymał to dziecko.

Dopiero, gdy któryś ściągnął śpioszki, zaczęło oddychać! On mógł ją zabić! Potem nagle w mieszkaniu pojawił się drugi mężczyzna, okazało się później brat napastnika. Był spokojny, wydawał polecenia. Kazał, by ten obtłukł sobie oko, tak by krew leciała. Pierwszy raz w życiu coś takiego widziałem! Facet sam się uderzał w oko pięścią! Nikt z nas nie miał przy sobie telefonu, by zadzwonić po policję. Oni mieli trzy. W końcu zadzwonili. Jeszcze straszyli, że nam mieszkania spalą! Przyjechały dwa patrole. Z alkomatem, kazali nam dmuchać. Wszyscy byliśmy trzeźwi, a zachowanie policji uważam za karygodne.
Wersję pana Jarosława potwierdzili pozostali sąsiedzi.
Adam twierdzi, że świadkowie ustalili wcześniej zeznania.
- Wtargnąłem do mieszkania, ale była to wyższa konieczność. Nikomu nie groziłem. Żony i córki nie pobiłem. Biegły stwierdził, że nie mogłem nikogo pobić, przecież trzymałem córkę na rękach. To ja zostałem przez nich pobity. Żona twierdzi, że pobiłem córeczkę, a obecny na miejscu lekarz, którego przyjazdu sam zażądałem, stwierdził, że dziecku nic nie jest. Potwierdza to notatka z zajścia sporządzona przez komendanta komisariatu. Poza tym, jak mogłem sam się uderzyć w twarz, uszkadzając sobie oko? Nie bądźmy śmieszni. Przecież to jakaś paranoja. Skoro rzekomo groziłem żonie nożem, to gdzie jest ten nóż, dlaczego nie został zabezpieczony jako dowód? Żona gmatwa się w zeznaniach, że mężczyźni, aby ją ratować, musieli wyłamać drzwi, innym razem mówi, że były otwarte.

Kurator: wiele widziałem, ale...

Policjant: Na dole mieszka lekarka. Obejrzała Julkę, kazała jechać do szpitala.
Szpital na Zaspie. Wprawdzie dziecko ma siniaki, ale obeszło się bez złamań. Na obdukcję idzie też pobita Małgorzata.

- Dopiero tydzień po zajściu stawiła się w szpitalu - mówi Adam. - Wcześniej córeczka była cała i zdrowa.

Adam też robi obdukcję. Obie strony zgłaszają, że zostały pobite. Ostatecznie Prokuratura Rejonowa w Wejherowie, po przesłuchaniu świadków, stawia 27 marca braciom Tomaszowi i Adamowi zarzut popełnienia przestępstwa z art. 190 par. 1 kk i art. 193 kk, czyli stosowania gróźb i naruszenia miru domowego. Do Sądu Rejonowego w Gdańsku wpływa akt oskarżenia przeciw ojcu Julki.

Już po postawieniu zarzutów Adamowi W. Sąd Rodzinny nakazuje przymusowo odebrać dziecko matce.
Sędzia Rafał Terlecki: Decyzję o przymusowym odebraniu dziecka od matki sąd rodzinny podjął po porwaniu, do jakiego doszło w grudniu ub. roku. Matka zabrała dziecko z przedszkola wbrew woli ojca, uniemożliwiając mu kontakt z dzieckiem. Zażalenie, jakie wpłynęło od jej pełnomocnika, nie wstrzymuje wykonania decyzji sądu.

W mieszkaniu, wynajmowanym przez Małgorzatę pojawia się 30 kwietnia zawodowy kurator sądowy. Po rozmowie z Małgorzatą rezygnuje z zabrania dziecka.
Kurator (20 lat pracy zawodowej): Dlaczego tak zadecydowałem? Powiem krótko - artykuł 598 kpc, który nakazuje kierować się przede wszystkim dobrem dziecka, pozwala na odstąpienie od decyzji sądu. Mogę jeszcze dodać, że wiele już podczas mojej pracy widziałem, ale z taką sprawą nie miałem jeszcze do czynienia.

- Kurator nie wykonał polecenia sądu ze względu na zdecydowany opór matki - wyjaśnia sędzia Rafał Terlecki. - Sąd nakazał wykonać postanowienie w asyście policyjnej. Do ostatniej, nieudanej próby doszło 30 kwietnia.

Małgorzata płacze, córka nie chce rozmawiać

Z Małgorzatą spotykam się w jednym z prywatnych, udostępnionych przez przyjaciół mieszkań. Jasnowłosa Julka ze sterczącymi kitkami mości się na kolanach mamy. Mówi bez przerwy, pokazuje zabawki. Szczerze mówiąc - przeszkadza.

- Ona jest dla mnie całym życiem - ociera łzy Małgorzata. - A ja dla niej godziłam się przez lata na to wszystko.

To wszystko, czyli: oddawanie pieniędzy, znoszenie w milczeniu poniżenia i bicia.
- Nie skarżyłam się ze wstydu - twierdzi Małgorzata. - Dopiero rozmowa z psychologiem pomogła mi to wszystko z siebie wyrzucić.

Miała 19 lat, gdy poznała prawie 20 lat starszego Adama. Ona była praktykantką na komisariacie w Gniewie, on - dzielnicowym w trakcie rozwodu. Mówił, że żona zdradzała. Pokochała, urodziła Julkę.
On odszedł z policji, zaczął pracować w firmie ochroniarskiej. Ona wzięła kredyt, kupiła mieszkanie pod Pruszczem Gdańskim. Kiedy Julka miała rok, wzięli ślub.

- Wtedy zaczęło być naprawdę źle - mówi cicho drobna blondynka. - Pił, był agresywny, potem przepraszał. Zaczęłam rozumieć, co miała na myśli jego była żona, gdy dzwoniła do matki, by ostrzegła mnie przed Adamem.

O poprzedniej żonie wiemy tylko, że wyjechała do Islandii. Za matką pojechały dwie córki. Już po ich wyjeździe, w maju 2006 r. Sąd Rejonowy w Tczewie orzekając rozwód nakazał, by młodsza, 15-latka pozostała pod opieką ojca. Kiedy pierwsza pani W. dowiedziała się o rozwodzie i decyzji sądu, napisała odwołanie, w którym poinformowała, że już w styczniu 2006 r. mąż wywiózł córki z domu do teściowej, skąd wyjechały do matki za granicę. Jakim cudem udało się wcześniej ojcu przekonać sąd, że jest najlepszym opiekunem nieobecnej od kilku miesięcy córki? Nie wiadomo.
Chcę zweryfikować opowieść Małgorzaty. Znajduję na Naszej Klasie profil 17-letniej już córki Adama. Piszę do niej, prosząc o kontakt z matką. Odpowiedź nadchodzi szybko - nie chcą mieć nic do czynienia z tą sprawą.

Małgorzata: Nie robię nic nielegalnego. Chciałam odejść, ale nie zamierzałam odcinać Adama od Julii. On jednak zapowiedział, że mnie zniszczy. I robi to krok po kroku. Zaczął od podrzucenia "dokumentów ze śmietnika", teraz próbuje doprowadzić do wyrzucenia mnie z pracy i odebrania Julki. Kłamie dziennikarzom, sądowi, prokuratorom. Że zostawiłam dziecko już w kwietniu, gdy poszłam na szkolenie, choć codziennie o 15.30 wracałam do domu. Że nie łożę na dziecko i dom, choć musiałam oddawać całą pensję. Że go zdradzam, choć nikogo nie mam. Wyszłam z domu tak jak stałam, zostawiłam mieszkanie, samochód, ubrania, dokumenty. Zostało mi tylko dziecko.

Adam stanowczo zaprzecza.
- Żona ciężko znosiła ciążę, pięć miesięcy praktycznie spędziła w szpitalu. Opiekowałem się nią, troszczyłem się, zanosiłem pod prysznic, kiedy nie miała siły. To ja zabierałem żonie pieniądze? A czy powiedziała, że wielokrotnie korzystała z mojej karty płatniczej, ponieważ jej przez długi czas była nieważna? Porzuciła mnie i córkę, przez wiele miesięcy się nią nie interesowała, a teraz chce ją odebrać.

Na razie sytuacja wygląda następująco
Małgorzata, Adam i Julia pół roku po wydaniu decyzji Sądu Rodzinnego czekają na pierwsze, oficjalne badanie w RODK w Sopocie, które określi, z kim powinna zamieszkać Julka. Sprawa o ustalenie miejsca pobytu dziecka przy ojcu została zawieszona do czasu zakończenia sprawy rozwodowej, co nie wstrzymuje działań kuratora. Ma zabrać Julkę.

Policjantka porusza się po mieście jedynie w asyście kolegów i koleżanek z policji.
- Chcę tylko zobaczyć Julkę, mam prawo do opieki nad nią, a żona otoczona znajomymi policjantami mi to uniemożliwia - powtarza Adam.

Policjanci w przerwie między pracą a opieką nad koleżanką jeżdżą składać zeznania przed prokuratorami w całym niemalże województwie.

Policjant pierwszy: Byłem już podany przez pana W. do prokuratury o uszkodzenie jego samochodu w Trąbkach Wielkich (nawet nie wiem, jakim wozem jeździ), do Wejherowa o pobicie i groźby karalne, do Kwidzyna o znęcanie się nad Julką. Czasem aż kusi, żeby z nim inaczej porozmawiać. Ale nie, nie dam się sprowokować. Kiedy to wszystko się przewali, podam go do sądu o naruszenie mojego dobrego imienia.
Sędzia Terlecki: Mamy do czynienia z poważnym konfliktem między małżonkami, w którym mało kto pamięta o dziecku. Niestety, zdarza się, że zarówno artykuły w gazetach, jak i wnioski kierowane do prokuratur to metody używane w walce o dziecko. Z drugiej strony, pan W. nie ma kontaktu z dzieckiem od grudnia ub. roku.

Roman Nowosielski (znany trójmiejski adwokat, członek Trybunału Stanu, nie reprezentuje żadnej ze stron): Sprawa jest wyjątkowo wredna. Wydaje mi się, że warto zaufać intuicji kuratora sądowego, który odstąpił od wykonania decyzji sądu. W końcu powinno liczyć się dobro dziecka. Zastanawiam się, czy rzeczywiście sąd zbyt pochopnie nie zdecydował o ustaleniu miejsca pobytu dziecka przy ojcu, nie sprawdzając, czy rzeczywiście matka opuściła dom. I na koniec - nie używałbym słowa "porwanie" w stosunku do tego, co zrobiła matka. Trudno dziwić się jej desperacji.

Prokurator, po zażaleniu Małgorzaty, znów wszczął sprawę o znęcanie.

polecane: FLESZ: Podział Mandatów po wyborach parlamentarnych

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

J
Jagoda

Przekazcie sobie znak pokoju. Kazdy stary dziadyga, ktory "kupuje" sobie mloda laske, a nic soba nie reprezentuje moze ja miec gora do pieciu lat. Kiedy "sponsor" sam wymaga wsparcia idzie w odstawke. To odwieczne prawo historii. Rozumieja to basiory i inne drapiezniki wygryzione ze stada zaczynajac samotne zycie, a prawie czlowiek ( bo stojkowy) jednak nie. W wojne na poziomie wiejskich posterunkow zachowajcie troche rozsadkow, choc zew krwi Abramowiczow- tych Abramowiczow lubi kiepele podgrzewac cieplem menory. W tle wlancza sie ozdoba wszystkich pogrzebow, zlotousty 70-letni na oko klauzyperda, znawca wszystkich smakow i tematow na "wredny" temat, co zapachnialo bardziej budka z piwem niz jezykiem prawnym, lub prawniczym.

Dodaj ogłoszenie